Barcelona, HISZPANIA państwo nr 4

Kolejne, czwarte już państwo na liście to Hiszpania. Po zapełnionym podium pierwszymi 3 państwami (w ramach projektu Nowej Pasji), które zresztą w sposób zamierzony były moimi premierowymi (w końcu NowaPasja zobowiązuje) i wyczekiwanymi podróżami  nadszedł czas na pierwszy kraj w projekcie, do którego wracam po latach. I chociaż ta wyprawa była zaaranżowana dosyć spontanicznie, myślę, że podświadomie to musiał być ten pierwszy kraj, do którego wrócę z wizytą ponieważ za granicą najwięcej czasu spędziłem właśnie w Hiszpanii, gdzie w 2010 roku mieszkałem i pracowałem prawie 2 miesiące na wakacyjnych pracach sezonowych. Ten kraj też najlepiej został przeze mnie zapamiętany, dzięki swoim klimatycznym terenom i panującej tam pogodzie, szczególnie chodzi o południowe wybrzeże. I znowu pociągnęło mnie nad hiszpańskie wody. Wtedy na dalsze i obszerniejsze wody, na których zaczynał się Ocean Atlantycki, teraz znacznie bliższe i mniejsze wody Morza Śródziemnego. Wtedy to były południowo-zachodnie zakątki Hiszpanii – okolice Isla Cristina przy samej granicy z Portugalią, teraz wschodnia część Hiszpanii (Barcelona, Katalonia) blisko granicy z Francją.

Rok 2010

Isla Cristina 2010
Ayamonte 2010

 

 

 

 

 

 

 

 

 

z tamtej Hiszpanii zapamiętałem
także świetne
wschody i zachody słońca
widziane z naszych polnych domków,
gorącą ale przyjemną pogodę
za sprawą morskiej bryzy
i wilgotności powietrza
oraz wszechobecną MANIANĘ!

 

 

 

 

 

7 lat później po Andaluzji nadszedł więc czas na Katalonię, a dokładniej jej stolicę – Barcelonę. Przygody i zwiedzanie tym razem zaczęły się już w samolocie ponieważ jak poinformował nas kapitan samolotu na lotnisku aktualnie jest spory “korek” i nie mamy pozwolenia na lądowanie. Tym samym zrobiliśmy kilka bonusowych kółek nad katalońskim wybrzeżem z widokiem na Barcelonę. Po odkorkowaniu lotniska wylądowaliśmy na lotnisku w miasteczku El Prat de Llobregat. Miasteczko to przylega do Barcelony a samo lotnisko jest położone trochę ponad 10 km od centrum Barcelony. Po przylocie była bardzo dobra pogoda i od razu przypomniał się mi ten rześki klimat hiszpańskiego wybrzeża. Długo się nie zastanawiając ruszyłem pieszo w kierunku Barcelony. Oczywiście mało kto wpada na tak genialne pomysły aby z lotniska do miasta iść na piechotę, dlatego też nie spotykałem zbyt wielu piechurów. Przez krótki odcinek drogi musiałem iść przez lekko udeptane chaszcze ale szybko trafiłem do centrum miasteczka El Prat de Llobregat. Okazało się, że pomysł z pieszą wędrówką był bardzo trafiony bo inaczej nie odwiedziłbym tego miasteczka a akurat rozpoczynała się tam miejscowa procesja, na której było całkiem sporo atrakcji. Długi korowód przeróżnych wozów, zaprzęgów i bryczek z wieloma miejscowymi specjałami na pokładzie. Uczestnicy pochodu prezentowali swoje przyozdobione konie i kuce ciągnące pojazdy oraz eksponowali swoje artykuły spożywcze i gospodarcze. Nad wszystkim “czuwał” stróżujący pies na skrzyniach, który wstawał jedynie na uprzejmą prośbę zrobienia sobie z nim zdjęcia 🙂 . Całej procesji przygrywała całkiem głośna orkiestra i barwnie, ludowo ubrany korowód ruszył przez miasteczko. W pewnym miejscu nasze drogi rozeszły się. Jednak właśnie takie nieznane i nieoczekiwane atrakcje na swojej drodze lubię najbardziej, dlatego fajnie wspominam te przedmieścia Barcelony. Szczególnie, że reszta tego miasteczka i cała jego zabudowa także była naprawdę urokliwa, tak samo jak serdeczna Pani z zakupami, której się spytałem o najkrótszą drogę do Barcelony na piechotę na co Ona cała przerażona powiedziała coś w stylu “chłopcze, pieszo do Barcelony?, serio?”, ale drogę wskazała i dzięki temu nie dłużej niż po godzinie spaceru byłem na terenie Barcelony. Po drodze trafiłem jeszcze na kilka ciekawych miejsc np. normalne, drewniane ławeczki do siedzenia, przy których zainstalowane były pedały rowerowe i ludzie siedzący i odpoczywający na zwykłej, parkowej ławeczce mogli trochę poruszać nogami. W takiej wersji jeszcze tego nie widziałem. Kolejna kwestia, która mnie lekko zadziwiła to całkiem spore wzniesienia dookoła Barcelony jak i w samym mieście. Idąc od strony lotniska do miasta spostrzegłem, że na szczycie jednej z najwyższych górek nad miastem zlokalizowana jest jakaś bliżej mi nieznana budowla przypominająca kościół albo zamek. W każdym razie, nie wiedząc jeszcze do końca co to jest, wyznaczyłem sobie już pierwszy większy cel do zdobycia w tym mieście – jeszcze w nim nie będąc ale już je widząc. Wysokie wzgórze nad dużym miastem i coś bliżej nieokreślonego ale widocznego z daleka na samym szczycie na pewno będzie na tyle atrakcyjne aby warto było tam pójść. Jak się później okazało to jedno z fajniejszych miejsc w Barcelonie a nazywa się Tibidabo. Cały czas zmierzałem ku Barcelonie aż w końcu dotarłem do pierwszych bloków mieszkalnych, szpitala i centrów handlowo-magazynowych. Czym głębiej wchodziłem w miasto tym infrastruktura, architektura i cała reszta stawała się coraz przyjemniejsza dla oka. Niespodziewany dla mnie górzysty teren, mnóstwo zabytków, piękna architektura i wspaniała pogoda. Tym przywitała mnie Barcelona.

W pierwszy dzień, kiedy przyleciałem do stolicy Katalonii po mieście poruszałem się na czuja, dziwnym trafem omijając wszystkie punkty informacyjne z mapkami albo co bardziej prawdopodobne jakoś specjalnie ich nie szukając gdyż mój intuicyjny zmysł podróżniczy od razu po przybyciu do miasta skierował mnie na place Espanya i Catalunya, obłędnie wyglądające Muzeum Narodowe oraz do portu. Tym samym powodów do narzekań nie było, a mapka w swoim czasie też się znalazła. Pierwszy intensywny i spontanicznie kreowany dzień w Barcelonie wyglądał w obiektywie mniej więcej tak:

Muzeum Narodowe w Barcelonie
widok na teren przed muzeum
przybliżony widok z muzeum na miasto i Tibidabo w tle
Port

Na koniec tego dnia czekała na mnie jeszcze jedna nowość – mianowicie po raz pierwszy jednoosobowo skorzystałem z platformy Couchsurfing, która skupia ludzi z całego świata, pasjonatów podróżowania, którzy oferują i poszukują noclegów u innych podróżników z całego świata a także szukają towarzysza lub przewodnika w nowym miejscu. Opcja taka jest przede wszystkim fajna dlatego, że spotyka się i poznaje wiele osób, historii i miejsc, które inspirują. Na ten przykład moim Gospodarzem był Polak, który przejechał w zasadzie cały świat wzdłuż i wszerz, pływał z delfinami czy nurkował przy rekinach. U Niego spotkałem też dwie inne osoby z Polski, które aktualnie studiują w Madrycie i w Rzymie. Takie spotkania są najbardziej inspirujące. Kilku Polaków, z czego każdy pochodzi z innego regionu, przeżył i zwiedził w życiu co innego, ma inne doświadczenia i wnioski, każdy z nas aktualnie przebywa w innym państwie na stałe, robiąc coś odmiennego od reszty a spotkaliśmy się przy jednym stole w gościach u naszego rodaka w Barcelonie. Bardzo lubię takie historie bo po prostu otwierają oczy na wiele spraw i możliwości a także podrzucają nowe pomysły do głowy. Po owocnej dyskusji i wymianie doświadczeń z rodakami rozsianymi po Europie nadszedł czas na ułożenie planu na kolejny dzień, w którym uwzględniłem dwa główne punkty zwiedzania, które zaplanowałem jeszcze w Poznaniu, czyli Camp Nou i Sagradę Familię. Wplotłem w ten plan dnia dodatkowo także dostrzeżone i intrygujące mnie od początku wizyty w Barcelonie wzgórze Tibidabo.

Drugi dzień w Barcelonie od samego początku był zatem o wiele bardziej napięty i zaplanowany od pierwszego. Trzeba było wyruszyć zdobyć 3 główne cele na ten dzień a także cieszyć się i czerpać ze wszystkiego innego po drodze. Tym samym z rana ruszyłem najpierw na stadion Camp Nou, aby zwiedzić największy stadion sportowy w Europie. Docierając pod stadion wiele osób może stanąć przed nie małym dylematem czy to na pewno to jest ten największy stadion Europy. Obiekt z zewnątrz wygląda niepozornie jak na swoją sławę, rzec by można, że co najwyżej przeciętnie jeśli chodzi o większe stadiony piłkarskie. Co gorsza z niektórych perspektyw nie wygląda na stadion w ogóle. Tym się jednak za bardzo nie przejmowałem gdyż doczytałem już wcześniej, że sytuacja tak wygląda ponieważ stadion i trybuny są osadzone mocno w ziemi co sprawia na zewnątrz mniej pokaźne wrażenie. Prawdziwe wrażenia miały się zacząć dopiero po wejściu do środka. Cena wstępu zwiedzania Camp Nou z dostępem do muzeum klubowego z pucharami, wejściem do: szatni, loży prasowej, tunelu, murawy i oczywiście wejście na trybuny kosztowało razem 26 euro. Zwiedzanie zaczyna się od muzeum klubowego z opisaną historią klubu FC Barcelona, przedstawieniem legend tego klubu oraz zademonstrowaniem trofeów zdobytych przez klub, w tym puchary za Champions League. Następnie przechodziło się na środkowy poziom trybun. Osobiście przyznam, że spodziewałem się, że ogrom trybun mnie przyciśnie jednak nic takiego nie miało miejsca. Szczerze mówiąc byłem trochę rozczarowany “wielkością” stadionu bo dobrze znając od środka tak duże stadiony jak Iduna Park w Dortmundzie, Stadion Olimpijski w Berlinie czy chociażby nasz Stadion Narodowy myślałem, że Camp Nou będzie znacznie obszerniejszym obiektem, a w moim odczuciu tak nie było. A przecież mowa o stadionie, którego pojemność szacuje się na około 100 tysięcy ludzi. Na obronę zapewne można dodać, że stadion bez kibiców nie wydaje się tak obszerny i wielki jak wypełniony kibicami na meczu. Musiałem dłuższą chwilę posiedzieć na trybunie, żeby dojść do wniosku, że rzeczywiście ten stadion jest bardzo pojemny bo pierwsze wrażenie zarówno z zewnątrz jak i ze środka specjalnie powalające nie było, przynajmniej dla kogoś kto bywał już na wielkich i wypełnionych kibicami stadionach.


Ale tak jak wspomniałem po niezachwycającym pierwszym kontakcie z Camp Nou każda kolejna minuta spędzana na stadionie trochę bardziej przekonywała mnie do tego obiektu. Być może zbyt nierealistycznie wyobrażałem sobie ogrom tego stadionu i sam się zanadto nakręciłem. Po to jednak są między innymi podróże aby konfrontować swoje wizje z rzeczywistością. Kolejnym punktem zwiedzania były szatnie oraz tunel meczowy, którym piłkarze wychodzą na swoje mecze. Przy tym tunelu znajduje się także mała kapliczka modlitewna.

tunel wyprowadzający piłkarzy na murawę

Tą drogą trafiłem na murawę Camp Nou, skąd wyniosłem najlepsze odczucia. Perspektywa ma jednak wielkie znaczenie bo widząc całość trybun dookoła siebie z płyty boiska w końcu był to dla mnie widok satysfakcjonujący, którego oczekiwałem po tym stadionie.

własne barwy na Camp Nou 🙂

Kilku znajomych, którzy są kibicami Barcelony prosiło mnie o zdjęcie z Camp Nou. Oczywiście spełniłem ich prośbę, jednak jako małoletni Madridista a aktualnie bardziej sezonowy fan Realu Madryt musiałem dodać coś od siebie do zdjęcia i konspiracyjnie skonstruowałem szybki, zaczepny baner 🙂 . Dopiero w takim formacie mogłem porozsyłać zdjęcie znajomym kibicom Barcelony 🙂

Do zwiedzenia została jeszcze loża prasowa i ogromny sklep klubowy. Loża usytuowana na koronie stadionu bardzo długa i ze świetną widocznością na murawę i trybuny, jednak bez większych udogodnień. Zastanawiającym zjawiskiem były niektóre rzędy krzesełek umiejscowione w okolicach loży, przy których strop był tak niski, że siedząc miało się niewiele miejsca nad głową, nie mówiąc już o wstawaniu. Ciekawe jak siedzący tam ludzie na meczu cieszą się ze zdobytych bramek, nie robiąc sobie przy tym krzywdy? 🙂 Dużo bardziej pochłaniającym miejscem dla fanów FC Barcelony jest klubowy sklepik z wszelakimi możliwymi gadżetami klubowymi. Pomijając kwestie oczywiste jak koszulki, buty i inne elementy garderoby sportowej można było tam kupić takie rzeczy jak klubowe: chipsy, ciasteczka, czajniki, termosy, maskotki, szampany czy skórzane torebki. Generalnie wszystko co można kupić w supermarketach było tam opakowane w barwy FC Barcelony.

przykładowy asortyment sklepu

Reasumując pobyt na Camp Nou, nie był to najładniejszy stadion na jakim byłem, teoretycznie był największy bo oficjalnie największy w Europie, chociaż nie odczuwa się tego jakoś specjalnie wyraźnie. Z zewnątrz nie robi w zasadzie żadnego wrażenia ale w środku jest znacznie lepiej, szczególnie z perspektywy boiska. W mojej ostatecznej ocenie za całokształt daję mocne 7 w skali 1-10.

Po stadionie kolejnym celem na ten dzień było Tibidabo, czyli miejsce, które obrałem za cel spontanicznie tuż po wylądowaniu w stolicy Katalonii. Jest to mierzący ponad 500 metrów najwyższy szczyt w paśmie bezpośrednio otaczających miasto wzniesień, na którym znajduje się architektoniczne arcydzieło w postaci Kościoła Najświętszego Serca Jezusowego a także park rozrywki i liczne kawiarnie. Całość widoczna jest praktycznie z każdej strony miasta a widok ze szczytu obejmuje całą Barcelonę, morze, lotnisko El Prat a przy dobrej widoczności nawet Pireneje i Baleary. Ciekawie przedstawiana jest historia i nazwa tego miejsca. Nawiązuje ona do biblijnej opowieści mówiącej o tym, że szatan proponował Jezusowi wszystkie bogactwa na ziemi w zamian za złamanie przysięgi danej Bogu. W sensie dosłownym Tibidabo znaczy “Tobie dam”. Na górę można się dostać na wiele sposobów, w tym wykorzystując kolejkę szynową czy autobus. Ja standardowo dla siebie wybrałem opcję aktywną, napędzaną nogami 🙂 . Wspinając się do góry po drodze natrafiłem na osiedla willowe, legendarne barcelońskie tramwaje w zajezdni na wzgórzu oraz stopniowo wyłaniającą się panoramę miasta. Po dotarciu na sam szczyt rozciąga się przepiękny widok na Barcelonę i okolice a także zauważalne jest przemyślane zagospodarowanie tego miejsca, w którym jest miejsce na wspaniały kościół a przy tym także atrakcje dla młodszych i trochę starszych w postaci parku rozrywki, co razem tworzy przyjemny obraz Tibidabo. Po za tym jest tam całkiem sporo przestrzeni, co daje dodatkowy komfort turystom. Jeszcze większej klasy temu miejscu dodaje fakt, że zlokalizowany tu park rozrywki należy do jednych z najstarszych tego typu parków na świecie. Z kolei architektura kościoła ma niezwykle ciekawy wymiar symboliczny. Otóż ciemna barwa kamienia, która pokrywa dolne krypty symbolizuje piekło zaś biała barwa świątyni – niebo. Co więcej na wierzchołku kościoła zwieńczeniem tej wspaniałej świątyni jest posąg Jezusa z rozłożonymi ramionami, wznoszącego się ponad całą Barcelonę. Nie trudno doszukać się w tym podobieństwa do posągu z Rio de Janeiro.

Kościół Najświętszego Serca Jezusowego
figura Jezusa królująca nad miastem

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

park rozrywki na wzgórzu Tibidabo z widokiem na Barcelonę
… widoków ciąg dalszy
… dalszy
… i dalszy
… i starczy. Tibidabo zaliczone 🙂

Czas więc i pora powrotu do miasta a tam w planie jeszcze park Güell z dziełami Gaudiego oraz bezustannie od lat budowana, docelowo największa świątynia świata, Sagrada Familia. Park Güell to spory ogród z różnorodną roślinnością oraz niebanalnymi projektami architektonicznymi sławnego na całym świecie katalońskiego projektanta Antonio Gaudiego. To ten sam ogród, z którego często spotyka się widokówki z Barcelony z charakterystycznymi i specyficznymi budowlami i rzeźbami.

jeszcze przed wejściem do parku widać kunszt i niepodrabiany styl charakterystyczny dla Gaudiego
a w środku jest jeszcze przyjemniej

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Muszę przyznać, że tak jak nigdy nie rozdrabniałem się za bardzo nad tym  kto, kiedy i dlaczego dane dzieło popełnił to nad osobą Antoniego Gaudiego przysiadłem na dłużej. Była to osoba niezwykle kontrowersyjna ale także ceniona. Na dowód tego niech świadczy fakt, że w stosunku do Gaudiego jest prowadzony wieloletni proces beatyfikacyjny. Co najważniejsze z punktu widzenia sztuki był to na tyle niepowtarzalny a zarazem specyficzny artysta, że nawet laik w dziedzinie sztuki jest w stanie dostrzec i odróżnić jego prace, wykonywane eksperymentalnie z przeróżnych surowców, często posługując się mozaikami.

Na koniec tego dnia zostawiłem sobie wisienkę na torcie w postaci Sagrady Familii – największego projektu Gaudiego oraz docelowo najwyższej świątyni świata. Budowla ta jest jednak budowana aż od  1883 roku kiedy pracę nad nią przejął sam Gaudi. Liczne zmiany w projektach, przebyta wojna domowa w Hiszpanii, a przede wszystkim śmierć Gaudiego przedłużają prace do czasów dzisiejszych. Coraz śmielej mówi się, że budowla zostanie ukończona w 2026 roku, czyli dokładnie na rocznicę 100 lecia śmierci Gaudiego. Wobec tego ta cudowna, secesyjna świątynia na ten moment jest wciąż otoczona licznymi dźwigami i innymi maszynami budowlanymi, co niestety lekko uprzykrza obraz tego dzieła. Pomimo ciągłych prac, świątynia wygląda zachwycająco z każdej strony. To miejsce ma coś w sobie. Pewną nutkę niezwykłości. W końcu zostało zaprojektowane przez wybitnego architekta a następnie realizowane i wznoszone mimo wielu zawirowań przez kilka kolejnych pokoleń a w zamierzeniu ma posiadać aż 18 wież poświęconych 12 apostołom, 4 ewangelistom, Maryi i Jezusowi. Jedna z nich ma osiągnąć wysokość ponad 170 metrów co sprawi, że Sagrada Familia stanie się najwyższą świątynią świata. Liczę na to, że tak się właśnie stanie bo ta budowla ma w sobie siłę i potencjał. Pytanie tylko kiedy to nastąpi? fajnym akcentem byłoby uwieńczenie dzieła Gaudiego właśnie w 100 rocznicę Jego śmierci. W każdym razie, do tego czasu musimy zadowalać się niedokończoną budowlą, na co i tak nie mamy co narzekać bo jest po prostu piękna! Szczególnie polecam perspektywę nocną, kiedy kościół jest mocno oświetlony. Najlepszym punktem obserwacyjnym wydaje się być pobliski park ze stawem po środku, gdzie dodatkowo tworzy się niezwykłe odbicie podświetlonej świątyni. Specjalne podziękowania dla Pana Japończyka, który pytając się mnie czy czekam na podświetlenie kościoła dał mi do zrozumienia, że może warto poczekać. A ja już chciałem wracać do kwatery i straciłbym taki widok. Warto się czasami wsłuchiwać w głos ludu podróżniczego 🙂

Sagrada Familia nocą

3 dzień w Barcelonie to kontynuacja podążania szlakiem Gaudiego, z tego względu nie mogło zabraknąć w planie takich punktów jak Casa Milà oraz Casa Batlló, budynki znajdujące się w centrum Barcelony, wyróżniające się niepowtarzalnym kształtem. W pierwszym obiekcie głównie falującą konstrukcją i w zasadzie brakiem prostych kątów i linii, w drugim natomiast bajeczną mieszanką barw, wzorów i kształtów. Szczególnie właśnie Casa Batlló przypadł mi do gustu ze względu na swój bajkowy charakter.

Casa Batlló

Po zwiedzeniu tych obiektów z zaplanowanych rzeczy pozostała mi jedynie słynna plaża Barceloneta a reszta dnia była przeznaczona na spontaniczne szukanie atrakcji i poznawanie miasta. Skierowałem się zatem najpierw na wybrzeże gdzie zastałem ładną, szeroką, piaszczystą plażę z rozciągającą się promenadą z palmami nad plażą i ciekawymi budynkami dookoła. Widać było, że ludzie lubią tu spędzać swój wolny czas.

Największym odkryciem obok Tibidabo, o którym nie miałem pojęcia przed wyjazdem, a na który trafiłem w ramach instynktownego zwiedzania miasta była barcelońska Cytadela (Parc de la Ciutadella). Miejsce to położone nieopodal plaży a zarówno blisko zatłoczonej części miasta jest zieloną oazą Barcelony. Centralnym punktem parku jest fantastyczna kaskada, w której budowę swoje ręce maczał nie kto inny jak sam Gaudi, choć nie był on w tym wypadku głównym architektem.
Woda, piasek, bogata roślinność i architektoniczne cuda – czego chcieć więcej od parku? Parc de la Ciutadella oferuje jednak znacznie więcej. Znajduje się tutaj obszerny ogród zoologiczny, muzeum zoologiczne oraz przepiękny staw, po którym można popływać wypożyczoną łódką.

jeśli do tego wszystkiego dodać reprezentacyjną drogę wejściową do parku Cytadela przez łuk triumfalny, nie odstający klasą od swojego paryskiego odpowiednika, to całość daje imponujący efekt.

W ramach ciekawostki należy wspomnieć, że Parc de la Ciutadella jest najstarszym parkiem w Barcelonie, natomiast łuk triumfalny przed Cytadelą jest jedynym tego typu łukiem na świecie, który nie został wybudowany w charakterze militarnym a jedynie z myślą o sztuce, mieszkańcach i turystach.

Dalszą swoją wędrówkę pokierowałem na wschód miasta, gdzie czym dalej się szło tym mniej było zabytków, za to więcej nowoczesnej Barcelony w postaci wieżowców i innowacyjnych budynków. Generalnie podchodząc do sprawy geograficznie i uwzględniając, że lotnisko El Prat jest na zachodzie miasta, wieżowce na wschodzie, Tibidabo na północy a Barceloneta na południu to z pełnym przekonaniem mogę powiedzieć, że przeszedłem Barcelonę wzdłuż i wszerz 🙂 i każdemu taki przekrój polecam, bo każda część miasta jest inna i warta zapoznania się z nią.
Z obserwacji samego miasta spodobały mi się także rozwiązania drogowe, np. jednokierunkowe, wąskie uliczki w centrum lub często spotykane pochyłe zjazdy zamiast krawężników na chodnikach. Barcelona fajnie też stoi sportowo bowiem boisk do gier zespołowych jest pełno i w różnych dziwnych miejscach, m.in. między kamienicami a kościołami czy nawet na dachach niektórych budynków. Sporo jest zewnętrznych stołów do ping-ponga, cieszących się niemałą popularnością oraz innych miejsc do uprawiania sportu jak choćby wielkie ściany wykorzystywane do gry w squasha.

Barcelona pozostawiła po sobie bardzo dobre wrażenie jako miasto klimatyczne i zabytkowe a jednocześnie sportowe i rozrywkowe.

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *