„Jedz i Biegaj” Scott Jurek

Historie zawarte w książce „Jedz i biegaj” to losy Scotta Jurka, nieśmiałego i przeciętnego niegdyś dzieciaka, który zamarzył o czymś, czego nie potrafił nawet nazwać.

„To opowieść o każdym, kto kiedyś poczuł, że utknął w miejscu, kto marzył, by dokonać czegoś więcej, by stać się kimś więcej, niż jest”

W życiu ultramaratończyka nic nie liczy się bardziej niż jego umysł. Musi być pewny siebie, a zarazem pokornie podchodzić do wyzwań. Tego najdotkliwiej uczy Badwater ultramarathon – 217 km po Dolinie Śmierci w skwierczącym żarze słońca.

Dla Scotta Jurka maratony były jedynie wstępem do „prawdziwego” biegania. Trzymał się on surowej zasady: biegnij do ostatku sił a potem jeszcze trochę. Ta zasada skutkowała tym, że kiedy inni się zatrzymywali, on biegł dalej. Był z tego powodu znany, sławny i doceniany w środowisku biegowym. W życiu, jak w ultramaratonie parł do przodu. W Badwater jednak i on się zatrzymał. Ale zanim do tego doszło ……

Rodzina Scotta za jego dzieciństwa uczyła go współzawodnictwa, cierpliwości i wytrzymałości w codziennych przydomowych pracach. Problemy finansowe rodziny, problemy zdrowotne matki oraz surowa postawa ojca kształtowały u Scotta dyscyplinę.

„Nie wiesz, jak jesteś silny, dopóki nie masz innego wyjścia, jak tylko być silnym”

Scott zaczął biegać m.in. dlatego, że jego rodziców nie było stać na sprzęt sportowy potrzebny do innych dyscyplin. W dzieciństwie towarzyszyło mu wysokie ciśnienie, które potrafił jednak sam normować. Umysłem był w stanie kontrolować ciśnienie krwi, co potwierdzał u lekarzy. Rozmyślał nad tym, że ta umiejętność w przyszłości może mu się przydać do czegoś więcej niż do unikania lekarstw. A lubił poczucie ruchu i rozwoju ciała i psychiki. Przekonywał się też, szczególnie na różnych obozach jak istotna w życiu sportowca, ale też po prostu człowieka jest odpowiednia dieta. Ważne dla niego było aby się jakoś wyróżniać, pomagać innym. Uważał, że każdy ma coś w sobie co może wykorzystać i trzeba korzystać z młodości. W młodzieńczych latach Scott miał kolegę Dustiego – łobuza i lekkoducha, który miał jednak niespotykane predyspozycje do sportów: był szybki, silny i wytrzymały, a przy tym swobodny i zabawny. Ze strony Scotta była lekka zazdrość, ale też miał się na kim wzorować sportowo. Przy Dustym miał odskocznię od codziennych problemów. Jeździli razem na nartach, rowerze, później też biegali. Scott zawsze biegł za nim, ale podobało mu się to. Na jednych z renomowanych zawodów biegowych Scott wyprzedził Dustiego, który miał problemy na trasie. Zaczął utwierdzać się w przekonaniu, że potrafi przyspieszyć gdy inni zwalniają. To były początki jego ultramaratońskiej przygody.

„Rób zawsze to, czego boisz się zrobić”

Z biegiem czasu i treningów zdawał sobie sprawę, że to co jemy jest kwestią życia i śmierci. Nasze ciała co prawda dysponują zdolnością dbania o siebie, o ile my sami ich nie zaniedbamy i nie zatrujemy. Można jeść mądrzej, biegać mądrzej, żyć mądrzej – nie chodzi wcale o to aby było ciężej, a właśnie mądrzej, świadomie.

Rywalizacja przysparzała Scottowi dreszczyk emocji, jednak o wiele ważniejsze dla niego było zatracenie się w biegu, zapomnienie o zmartwieniach, spokój i błogość.

„Kiedy biegniesz po ziemi i biegniesz razem z ziemią, możesz biec bez końca”

Zagłębiając się coraz bardziej w środowisko biegowe Scott poznawał mnóstwo grup biegaczy. Najciekawszą z nich była grupa etniczna – Tarahumara – meksykańscy Indianie, nieustająco biegający setki mil, nic się przy tym nie pocąc, żyjący głównie na diecie roślinnej. Scott pokonując na trasach biegowych takich konkurentów coraz bardziej utwierdzał się, że jest godzien należeć do elity ultramaratończyków na świecie. Radził sobie z trudnościami w biegu, z nieuniknionym bólem. Umiał go wykorzystywać jako narzędzie. Przypominał również o tym, że co prawda nogi są napędem dla biegaczy, ale bez mocnego korpusu, napęd ten nie będzie odpowiednio spożytkowany.

„Rozwijasz się jako człowiek jedynie wtedy, gdy znajdujesz się poza własną strefą komfortu”

 

Ciężkie treningi, podbiegi i nowe trasy utwierdzały Scotta w przekonaniu, że żadnego wyścigu długodystansowego nie biegnie się za jednym zamachem, trzeba go zdobyć kawałek po kawałku. W tym wszystkim chodzi o to aby być tu i teraz, odsunąć przeszłość i przyszłość, skupić się na chwili obecnej. Jedną z jego rad jest zwiększenie liczby interwałów i ich długości. Preferuje on stosunek wysiłku do odpoczynku 5:1, co się przekłada na minutę odpoczynku po 5 minutach forsownego biegu.

„jeśli nie stoisz na krawędzi, zajmujesz zbyt dużo miejsca”

Przyszedł oczekiwany dzień startu w Western States, morderczego biegu po kanionach na 160 km, w którym brali udział najlepsi z najlepszych, przygotowani na najgorsze górscy ultramaratończycy, a wśród nich niedoceniony przybysz z „równin” Scott Jurek. Od początku biegu i przez kolejne dziesiątki kilometrów Scott prowadził w wyścigu, ale zamiast uznania spotykał się na trasie raczej z komentarzami typu: za szybko wystartował, niedoświadczony, nie da rady tak do końca, spuchnie.

Krótkie biegi sprawiają, że człowiek czuje się lepiej, mordercze dystanse, sprawiają niemały ból doprowadzając jednak do stanu, w którym poznaje się inny świat, z takimi szczegółami, że blednie twoja cała przeszłość. Widzisz, słyszysz i czujesz inaczej.

W trakcie takiego biegu trzeba dopilnować przyjmowania wystarczającej ilości wody i soli, aby uniknąć rozkojarzenia całego organizmu. Przy tak wielkim wysiłku nic jednak nie jest w stanie zapewnić spokojnego biegu przez cały dystans. Scottowi takze przytrafiały się liczne problemy żołądkowe i chwile zwątpienia. Mimo to finalnie Scott wygrał ten wyścig, prowadząc nieustannie od startu do mety.

„Wielu ludzi nie robi w swoim życiu niczego wielkiego. Wielu w ogóle nie próbuje. Tymczasem ultramaratończycy dokonali jednego i drugiego”

Chociaż Scott wygrał ten prestiżowy ultramaraton, ciągnęło go dalej. Chciał dowiedzieć się więcej o swoim ciele i własnej woli. Dodatkowo jeszcze bardziej pracował nad swoim warsztatem biegowym. Dowiadywał się co jeszcze może poprawić i udoskonalić. Zaczął więcej ćwiczyć górną część ciała, która miała napędzać zmęczone nogi. Dbał o elastyczność i świadomość własnego ciała. To wszystko po to aby udowodnić, że zwycięstwo w Western States nie było dziełem przypadku. Ponadto chciał być pierwszym, który obroni wywalczony tytuł. I tak się też stało. Po tym wyczynie stał się dla wielu postacią kultową, a nie przypadkowym zwycięzcą. Scott nie zamierzał spoczywać na laurach, eksperymentował w czym się dało aby ciągle rozwijać swoje sportowe życie. Dawno temu przeszedł na weganizm, teraz testował nawet tylko i wyłącznie surowe jedzenie. Przystąpił niedługo potem do kolejnej edycji Western States, wygrywając ją trzeci raz z rzędu, pomimo poważnej kontuzji, przechodząc tym samym do historii ultramaratonu i stając się ikoną tego sportu.

Rada Scotta: głębszy i wydajniejszy oddech – przeponą a nie płucami! naucz się tez oddychać nosem albo nosem wdech, ustami wydech. Oddychanie nosem nawilża i oczyszcza powietrze.

„Nie dąż do wolności, niech samo dążenie będzie wolnością”

Bezgraniczna determinacja, wytrzymałość, zawzięcie, właściwa dieta doprowadziła Scotta do kolejnych zwycięstw (7!) w Western States i innych biegach.
Potrzebne było inne wyzwanie. Padło na Badwater Ultramarathon – 217 km z początkiem trasy niemal 100 metrów poniżej poziomu morza a metą na szczycie, na wysokości 2500 metrów. Medialnie wyścig ten uznawany jest za najtrudniejszy na świecie. Przebiega przez upalną dolinę śmierci. Ludzie, którzy kończyli w przeszłości ten wyścig mówili, że pierwszą połowę Badwater przebiegniesz nogami, drugą sercem.

Scott posiadał i wytrzymałe nogi i mocne serce, czegoś jednak zabrakło. Takich problemów jak w tym wyścigu jeszcze nie miał nigdy – z temperaturą ciała i powietrza, z żołądkiem, z mięśniami, z głową. Pomimo tego wszystkiego wygrał ten wyścig, uzyskując rekord trasy – 24 godziny i 36 minut na 217 km.

Kolejnym wyzwaniem dla Scotta była potyczka z plemieniem Tarahumara – gośćmi z głębokich gór, którzy nie biegali dla medali, zwycięstw i chwały. Nie wiedzieli co to interwały i mierzenie tempa, nie liczyli kalorii i nie spożywali suplementów. Jedli i biegali, żeby przeżyć. To stanowiło fundament ich życia, nie było to ich pasją, a całym życiem. Działają wydajnie, ekonomicznie w każdym aspekcie życia, nie zastanawiając się za bardzo nad tym. Są oazą spokoju i ikoną prostoty życia. Tarahumara to plemię całkiem inne od zachodniego świata – długowiecznego, ale schorowanego gatunku. Ich życie toczy się płynnie, spokojnie z harmonią, w ruchu i w oparciu o jedzenie z ich własnego środowiska naturalnego. Ekipa goszcząca na terenach Tarahumara utwierdzała się w przekonaniu, że ludzie nie zostali stworzeni do przesiadywania całych dni. Nasze ciała potrzebują zróżnicowanego, solidnego ruchu aktywizującego cały organizm. Patrząc na lud Tarahumara przynajmniej to wydawało się kluczem do ich zdrowego i płynnego życia. Ich tryb życia doprowadził do sytuacji, w której Scott Jurek musiał w końcu uznać wyższość innego ultramaratończyka (choć oni sami siebie pewnie za zawodników się nie uważali). Dla nich to było bardziej codzienne życie a nie zawody i treningi. Pogromcą Scotta okazał się najsilniejszy wódz tego plemienia. Rok później jednak Scott wziął udany rewanż i zwyciężył.

Na zawodach, w których Scott nie uczestniczył jako zawodnik był niekiedy zającem dla swoich znajomych, co paradoksalnie nie okazywało się wcale prostszym zadaniem. Prowadzenie innego człowieka w trudnym, długim biegu niejednokrotnie bywało trudniejsze aniżeli prowadzenie samego siebie. Przekonał się o tym dobitnie prowadząc po zwycięstwo swojego kumpla Briana, który przebywszy ultramaraton na pierwszym miejscu, 300 metrów przed metą, już na samym stadionie padł na bieżnię i nie wstał już o własnych siłach. Zostawszy doprowadzony do mety, został zdyskwalifikowany za pomoc osób trzecich, w tym Scotta. Umysł dał sygnał, że to już meta i ciało Briana się wyłączyło, przewidywał później Scott.

Scott ciągle powtarzał, że dla niego ultramaraton to sport umysłowy, a bieganie to kontrolowany upadek z zachowaniem lekko pochylonej pozycji ciała. Cały czas przypominał także o ważności jedzenia, które było dla niego samego zarówno energią jak i lekarstwem. Po niezliczonej liczbie zawodów w Ameryce i również imponującej liczbie zwycięstw w tych zawodach, kolejny traf padł na Grecję, gdzie odbywa się Spartathlon (245 km ) a także najsłynniejszy, kultowy, rdzenny maraton z Maratonu do Aten. Maraton ten nosi taką nazwę na cześć wysiłku posłańca, który niegdyś przebiegł dokładnie dystans 42 km i 195 metrów pomiędzy tymi miastami z informacją o zwycięstwie Greków nad Persami. Po dostarczeniu informacji, zmarł z wycieńczenia.

„Będąc ultramaratończykiem, masz do wyboru: walczyć z naturą lub współpracować z nią”

Scott trzymał się tej drugiej opcji wygrywając dwa Spartathlony z rzędu. Zwracał uwagę też na to, że bieganie nie powinno być przykrym obowiązkiem a frajdą. Dlatego w ramach treningów możesz zdjąć całą elektronikę, pobiegać z psem czy z inną osobą lub inną trasą i inaczej spojrzeć na bieganie.

Po całym szeregu sukcesów u Scotta coś się wyłączyło. Nie było radości z biegania, nie było też tej świeżości i zauroczenia bieganiem. W tym samym czasie nie układało się też jego życie osobiste: rozwód, problemy finansowe itd. Chciał skończyć z bieganiem, jednak dotarło do niego wtedy, że właśnie w tym sporcie poznał swoich najlepszych przyjaciół. Spróbował jeszcze raz swoich sił w Western States i nie ukończył tych zawodów …… robiąc sobie kąpiel w rzece, w trakcie ich trwania. Następnie poszedł kibicować pozostałym zawodnikom. Cieszył się zawodami, rozmawiał z innymi weteranami tego sportu, którzy mu tłumaczyli, że właśnie takie ciężkie chwile najwięcej uczą i czynią sportowca silniejszymi. Scott uciekał się później także do innych aktywności typu: slacklining – równoważne chodzenie po taśmie. Tutaj odpowiednia synchronizacja umysłu i ciała była jeszcze istotniejsza niż w biegach długodystansowych. Taśma dla początkujących jest bezlitosna i zrzuca raz za razem, o ile nie uświadomi się, że samemu wprawia się ją w drżenie. To właśnie to jak radzimy sobie z trudnościami i porażkami nas definiuje. Nie zawsze przecież walczymy z innymi, ale zawsze ze samym sobą. Dlatego droga do celu jest równie ważna jak osiągnięcie tego celu.

„Rób co masz robić”!

One thought on “„Jedz i Biegaj” Scott Jurek

  1. Odpowiedz
    UrsulaIglesias - 11 listopada 2018

    4. Na czym polega działanie Titan Gel? Bardzo dobrze i szybko zareagowałem na Titan Gel i zauważyłem następujące efekty: wzrost libido, dni bez kilku stosunków stały się teraz rzadkością większe pożądanie u mojej dziewczyny (cytat: „wow, on jest teraz znacznie większy i twardszy, p**rz mnie”) dłuższe stosunki i orgazmy, zarówno u niej, jak i u mnie, Ku mojej niepohamowanej radości, mój penis stopniowo urósł. gel titan gold Problem kłopotów łóżkowych pozostaje jednak dla wielu mężczyzn wstydliwym tematem i nic z nim nie robią ze względu na niechęć przyznania się do problemu przed lekarzem. Niesatysfakcjonujący seks, obniżone libido, niezadowolenie partnerki, problemy z erekcją… to wszystko ma wspólne przyczyny: nieodpowiedni stan psychiczny spowodowany np. kompleksem rozmiaru penisa .

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *