Pompeje – Neapol, WŁOCHY państwo nr 6

W końcu NowaPasja.pl dotarła do Włoch na spokojne zwiedzanie, a nie jak do tej pory w przesiadkowym pośpiechu. W mojej opinii to polecane i często odwiedzane przez wiele osób państwo, okazało się nie być, jak to często bywa, przereklamowane. Przynajmniej jeśli chodzi o regiony Kampanii, po której krążyłem wraz ze swoją dziewczyną oraz paczką znajomych. Co więcej te kilka intensywnych dni na włoskiej ziemi sprawiło spore zamieszanie na mojej top liście ulubionych europejskich państw. Ale po kolei jak do tego doszło ……..

Dzień 1: Pompeje
Bardzo wczesny wylot z lotniska w Gdańsku do Neapolu, poprzedzony niecodzienną imprezą urodzinową. Mianowicie jedna z uczestniczek naszej wyprawy tego dnia obchodziła urodziny oraz pierwszy raz leciała samolotem. Dla uczczenia tych wydarzeń i na odwagę o 3 rano lało się Piccolo 🙂 Nie zapomnę także, jaki ubaw zapewniliśmy Panu w sklepie spożywczym zastanawiając się kilka minut przed półką z alkoholem jaki trunek wybrać na poranny toast i przed lotem samolotem, wybierając ostatecznie Piccolo 🙂

Będąc już na miejscu, na włoskiej ziemi, grubo przed południem nie traciliśmy czasu i od razu ruszyliśmy zwiedzać ruiny starożytnych Pompejów. Jest to miejsce zniszczone, ale także częściowo zachowane przez erupcję wulkanu Wezuwiusz. Popiół wulkaniczny, zasypując Pompeje niemal 2 000 lat temu, utrwalił budowle, przedmioty i niektóre ciała w taki sposób, że współcześnie jesteśmy w stanie obejrzeć oblicze starożytnego, rzymskiego miasta. Niesamowita gratka dla miłośników historii, ale myślę, że także dla zwykłych podróżników takich jak my. W końcu niecodziennie można się poruszać po prawdziwych, starożytnych ulicach, wejść do starożytnej świątyni czy zobaczyć starożytne łaźnie, teatry i domostwa. I to wszystko w jednym miejscu – prawdziwym, zachowanym starożytnym mieście.

Nieopodal ruin starożytnych Pompejów, są także „współczesne” Pompeje, w których życie płynie dalej. Jest to w miarę skromna mieścina, jednak z całkiem pokaźną i sławną Bazyliką Matki Bożej Różańcowej. Eksplorując z Asią różne ciekawe zakamarki tego miasteczka trafiliśmy na wysoki dach jednego z hoteli, na którym tak długo cieszyliśmy się widokami, że zostaliśmy (przypadkowo lub nie) odcięci od drogi powrotnej 🙂 . Zamknięci przez jakiś czas na dachu znaleźliśmy rozwiązanie awaryjne. Dla fajnych widoków warto jednak czasami ryzykować 🙂 .

wieża Bazyliki z bliska:

Dzień 2: rejs Sorrento – Amalfi – Positano
Tego dnia zwiedzaliśmy przepiękne, włoskie wybrzeże z lądu i wody. Pogoda dopisała widokom. Na statku po jednej stronie mieliśmy ciągły widok na wybrzeże Kampanii (regionu, po którym się głównie przemieszczaliśmy), po drugiej stronie od czasu do czasu ukazywały się różne małe wysepki. Wszystko razem było tak zachwycające, że ciężko do tej pory mi wskazać, które z odwiedzonych miejscowości, położonych nad samym morzem Tyrreńskim było najbardziej fascynującym miejscem. Tego dnia konkurentami po ten tytuł były Sorrento, Positano i Amalfi. Wszystkie urzekały pięknem, najbardziej chyba Positano, ale to już kwestia indywidualnego gustu.

Sorrento:

Positano:

 

Amalfi:

 

Dzień 3: Ravello
Po kłopocie bogactwa z poprzedniego dnia część ekipy się rozdzieliła, jadąc do swojego głównego celu podróży. Natomiast my z Asią stanęliśmy przed spontanicznym dylematem, który kierunek wybrać. Najlepsze w tym wszystkim, że idąc na dworzec w Pompejach nie wiedzieliśmy jeszcze dokładnie czy jedziemy w stronę Neapolu i szukamy transportu na wyspę Ischia czy jedziemy w całkowicie drugą stronę do Sorrento, skąd tym razem drogą lądową przez dopiero co odwiedzone Positano i Amalfi, pojedziemy dalej do Ravello. Nasz dylemat rozwiązał ……… rzut monetą 🙂 traf padł na drugą opcję, co przyjęliśmy z aprobatą. Jak się potem okazało był to strzał (rzut) w dziesiątkę 😛

Co prawda sam początek tego dnia nie zanosił się specjalnie dobrze bo musieliśmy czekać około 2 godzin w kolejce na autobus kursujący z Sorrento do Amalfi, a następnie do Ravello, ale jak się okazało było warto czekać. Bardzo warto. Nie dojechawszy jeszcze do celu już mówiliśmy, że warto było wsiąść w ten autobus, chociażby dla samej jazdy. Mianowicie busy te kursują wąskimi drogami na skalistym wybrzeżu, widzianym przez nas dzień wcześniej z perspektywy statku. Wysokie przepaście, ostre zakręty, górskie serpentyny, wspaniałe widoki to wszystko sprawiało, że sama podróż autobusem była już fascynująca. Warto w tym miejscu wspomnieć, że autobusy te były tak oblegane, że nie było w nich pustego miejsca i to dosłownie. Wszystkie miejsca siedzące i ….. stojące były zajęte, a autobus przez większość około 2 godzinnej drogi jedzie pół metra od przepaści 🙂

W Amalfi przesiadka do równie zatłoczonego busa już do samego Ravello i …… jeszcze bardziej ekstremalne przeżycia z jazdy. Ravello jest położone wysoko nad Amalfi i żeby tam dojechać trzeba przemierzyć mnóstwo wąskich i ciasnych uliczek, bardzo ostrych zakrętów oraz spore wzniesienia. To jednak nic trudnego dla bardzo ….. długich autobusów 🙂 . Momentami aż nie chciało się nam wierzyć w jaki sposób nasz autobus manewrował pomiędzy przeszkodami. Zdarzało się czasami, że było tak ciasto i kręto, że pokonywaliśmy jeden zakręt nad jakąś przepaścią na kilka razy 🙂 . To naprawdę trzeba przeżyć, aby zrozumieć 🙂 Widoki i wrażenia z samej jazdy podobne do tych już z docelowego miejsca. Było po prostu fascynująco.

Droga powrotna też była niezwykle ekscytująca ponieważ mieliśmy około 3 godziny na to aby wrócić busem z Ravello do Amalfi, następnie z Amalfi do Sorrento, skąd mieliśmy ostatni pociąg do Pompejów. Uwzględniając fakt, że same podróże trwały tyle ile mieliśmy czasu, musieliśmy jeszcze liczyć, że uda nam się w ogóle dostać do tych zatłoczonych autobusów. Zresztą stanie w kolejkach i oczekiwanie na te autobusy też zapadło nam dobrze w pamięci. Pamiętam bardzo dobrze jaka radość panowała wśród czekających ludzi gdy udało im się dostać do autobusu. A Ci co zdobyli miejsca siedzące byli w ogóle w siódmym niebie.

Dzięki takiej radosnej „integracji” w busie do Sorrento panowała imprezowa atmosfera, a wysiadających po drodze ludzi żegnało ogłuszające „Ciao” 🙂 . Co najciekawsze wszystko potoczyło się w taki sposób, że wysiedliśmy z autobusu pod samym dworcem dosłownie minutę przed odjazdem ostatniego w tym dniu pociągu.  Pędem licząc na cud rzuciliśmy się na peron. Wpadliśmy do pociągu co do sekundy zgodnie z jego odjazdem, a on ……. ruszył z 20 minutowym opóźnieniem 😛 całą kilkugodzinną drogę w busie byliśmy w lekkim stresie co zrobić jak nie zdążymy na ostatni pociąg, a on jak to we Włoszech ….. poczekał na wszystkich i ze standardowym kilkunastominutowym opóźnieniem powoli wyruszył w drogę.

Dzień 4: Wezuwiusz i Neapol
Ostatni dzień zwiedzania poświęciliśmy najpierw na sprawcę całego zamieszania związanego z Pompejami, czyli na, do niedawna aktywny, wulkan Wezuwiusz. Widok z jego szczytu rozprzestrzenia się na cały Neapol. Podjechać na Wezuwiusz można do pewnego miejsca autobusem. Potem czeka kilkunastominutowy spacer. We Włoszech zaskoczyło mnie wiele rzeczy. Jedną z nich było nieustanne trąbienie, czyli sposób w jaki kierowcy autobusów dają znać innym kierowcom, jadącym z drugiej strony, że zbliżają się do zakrętu. To praktyka często stosowana właśnie na górzystym terenie, typu droga na Wezuwiusz. Zmotoryzowanym Włochom czynność ta weszła jednak tak w krew, że trąbią na okrągło, często też tam gdzie nie jest to wcale konieczne :). Być może chcą zawsze zaznaczać, że są obecni w ruchu 🙂 . Taka całkiem ciekawa kultura jazdy.

Inną ciekawostką jest ogromna we Włoszech ilość Fiatów. Co prawda, ta marka samochodów pochodzi właśnie z Włoch, ale ilość tych pojazdów mnie osobiście przeraziła. Wszędzie Pandy, Punto i Seicento. Nie bez kozery piszę to w tym miejscu bo np. jedynymi samochodami obsługi na szczycie Wezuwiusza, gdzie podjazdy były naprawdę spore, były właśnie stare Pandy z napędem na cztery koła. Co najlepsze dawały one sobie radę bez zarzutów, nawet z załadunkiem lub z kilkoma osobami na pokładzie. Dla mnie to była spora ciekawostka bo w Polsce raczej rzadko spotyka się takie stare Fiaty Panda z napędem na cztery koła. W zasadzie na początku myślałem, że to są Fiaty Uno, bo z wyglądu przypominają bardziej ten model.

Dochodząc na koronę wulkanu można stwierdzić lakonicznie, że to wielka dziura w skale. Jednak nie do końca byłoby to precyzyjnym podsumowaniem. Wnętrze krateru jest wyłożone specyficzną warstwą wulkaniczną. Z niektórych miejsc wydobywają się kłęby dymu. Nawierzchnia po której chodzą turyści też jest inna niż znana ze zwykłych górskich szlaków. Pełno występuje też tam jaszczurek. To razem tworzy klimat tego miejsca. Jeśli dodać do tego fantastyczne widoki na niemal cały Neapol to w sumie robi całkiem porządne wrażenie.

W drugiej części tego dnia podjechaliśmy na szybkie zwiedzanie stolicy Kampanii, czyli Neapolu. To miasto niezwykłego kontrastu, które da się pokochać, mimo wielu nieprzyjemnych i ubogich miejsc. Niesamowite kościoły, zamki, pałace, place oraz galerie to tylko niektóre elementy składające się na urok tego miejsca. Drugą stroną miasta są wąskie, ubogie, często niebezpieczne i brudne ulice. W tych miejscach ukryte są jednak także prawdziwe perełki i rzadko spotykany klimat.

 

Na koniec jeszcze ciekawostka kulinarna prosto z Włoch. To, że we Włoszech jest całe mnóstwo różnych rodzajów pizzy nikogo nie dziwi, ale pizza z frytkami myślę, że niejednego może zaskoczyć 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *