Open post

Moje „50” biegów parkrun

Każda przygoda, historia czy pasja zaczyna się od pierwszego kroku. Ja swój pierwszy krok na parkrun postawiłem w kwietniu 2017 roku i od tego momentu moja „nowa pasja” przerodziła się w „nowy nawyk” 🙂 .

Parkrun to inicjatywa oparta na wolontariacie, która rośnie w zastraszającym tempie. Są to cotygodniowe, cykliczne i bezpłatne 5 kilometrowe biegi z pomiarem czasu. Odbywają się one już w ponad 1500 lokalizacjach w coraz większej liczbie państw (obecnie 20). W Polsce jest już 55 lokalizacji i stale ich liczba rośnie. Kolebką światowego parkrun jest Bushy Park na przedmieściach Londynu a polskiego Gdynia. Natomiast jedną z najmocniejszych frekwencyjnie lokalizacji w Polsce jest Poznań. Tego wszystkiego nie wiedziałem kiedy przychodziłem w kwietniu ubiegłego roku na poznańską Cytadelę po raz pierwszy na parkrun. Teraz kiedy osiągnąłem swój pierwszy biegowy jubileusz – 50 biegów parkrun mam już na koncie uczestnictwo i w Bushy Parku w Londynie i w Gdyni, a także w kilku innych miejscach w Polsce, m.in.: w Dąbrówce, w Kościanie czy w Gostyniu.

Doświadczając tych różnych miejsc doświadcza się także nowych rzeczy, ale przy okazji docenia się macierzystą lokalizację, a na tą z Poznania nie ma co narzekać 🙂 . Przepiękna, urozmaicona trasa po Cytadeli, z kilkoma większymi podbiegami i wieloma atrakcjami po drodze. To właśnie tutaj w trakcie 5 kilometrowej trasy przebiegniesz górską serpentyną w okolice starego amfiteatru. Następnie przebiegając kładką i nawracając się na rosarium przebiegniesz obok wystawy samolotów i czołgów. Po czym mniejszymi i większymi parkowymi alejkami dotrzesz do ostatniej, długiej i szerokiej alei przy Dzwonie Pokoju, która doprowadzi Cię już do samej mety.

Warto zauważyć, że parkun odbywa się zawsze, niezależnie od pogody! W Polsce zawsze w soboty o 9 rano. Uczestnikom nie straszna więc pogoda przez cały rok. To z kolei składa się na całkiem dobry sprawdzian dla uczestników w różnych warunkach atmosferycznych 🙂 . Ja też już miałem przyjemność doświadczyć startu w upale, deszczu, ulewie, śniegu itd. To wszystko tylko wzmacnia charakter i wolę walki. Zauważyłem przy okazji ciekawą zależność, że czym była gorsza pogoda albo sytuacja, tym sobie lepiej radziłem 🙂

 

 

W parkrun fajne jest to, że można łączyć go z innymi, różnymi pasjami, w tym z podróżowaniem. Ja z takiej możliwości skorzystałem właśnie będąc w Londynie, przy okazji uczestnicząc w jednym z największych biegów parkrun na świecie, czyli właśnie w miejscu narodzenia się tej inicjatywy w Bushy Park na przedmieściach Londynu. Co więcej, w tym właśnie czasie były obchodzone tam 13 globalne urodziny parkrun. „Impreza urodzinowa” była ogromna z około 1500 gośćmi-biegaczami. Dodatkowego smaczku i klimatu tej imprezie dodają towarzyszące tamtejszym biegaczom na trasie …… liczne i wolno żyjące jelenie, sarny i daniele.

 

kolejka po tokeny za metą – Londyn 🙂

 

Z projektem parkrun w zeszłym roku połączyłem także dwudniową wyprawę rowerem przez polskie wybrzeże. Wówczas po przejechaniu 520 km na rowerze skorzystałem z oferty gdyńskiego parkrun, tego od którego wszystko się zaczęło w Polsce. Bulwar nadmorski w Gdyni, co prawda nie należy do najbardziej urozmaiconych tras biegowych, ale przebiegnięcie parkrun wzdłuż morza to dla poznaniaka zawsze jakaś miła odmiana 🙂

Aby uczestniczyć w innych lokalizacjach parkrun niż macierzysta nie trzeba też wcale daleko wyjeżdżać. Osobiście brałem też udział w podpoznańskim parkrun Dąbrówka. Za pierwszym razem na inaugurację tego przedsięwzięcia w tym miejscu, za drugim – 1 stycznia, na specjalnej, dodatkowej edycji i wyjątkowo o innej godzinie aby zdążyć połączyć parkrun Poznań i parkrun Dąbrówka – co oczywiście uczyniłem 🙂

Inny inauguracyjny parkrun zaliczyłem także w Kościanie, gdzie pierwszy raz się spotkałem z 3 pętlami biegowymi. Najbardziej gościnny okazał się dla mnie jednak parkrun Gostyń, w którym to zwyciężyłem.

 

Parkrun po za cotygodniową aktywnością w różnych miejscach na świecie oferuje nam także coś równie istotnego – innych ludzi z pasją. A tych w społeczności parkrun nie brakuje. Są lokalizacje ogromne, takie jak choćby wspomniany wcześniej Bushy Park, w którym to rzadko liczba uczestników schodzi poniżej tysiąca osób na bieg. W Polsce masowo ludzie zbierają się w sobotnie poranki głównie w dużych miastach, a frekwencja oscyluje przeważnie około 150-200 osób. Jednym z polskich liderów w tym aspekcie jest właśnie Poznań. To tutaj co sobotę spotykam starych i nowych kolegów biegaczy, których wciągnął ten sam nałóg do aktywnego rozpoczęcia weekendu.

Wspólne bieganie jest zawsze przyjemniejsze, bardziej motywuje, raduje i dołącza element zdrowej rywalizacji co pomaga poprawiać swoje rekordy, o ile takie chce się poprawiać. Bo parkrun to nie wyścigi, tutaj można się ścigać, biec, maszerować, spacerować, nordic walkingować, aktywnie rozpocząć weekend  – byle się ruszyć 🙂 . Biegają tu ludzie z wózkami i psami. Niektórzy całymi rodzinami. Nie ma tu medali i pucharów dla najszybszych. Doceniana jest bardziej systematyka, za którą otrzymuję się np. dyplomy lub okolicznościowe koszulki. A o wiele łatwiej utrzymać systematykę w startach biegowych kiedy wiesz, że w każdą sobotę spotkasz znajome twarze i razem w dużym gronie będziecie się zmagać z własnymi słabościami.

 

dyplom za 50 biegów z rąk koordynatora biegów parkrun

To wszystko nie miało by jednak miejsca bez wsparcia sponsorów, a przede wszystkim bez zaangażowania wolontariuszy. To Ci ostatni umożliwiają organizowanie i przeprowadzanie biegów parkrun w sposób profesjonalny i klimatyczny, a przy tym bezpłatny. Za swoją bezinteresowną pomoc nagradzani są zawsze oklaskami i dobrym słowem a także mają możliwość tworzenia wyjątkowego, sportowego projektu i poznawania nowych ludzi. Wolontariusz w inicjatywie parkrun jest potrzebny chociażby do mierzenia czasu, zabezpieczania trasy, wydawania tokenów, skanowania wyników czy zamykania stawki – bo w parkrun nigdy nie jesteś ostatni 🙂 . Osobiście po za 50 biegami jako uczestnik parkrun w różnych lokalizacjach, póki co raz spróbowałem parkrun ugryźć z drugiej strony, będąc wolontariuszem na skanerze. Trzeba przyznać, że taka forma tworzenia tej globalnej inicjatywy także przynosi wiele satysfakcji.

Moja przygoda z ideą parkrun trwa już ponad rok, ale to i tak dopiero sam początek dłuuuuugiej relacji. Póki co jest jubileusz „50” biegów, a przed nami kolejne cele „100”, „250”, „500” biegów parkrun w różnych lokalizacjach w Polsce i na świecie, a to się samo nie wybiega 😛

moja „50” parkrun 🙂

 

 

Open post

Ponad 1000 km rowerem w 5 dni

Wyprawa 1000 km rowerem była jednym z moich głównych celów na rok 2018 i jak się okazało jest to pierwszy tegoroczny cel wykonany w całości w ramach projektu NowaPasja.pl.
Co więcej, cel ten został zrealizowany ze sporą nadwyżką kilometrów, a także przy skróconej długości misji do 5 dni. Start i meta zaplanowane w rodzinnym Poznaniu,
a za „półmetek” obrałem sobie Zakopane, gdzie czekała za mną wyjątkowa dla mnie osoba, co jeszcze bardziej nakręcało mnie do żwawego przebierania nogami 🙂

Podział na poszczególne dni jazdy wyglądał następująco:
1) dzień pierwszy, trasa: Poznań -> Częstochowa
2) dzień drugi, trasa: Częstochowa -> Zakopane
3) dzień trzeci, trasa: Zakopane -> Katowice
4) dzień czwarty, trasa: Katowice -> Wrocław
5) dzień piąty, trasa: Wrocław -> Poznań

Przez pierwsze 2 dni wyprawy miałem kompana w podróży, natomiast po półmetku w Zakopanym trzeba było sobie radzić samemu 🙂
W Zakopanym był 1 dzień przerwy regeneracyjno – towarzyskiej, natomiast cała reszta wyprawy to całkiem spory kawał roboty do wykonania,
co według mojego smartwatcha ostatecznie wyniosło 1085.24 kilometrów. Myślę, że jest to w miarę rzetelne podliczenie, chociaż czasami zapomniało się zatrzymać zegarek
na przerwie albo nie włączyć po niej 😛 z moich „papierowych” obliczeń też jednak wychodził końcowy dystans w granicach 1100 km, więc osobiście uznaję dystans 1085.24 km za oficjalny 🙂


Na ten wynik złożyło się wspomniane 5 dni mocnego kręcenia pedałami:

 

Dzień 1: Poznań -> Częstochowa, 281.98 km

To było typowe rozpoczęcie przygody z „wysokiego C”. Mój dotychczasowy dzienny rekord wynosił 260 km z zeszłorocznej wyprawy rowerowej wzdłuż polskiego wybrzeża. Co więcej nie jestem przekonany co do tego czy w ostatnim czasie moje miesięczne kilometraże na rowerze po Poznaniu i okolicach przekraczały poziom 280 km, tak naprawdę szczerze w to wątpię 😛 ale projekt NowaPasja.pl powstał m.in. właśnie po to aby przesuwać swoje granice i kroczyć z fascynacją przez życie. Z czystej ciekawości i odrobiny szaleństwa postanowiłem przejechać trasę Poznań – Częstochowa w jeden dzień. Pamiętam jak kilka lat temu moja pierwsza, jakakolwiek dłuższa wyprawa rowerowa po za Poznań to była właśnie pielgrzymka rowerowa do Częstochowy, która trwała 4 dni. Przed tamtą wyprawą uważałem to za spore wyzwanie i trochę się obawiałem takiego dystansu, a teraz zrobiłem to nie w 4 dni a w 1! Dodatkowo wtedy jechała większa, zwarta grupa, samochód serwisowy, który wiózł nasze bagaże, ktoś inny zajmował się nawigacją itd. Teraz to wszystko trzeba było robić na własną rękę.

Autentycznie zaciekawiony co z tego wszystkiego będzie spotkałem się z moim kompanem podróży, który towarzyszył mi w ten pierwszy najdłuższy kilometrażowo dzień i przed godziną 4 rano wyruszyliśmy spod galerii Posnania zdobyć Jasną Górę w jeden dzień. Godzina wczesna, ale konieczna do wyruszenia gdyż nawet Google Maps podpowiadało, że rowerem pojedziemy tam około 14 godzin, a trzeba doliczyć też przerwy i postoje w ciekawych miejscach. Uwzględniając to wszystko założyliśmy, że około 20 godziny powinniśmy być na miejscu i tak też się stało. Zrobiliśmy trzy dłuższe postoje: w Jarocinie, w Kaliszu i w Wieluniu. Jechaliśmy po różnych nawierzchniach tak jak nam podpowiadał GPS rowerowy, i o ile jest to fajna opcja na wypoczynkowy i krajobrazowy wypad za miasto to przy misji 1000 km rowerem w 5 dni jest już opcją średnią i ryzykowną. Głównie dlatego, że niejednokrotnie prowadzi przez nieutwardzone, polne ścieżki co nie sprzyja rozwijaniu prędkości albo co gorsza drogi pokryte luźnym piaskiem czy tak dziurawe, że uniemożliwia rozwinięcie prędkości w ogóle. Taka wolna jazda po „wybojach” zresztą bardziej męczy aniżeli szybsza jazda po utwardzonej, prostej drodze. W ten dzień robiliśmy kilka modyfikacji trasy i zaliczyliśmy właśnie wiele takich „krajobrazowych” dróg, ale też sporo ścieżek rowerowych, dróg gminnych, powiatowych i krajowych. W sumie przy bardzo pięknej, słonecznej pogodzie przez cały dzień dojechaliśmy do tabliczki Częstochowa około 20 godziny tak jak zakładaliśmy. Dopiero sama Częstochowa przywitała nas burzą i ulewą 🙂 15 minut w samej Częstochowie w trakcie oberwania chmury wystarczyło abyśmy nie mieli suchej nitki na sobie 🙂

Tym sposobem pierwszy i zarazem najdłuższy etap podróży stał się faktem, wcale nie takim strasznym jak to się niektórym wydawało 😛 My zdążyliśmy jeszcze na Apel Jasnogórski a rzeczy już się suszyły w pokoju hotelowym na kolejny dzień podróży. A w sportowym CV można już dopisać nowy rekord długości trasy w jeden dzień na rowerze 🙂

       

 

Dzień 2: Częstochowa -> Zakopane, 234.12 km

Po najdłuższym dniu, nadszedł dzień najtrudniejszy. Kilometraż także spory i w większości pod górkę. Ale coś za coś – rozpoczęły się ciężkie podjazdy (często nachylenia 9 %), ale także super zjazdy i piękne widoki. Były też pewne nieoczekiwane problemy techniczne z bagażnikiem u kolegi, ale też w miarę sprawnie sobie z tym poradziliśmy. Tego dnia dłuższe przerwy były w Jaworznie i w Wadowicach, a także tam gdzie były problemy ze sprzętem na trasie. Tego dnia dojeżdżając do Zakopanego w późnych godzinach wieczornych można było doświadczyć wszystkiego 😛 pięknego zachodu słońca, lekkiej mżawki, lekkiej burzy, mgły, wiatru i pod koniec leśnej ciemności. W przeciągu ostatniej godziny przed Zakopanem pogoda była kapryśna 😛 ale i tak było wspaniale i pierwszy cel wyprawy, czyli trasa Poznań – Zakopane w 2 dni rowerem został przypieczętowany. Dzień odpoczynku na półmetku w Zakopanem i czas spędzony z moją dziewczyną, która była na miejscu, a następnie przygotowania na 3 dniowy powrót już samotnie, trochę dłuższą trasą.

 

Dzień 3: Zakopane -> Katowice, 181.36 km

Dzień odpoczynku trochę mnie rozleniwił, po drugie będąc w Zakopanem na rowerze trzeba było porobić sobie fotki na Krupówkach czy pod Wielką Krokwią, pożegnać się z dziewczyną i znajomymi, co sprawiło, że tego dnia z Zakopanego wyjechałem grubo po 11 godzinie. Miało być w ten dzień co prawda łatwo bo z „górki”, ale nie do końca tak było 😛 pierwsze utrudnienie to remont i korki na Zakopiance, którą chciałem sobie trochę nadrobić czas. Stojąc w korkach spotkałem jednak starego górala na rowerze, którego się spytałem o jakąś alternatywę szybkiego wyjazdu stąd. Zaproponował mi drogę wolniejszą, ale za to niesamowicie malowniczą, której nie będę żałował. Powiedział tylko, że trzeba podjechać pod górę jak „skurczybyk”, ale później już czekają na mnie bajeczne widoki. Nieświadomy tego o jak wielkich rozmiarach „górze” mówimy, zaufałem jemu i pojechałem jak powiedział. W trakcie wspinaczki pod górę, okazało się, że to wzniesienie, na którym nieraz problemy mają kolarze górscy w ramach Tour de Pologne. Mnie ta góra dobiła i jej szczyt zdobywałem prowadząc rower. Od razu przyszła mi do głowy taka myśl, że „jak stary Góral mówi do Ciebie, nizinny mieszczuchu, że góra jest jak skurczybyk to łatwo nie będzie” 😛 ale było tak jak powiedział, i za to mu niesamowicie dziękuję, że będzie ciężko, ale warto. Na szczycie owej góry znajduje się wioska Ząb, jedna z najwyżej położonych osad w całej Polsce i słynna za sprawą Kamila Stocha, który właśnie tutaj się wychowywał. Widoki z tego miejsca były obłędne. To wszystko dzięki spotkanemu przypadkowo góralowi bo inaczej pewnie cisnąłbym się Zakopianką w spalinach samochodów po równiejszej trasie szybkiego ruchu. Było przepięknie, ale było już też popołudnie a ja w zasadzie nie wyjechałem za daleko po za Zakopane 😛 wziąłem się zatem do roboty i przez wiele kilometrów nie robiłem żadnej przerwy nabijając kilometry do Katowic.

Po drodze spotykałem wielu kolarzy, jeden z nich wyjechał sobie na całodzienny wypadzik po górach i towarzyszył mi przez około 30 km. Czas uciekał szybko, ale było przyjemnie, piękne trasy, widoki, pomocni i wspierający ludzie. W tym wszystkim nie wiem nawet kiedy pobiłem swój kolejny rekord rowerowy 😛 tym razem rekord prędkości (przynajmniej taki oficjalny), który wyniósł 72 km/h. Nie jest to może demoniczna prędkość, ale nie posiadając hamulców tarczowych w rowerze, nie miałem ciśnienia na pobijanie rekordów prędkości, więc pobił się samowolnie 😛 po drodze, również przypadkowo napotykałem się na wiele ciekawych miejsc, np. największy w Polsce park rozrywki EnergyLandia w Zatorze. Tego dnia robiłem krótsze przerwy, właśnie w tego typu miejscach, dłuższe przerwy miałem bliżej Katowic, w Oświęcimiu i w Tychach. To był dzień najobfitszy w atrakcje na trasie 🙂

 

Dzień 4: Katowice -> Wrocław, 193.24 km

Późny przyjazd do Katowic dzień wcześniej spowodował, że przyspieszone, rowerowe zwiedzanie miasta i okolic trzeba było przełożyć na rano. Fotka pod Spodkiem, przejazd przez park śląski, fotka pod Stadionem Śląskim i generalnie wyjechanie z całej aglomeracji śląskiej także zabrało sporo czasu. Na ten dzień przewidziane były 3 większe postoje: w Strzelcach Opolskich, w Opolu i w Brzegu. Wszystko szło zgodnie z planem. W tym dniu wkradało się lekkie ogólne zmęczenie tą całą intensywną wyprawą, ale najbardziej dokuczliwy okazywał się wiatr, którym kompletnie się nie przejmowałem przed wyjazdem i w zasadzie przez pierwsze dwa dni wyprawy także. Okazuje się, że w Polsce wiatry są z reguły zachodnie, stąd też przez pierwsze dwa dni wiatr nie przeszkadzał, a w zasadzie pomagał. Teraz kiedy miało być już lżej bo z „górki” okazało się, że wiatr potrafi mocno dokuczyć rowerzyście. Dochodziło momentami do tak absurdalnych zjawisk, że nie pedałując ledwo zjeżdżałem z górek przy mocniejszym wietrze 😛 wiatr w drodze powrotnej do domu nie był moim sprzymierzeńcem, ale w ten dzień przechodził samego siebie 😛 natomiast bardzo miło z tego dnia będę wspominał drogę krajową nr 94 prowadzącą z granic województwa Śląskiego i Opolskiego do samego Opola. Ponad 50 km szerokiego pobocza z pięknym asfaltem. W zasadzie miałem autostradę rowerową tylko dla siebie 🙂

 

Dzień 5: Wrocław -> Poznań, 194.54 km

Poranek we Wrocławiu podobny do tego z Katowic, czyli szybka rowerowa objazdówka po mieście, zahaczenie o starówkę i SkyTower i jak najszybszy wyjazd z miasta. Zaplanowane dłuższe postoje: w Trzebnicy, w Gostyniu i w Śremie. W ten dzień mimo nie najdłuższej i nizinnej już trasy postoi było więcej albowiem każdy kto trochę więcej jeździ rowerem wie, że czasami samo siedzenie na siodełku sprawia ból 😛 na szczęście żadnych kondycyjnych i mięśniowych problemów nie było, rower też się spisywał znakomicie, więc trzeba było walczyć jedynie z wiatrem, upałem i sfinalizować wyprawę w Poznaniu 🙂 tak mi się już spieszyło do domu, że w pewnym momencie zjechałem z bocznych utwardzonych dróg i chciałem trochę sobie skrócić trasę w okolicach Doliny Baryczy i jak w większości takich kombinacji ……. utknąłem w piasku lepszym niż nad polskim morzem 😛 wydostawszy się już z takiej nawierzchni trzymałem się już tylko dróg asfaltowych i połykałem kolejne kilometry najpierw docierając do tabliczki Wielkopolska, przejeżdżając przez kolejne coraz lepiej znane mi miasta: Gostyń, Śrem, Kórnik i w końcu przez Czapury dojeżdżając do upragnionej tabliczki Poznań – zamykając klamrą moją najdłuższą w życiu wyprawę rowerową 🙂

 

Dziękuję wszystkim za wsparcie, dobre słowo, koledze Pawłowi za towarzystwo przez pierwsze 2 dni wyprawy, na pewno nie będzie to ostatnia taka wyprawa w ramach NowaPasja.pl 🙂

Cel: 1000 km rowerem – ZALICZONE 🙂

Dedykuję tę eskapadę mojej wspaniałej dziewczynie Asi 🙂