Open post

Edynburg, SZKOCJA – “państwo” nr 7

W drugim tegorocznym wypadzie za granicę Nową Pasję wywiało ponownie do klimatycznej Wielkiej Brytanii. Tym razem jednak nie ubiegłoroczna Anglia a Szkocja stała się obiektem eksploracji 🙂 . W tej części Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii powstaje ogrom produkcji i scen filmowych. Szkocka tradycja i niebywała przyroda inspirowała do realizacji wielu dzieł, chociażby słynnego “Braveheart” Mela Gibsona. Nie ma się co za bardzo temu dziwić. Szkocja da się lubić. Mi osobiście Szkocja oddalona od zgiełku miast przypominała trochę Islandię. Sam Edynburg ciężko porównać do innego miasta. Jest po prostu wyjątkowy….

Dzień 1
Popołudniowy przylot do stolicy Szkocji wiązał się przede wszystkim ze znalezieniem hostelu, ogarnięciem mapek i zrobieniem planu na resztę dni. W tym mocno pomogła obsługa hotelowa, którą w większości stanowili Polacy. Szybko dowiedzieliśmy się co, gdzie i kiedy najlepiej zobaczyć. Okazało się, że nasze zakwaterowanie jest na jednej z główniejszych ulic miasta ze znakomitym połączeniem komunikacyjnym z lotniskiem, centrum i w zasadzie czymkolwiek gdzie się chciało jechać. Przez Princes Street (bo o tej ulicy mowa) przejeżdża większość pojazdów komunikacji miejskiej i pozamiejskiej Edynburga. Największą zaletą zakwaterowania na tej ulicy okazał się jednak ….. widok z okna. Widok wychodził idealnie na zamek na wzgórzu. Co więcej nocami zamek ten był podświetlany co dawało fantastyczny efekt. Mimo, że oprócz głównych zabytków Edynburg nie jest dobrze oświetlony to dało się już w pierwszy dzień odczuć magię tego miejsca. Niesamowite zabytki, kościoły, monumenty, “londyńskie” budki telefoniczne oraz piętrowe autobusy z rozległymi ogrodami w centrum miasta robiły wrażenie.

   

 

Dzień 2
Naszym celem było wzgórze Calton Hill. To miejsce naszpikowane jest zabytkowymi pomnikami i budowlami a ze szczytu rozprzestrzenia się widok na całe miasto. Panorama z tego miejsca ma 360 stopni i obejmuje zasięgiem wzroku kolejne fantastyczne, jeszcze większe pasmo wzniesień – Holyrood Park. To z kolei ogromny królewski park z kilkoma szczytami, jeziorami, urwiskami czy wąwozami. Największym wzniesieniem tego miejsca jest góra Artura. Występują tam jeszcze drobne ruiny – pozostałości opactwa Holyrood. W pobliżu parku zlokalizowany jest niezwykle malowniczo położony cmentarz z przepięknymi, zabytkowymi płytami. Cmentarz, którym można się zachwycić. Połączenie klimatycznych zabytków z niebanalną przyrodą Szkocji jest obłędne.

 

Dzień 3
Tego dnia była sobota. A w sobotę rano się biega na parkrunie 🙂 .Zatem przed kolejnym punktem turystycznym pojechaliśmy na przedmieścia Edynburga na start tutejszego biegu. Szkoci to jednak trochę leniuszki i parkrun zaczynają pół godziny później niż rozgrywany jest on w Polsce. Kilka minut przed startem tłumów jeszcze nie było, a finalnie zebrała się całkiem pokaźna pół tysięczna grupka biegaczy. Sama trasa bardzo płaska i bardzo łatwa. Podobna do tej z Gdyni. Biegnie się 2,5 kilometra bulwarem i nawrotka. Bardziej intrygowało jednak otoczenie tego miejsca. Bulwar bowiem przylegał do niemal wyschniętego wybrzeża zatoki od Morza Północnego.

Szkocja jak się okazało nie skończyła zadziwiać. Popołudniu wybraliśmy się do największego parku w obrzeżach Edynburga. Był to Pentland Hill. Miejsce. w którym mieliśmy nadzieję spotkać słynne, szkockie, “włochate” krowy. Tak też się zresztą stało i to z dużą nadwyżką, bo mieliśmy też przyjemność się spotkać z włochatymi bykami 🙂 . Nie byłoby może w tym nic nadzwyczajnego, po za tym, że te zwierzęta żyją sobie w tym parku na wolności. Co jeszcze ciekawsze kucyki i małe koniki były odgrodzone od szlaków, którymi przemieszczali się ludzie a “włochate” byki i krowy nie 🙂 . Co prawda wyglądały całkiem przyjaźnie, ale bliskiego “selfika” z nimi nie ryzykowaliśmy 😛 . Jadąc tam mieliśmy głównie w planach zobaczyć te zwierzęta. Nie spodziewaliśmy się, że będzie w tym parku aż tak pięknie. Tak malownicze krajobrazy widziałem jedynie na Islandii, stąd to moje wcześniejsze porównanie. Szkocja tak samo zachwyca zabytkami w mieście, jak przyrodą w terenie. W tych wędrownych wypadach towarzyszyła nam także świetna pogoda. Co jeszcze bardziej upiększało widoki…

 

Dzień 4
Chociaż Islandia w mojej opinii nadal pozostaje na pierwszym miejscu jeśli chodzi o najładniejszy krajobraz, to w mieście przewagę ma Szkocja. Dopiero tego dnia na spokojnie był czas pozwiedzać centrum Edynburga. Wcześniej jedynie przejazdem albo nocą. Jest to stolica pełna zabytków i przyrody. Niemal na każdej ulicy jest jakaś zabytkowa wieżyczka, rzeźba, wybijająca się kamienica, kościół czy inna rzucająca się w oczy budowla. Zamek, pałac, teatry, muzea, galerie, jest wszystko.  Z drugiej strony są liczne parki, te małe i te duże. Są także niesamowicie bajkowe i urocze dzielnice, takie jak otoczone zielenią Dean Village leżące w dolinie rzeki. To dzielnica starych domów i mostów ze scenerią gotową na plan filmowy. Dalej wiodą leśne ścieżki wzdłuż rzeki, prowadzące do innych mostów i wodospadów. Bajka w realu.

 

Dzień 5
To już dzień wieczornego powrotu, ale jakże dobrze spożytkowany. To tego dnia zajrzeliśmy do szkockich galerii i muzeów. Szczególnie polecamy Muzeum Narodowe Szkocji. Jest ono darmowe, a spędzić tam można niemal cały dzień. Muzeum jest podzielone na wystawy tematyczne. Każdy znajdzie tam coś dla siebie. Jest Szkocja w przeszłości, Szkocja niepodległa, szkocka garderoba i kuchnia, sprawy techniczne, innowacyjne i nie tylko. Mnóstwo atrakcji. Największym powodzeniem cieszy się chyba sekcja techniczna bowiem można wypróbować wiele, ciekawych rzeczy samodzielnie. Dużo frajdy przynosi rozmowa z drugą osobą po kablach, generator fal morskich czy beczka elektryczna napędzana nogami 🙂 . Można się też przenieś w świat kierowcy formuły 1 albo kosmonauty.

 

Wielkie wrażenie po sobie zostawia także gmach i dziedziniec Uniwersytetu w Edynburgu. Typowa brytyjska cegła ze specyficznym klimatem i licznymi wieżyczkami. Uczyć się w takim budynku to trochę jak uczyć się w Hogwarcie 🙂 . Nie dziwi specjalnie też, że J.K. Rowling również inspirowała się szkocką architekturą tworząc swoje bestsellery. Na zakończenie wyjazdu trzeba było sobie zrobić pamiątkowe zdjęcie ze Szkotem w kilcie i ze świadomością dobrze spędzonego czasu zmierzać ku lotnisku.

 

Dziękuję za cudownie spędzony czas w przepięknej Szkocji mojej dziewczynie Asi 🙂

 

 

Open post

Pompeje – Neapol, WŁOCHY państwo nr 6

W końcu NowaPasja.pl dotarła do Włoch na spokojne zwiedzanie, a nie jak do tej pory w przesiadkowym pośpiechu. W mojej opinii to polecane i często odwiedzane przez wiele osób państwo, okazało się nie być, jak to często bywa, przereklamowane. Przynajmniej jeśli chodzi o regiony Kampanii, po której krążyłem wraz ze swoją dziewczyną oraz paczką znajomych. Co więcej te kilka intensywnych dni na włoskiej ziemi sprawiło spore zamieszanie na mojej top liście ulubionych europejskich państw. Ale po kolei jak do tego doszło ……..

Dzień 1: Pompeje
Bardzo wczesny wylot z lotniska w Gdańsku do Neapolu, poprzedzony niecodzienną imprezą urodzinową. Mianowicie jedna z uczestniczek naszej wyprawy tego dnia obchodziła urodziny oraz pierwszy raz leciała samolotem. Dla uczczenia tych wydarzeń i na odwagę o 3 rano lało się Piccolo 🙂 Nie zapomnę także, jaki ubaw zapewniliśmy Panu w sklepie spożywczym zastanawiając się kilka minut przed półką z alkoholem jaki trunek wybrać na poranny toast i przed lotem samolotem, wybierając ostatecznie Piccolo 🙂

Będąc już na miejscu, na włoskiej ziemi, grubo przed południem nie traciliśmy czasu i od razu ruszyliśmy zwiedzać ruiny starożytnych Pompejów. Jest to miejsce zniszczone, ale także częściowo zachowane przez erupcję wulkanu Wezuwiusz. Popiół wulkaniczny, zasypując Pompeje niemal 2 000 lat temu, utrwalił budowle, przedmioty i niektóre ciała w taki sposób, że współcześnie jesteśmy w stanie obejrzeć oblicze starożytnego, rzymskiego miasta. Niesamowita gratka dla miłośników historii, ale myślę, że także dla zwykłych podróżników takich jak my. W końcu niecodziennie można się poruszać po prawdziwych, starożytnych ulicach, wejść do starożytnej świątyni czy zobaczyć starożytne łaźnie, teatry i domostwa. I to wszystko w jednym miejscu – prawdziwym, zachowanym starożytnym mieście.

Nieopodal ruin starożytnych Pompejów, są także “współczesne” Pompeje, w których życie płynie dalej. Jest to w miarę skromna mieścina, jednak z całkiem pokaźną i sławną Bazyliką Matki Bożej Różańcowej. Eksplorując z Asią różne ciekawe zakamarki tego miasteczka trafiliśmy na wysoki dach jednego z hoteli, na którym tak długo cieszyliśmy się widokami, że zostaliśmy (przypadkowo lub nie) odcięci od drogi powrotnej 🙂 . Zamknięci przez jakiś czas na dachu znaleźliśmy rozwiązanie awaryjne. Dla fajnych widoków warto jednak czasami ryzykować 🙂 .

wieża Bazyliki z bliska:

Dzień 2: rejs Sorrento – Amalfi – Positano
Tego dnia zwiedzaliśmy przepiękne, włoskie wybrzeże z lądu i wody. Pogoda dopisała widokom. Na statku po jednej stronie mieliśmy ciągły widok na wybrzeże Kampanii (regionu, po którym się głównie przemieszczaliśmy), po drugiej stronie od czasu do czasu ukazywały się różne małe wysepki. Wszystko razem było tak zachwycające, że ciężko do tej pory mi wskazać, które z odwiedzonych miejscowości, położonych nad samym morzem Tyrreńskim było najbardziej fascynującym miejscem. Tego dnia konkurentami po ten tytuł były Sorrento, Positano i Amalfi. Wszystkie urzekały pięknem, najbardziej chyba Positano, ale to już kwestia indywidualnego gustu.

Sorrento:

Positano:

 

Amalfi:

 

Dzień 3: Ravello
Po kłopocie bogactwa z poprzedniego dnia część ekipy się rozdzieliła, jadąc do swojego głównego celu podróży. Natomiast my z Asią stanęliśmy przed spontanicznym dylematem, który kierunek wybrać. Najlepsze w tym wszystkim, że idąc na dworzec w Pompejach nie wiedzieliśmy jeszcze dokładnie czy jedziemy w stronę Neapolu i szukamy transportu na wyspę Ischia czy jedziemy w całkowicie drugą stronę do Sorrento, skąd tym razem drogą lądową przez dopiero co odwiedzone Positano i Amalfi, pojedziemy dalej do Ravello. Nasz dylemat rozwiązał ……… rzut monetą 🙂 traf padł na drugą opcję, co przyjęliśmy z aprobatą. Jak się potem okazało był to strzał (rzut) w dziesiątkę 😛

Co prawda sam początek tego dnia nie zanosił się specjalnie dobrze bo musieliśmy czekać około 2 godzin w kolejce na autobus kursujący z Sorrento do Amalfi, a następnie do Ravello, ale jak się okazało było warto czekać. Bardzo warto. Nie dojechawszy jeszcze do celu już mówiliśmy, że warto było wsiąść w ten autobus, chociażby dla samej jazdy. Mianowicie busy te kursują wąskimi drogami na skalistym wybrzeżu, widzianym przez nas dzień wcześniej z perspektywy statku. Wysokie przepaście, ostre zakręty, górskie serpentyny, wspaniałe widoki to wszystko sprawiało, że sama podróż autobusem była już fascynująca. Warto w tym miejscu wspomnieć, że autobusy te były tak oblegane, że nie było w nich pustego miejsca i to dosłownie. Wszystkie miejsca siedzące i ….. stojące były zajęte, a autobus przez większość około 2 godzinnej drogi jedzie pół metra od przepaści 🙂

W Amalfi przesiadka do równie zatłoczonego busa już do samego Ravello i …… jeszcze bardziej ekstremalne przeżycia z jazdy. Ravello jest położone wysoko nad Amalfi i żeby tam dojechać trzeba przemierzyć mnóstwo wąskich i ciasnych uliczek, bardzo ostrych zakrętów oraz spore wzniesienia. To jednak nic trudnego dla bardzo ….. długich autobusów 🙂 . Momentami aż nie chciało się nam wierzyć w jaki sposób nasz autobus manewrował pomiędzy przeszkodami. Zdarzało się czasami, że było tak ciasto i kręto, że pokonywaliśmy jeden zakręt nad jakąś przepaścią na kilka razy 🙂 . To naprawdę trzeba przeżyć, aby zrozumieć 🙂 Widoki i wrażenia z samej jazdy podobne do tych już z docelowego miejsca. Było po prostu fascynująco.

Droga powrotna też była niezwykle ekscytująca ponieważ mieliśmy około 3 godziny na to aby wrócić busem z Ravello do Amalfi, następnie z Amalfi do Sorrento, skąd mieliśmy ostatni pociąg do Pompejów. Uwzględniając fakt, że same podróże trwały tyle ile mieliśmy czasu, musieliśmy jeszcze liczyć, że uda nam się w ogóle dostać do tych zatłoczonych autobusów. Zresztą stanie w kolejkach i oczekiwanie na te autobusy też zapadło nam dobrze w pamięci. Pamiętam bardzo dobrze jaka radość panowała wśród czekających ludzi gdy udało im się dostać do autobusu. A Ci co zdobyli miejsca siedzące byli w ogóle w siódmym niebie.

Dzięki takiej radosnej “integracji” w busie do Sorrento panowała imprezowa atmosfera, a wysiadających po drodze ludzi żegnało ogłuszające “Ciao” 🙂 . Co najciekawsze wszystko potoczyło się w taki sposób, że wysiedliśmy z autobusu pod samym dworcem dosłownie minutę przed odjazdem ostatniego w tym dniu pociągu.  Pędem licząc na cud rzuciliśmy się na peron. Wpadliśmy do pociągu co do sekundy zgodnie z jego odjazdem, a on ……. ruszył z 20 minutowym opóźnieniem 😛 całą kilkugodzinną drogę w busie byliśmy w lekkim stresie co zrobić jak nie zdążymy na ostatni pociąg, a on jak to we Włoszech ….. poczekał na wszystkich i ze standardowym kilkunastominutowym opóźnieniem powoli wyruszył w drogę.

Dzień 4: Wezuwiusz i Neapol
Ostatni dzień zwiedzania poświęciliśmy najpierw na sprawcę całego zamieszania związanego z Pompejami, czyli na, do niedawna aktywny, wulkan Wezuwiusz. Widok z jego szczytu rozprzestrzenia się na cały Neapol. Podjechać na Wezuwiusz można do pewnego miejsca autobusem. Potem czeka kilkunastominutowy spacer. We Włoszech zaskoczyło mnie wiele rzeczy. Jedną z nich było nieustanne trąbienie, czyli sposób w jaki kierowcy autobusów dają znać innym kierowcom, jadącym z drugiej strony, że zbliżają się do zakrętu. To praktyka często stosowana właśnie na górzystym terenie, typu droga na Wezuwiusz. Zmotoryzowanym Włochom czynność ta weszła jednak tak w krew, że trąbią na okrągło, często też tam gdzie nie jest to wcale konieczne :). Być może chcą zawsze zaznaczać, że są obecni w ruchu 🙂 . Taka całkiem ciekawa kultura jazdy.

Inną ciekawostką jest ogromna we Włoszech ilość Fiatów. Co prawda, ta marka samochodów pochodzi właśnie z Włoch, ale ilość tych pojazdów mnie osobiście przeraziła. Wszędzie Pandy, Punto i Seicento. Nie bez kozery piszę to w tym miejscu bo np. jedynymi samochodami obsługi na szczycie Wezuwiusza, gdzie podjazdy były naprawdę spore, były właśnie stare Pandy z napędem na cztery koła. Co najlepsze dawały one sobie radę bez zarzutów, nawet z załadunkiem lub z kilkoma osobami na pokładzie. Dla mnie to była spora ciekawostka bo w Polsce raczej rzadko spotyka się takie stare Fiaty Panda z napędem na cztery koła. W zasadzie na początku myślałem, że to są Fiaty Uno, bo z wyglądu przypominają bardziej ten model.

Dochodząc na koronę wulkanu można stwierdzić lakonicznie, że to wielka dziura w skale. Jednak nie do końca byłoby to precyzyjnym podsumowaniem. Wnętrze krateru jest wyłożone specyficzną warstwą wulkaniczną. Z niektórych miejsc wydobywają się kłęby dymu. Nawierzchnia po której chodzą turyści też jest inna niż znana ze zwykłych górskich szlaków. Pełno występuje też tam jaszczurek. To razem tworzy klimat tego miejsca. Jeśli dodać do tego fantastyczne widoki na niemal cały Neapol to w sumie robi całkiem porządne wrażenie.

W drugiej części tego dnia podjechaliśmy na szybkie zwiedzanie stolicy Kampanii, czyli Neapolu. To miasto niezwykłego kontrastu, które da się pokochać, mimo wielu nieprzyjemnych i ubogich miejsc. Niesamowite kościoły, zamki, pałace, place oraz galerie to tylko niektóre elementy składające się na urok tego miejsca. Drugą stroną miasta są wąskie, ubogie, często niebezpieczne i brudne ulice. W tych miejscach ukryte są jednak także prawdziwe perełki i rzadko spotykany klimat.

 

Na koniec jeszcze ciekawostka kulinarna prosto z Włoch. To, że we Włoszech jest całe mnóstwo różnych rodzajów pizzy nikogo nie dziwi, ale pizza z frytkami myślę, że niejednego może zaskoczyć 🙂

Open post

Jak zrobić EUROTRIP w 1 dzień ?

Czy jest możliwe odwiedzić kilka europejskich państw i miast w 1 dzień? Czy jest możliwe zrobić to nie wyjeżdżając z Polski? Czy da się być w kilku najatrakcyjniejszych miastach Europy w promieniu kilkunastu kilometrów? i to w jednym województwie? Odpowiedź na wszystkie powyższe pytania brzmi – oczywiście, że tak 🙂 . Wszystko jest możliwe, jeśli się chce i troszeczkę się pokombinuje. Czasami jednak na niektóre sprawy trzeba spojrzeć z przymrużeniem oka. Właśnie na taki nieco groteskowy EUROTRIP wybraliśmy się niedawno w ramach objazdówki turystycznej po pojezierzu wielkopolskim oraz pojezierzu kujawskim.

Pierwszą atrakcją turystyczną był Rzym. “Wieczne miasto” w troszeczkę mniejszym wydaniu od oryginału 🙂 . W kujawsko-pomorskim Rzymie mieszka nieco ponad 100 osób.

Po historycznym mieście, nadszedł czas na historyczne stworzenia. Tak trafiliśmy do Parku Dinozaurów ZAUROLANDIA w Rogowie, po drugiej stronie jeziora rogowskiego. Można tutaj spotkać kilkadziesiąt naturalnej wielkości dinozaurów i poznać ich historię. Znajduje się tu także wystawa skamieniałości z różnych epok geologicznych i całe mnóstwo pobocznych atrakcji m.in. labirynty, park linowy, kolejki elektryczne czy quady.

Idąc dalej tropem archeologicznych podróży trafiliśmy do Biskupina. To miejsce, w którym można poczuć klimat starożytnej osady, wraz z jej wszystkimi dobrodziejstwami.

Nieopodal Biskupina zlokalizowana jest inna turystycznie brzmiąca wieś z cyklu kujawski EUROTRIP. To Wenecja, której nadano taką nazwę po powrocie jednego z jej ówczesnych włodarzy z włoskiej i osławionej Wenecji. Polska wersja Wenecji nie jest tak efektowna jak włoska imienniczka, aczkolwiek posiada swoje atrakcje takie jak: Muzeum Kolei Wąskotorowej, ruiny zamku czy neogotycki kościół. Polską Wenecję zamieszkuje kilkaset osób.

A kilkanaście kilometrów dalej od Wenecji znajduje się ……… Paryż. Kolejna polska wieś, nazwana przez ówczesnego włodarza na cześć większego odpowiednika. Dzisiejsza wieś liczy sobie ponad 100 mieszkańców.

W drodze powrotnej z Kujaw do Poznania zahaczyliśmy jeszcze o jeden ciekawy przystanek …… Czechy.

Tym samym jednodniowy EUROTRIP został zrealizowany w 100%. Letnie dni są w miarę długie, więc można je bardzo przyjemnie pożytkować, łącząc przeróżne pasje i poszerzać swoje horyzonty. Nawet gdy są one z lekkim przymrużeniem oka 😉 .

Rzym, Wenecja, Paryż i Czechy w kilka godzin i w kilkadziesiąt kilometrów? wszystko jest możliwe 🙂

Open post

Fotorelacja z europejskich stadionów

W przeciągu ostatnich miesięcy w ramach różnych wypadów turystycznych zajrzałem na całką sporą liczbę europejskich stadionów. W związku z tym, postanowiłem stworzyć subiektywną klasyfikację ostatnio zwiedzonych obiektów sportowych. Stadionów było wiele; na niektórych byłem na meczu, na inne wszedłem do środka zwiedzając każdy zakątek, kilka obiektów widziałem tylko z zewnątrz. Stąd też klasyfikacja może być mocno “wymieszana i niesprawiedliwa”, jednak moja 🙂 podjęta pod wpływem emocji towarzyszących, na każdym obiekcie.

1) STADION OLIMPIJSKI (HERTHA BERLIN), BERLIN

Obiekt pierwotnie budowany z zamysłem przeprowadzenia Igrzysk Olimpijskich w 1916 roku, które nie doszły jednak do skutku przez I wojnę światową. Stadion wielokrotnie modernizowany, służył do celów sportowych oraz militarnych. Obecnie obiekt wykorzystywany jest do celów kulturalno-rozrywkowych, głównie odbywają się na nim mecze piłkarskiej Bundesligi. Gospodarzem stadionu jest klub piłkarski Hertha Berlin. Stadion z “zabytkową” elewacją i konstrukcją trybun, mieszczącą ponad 70 tysięcy widzów oraz nowoczesna płyta boiska oraz niebieska bieżnia lekkoatletyczna, oplatająca boisko sprawiają niesamowite wrażenie i kontrast.

 

2) STADION OLIMPIJSKI (WEST HAM UNITED), LONDYN

Nowocześniejszy i bardziej wielofunkcyjny stadion olimpijski, znajduję się w Londynie na terenie innowacyjnego Parku Olimpijskiego. Wybudowany na potrzeby Igrzysk, niemalże 100 lat późniejszych, niż tych w Berlinie, ponieważ tych niedawnych z 2012 roku. Był to główny obiekt tych Igrzysk, na którym odbyły się ceremonie otwarcia i zamknięcia oraz większość finałów sportowych tej imprezy. Stadion ten budził i nadal budzi wiele, różnych kontrowersji a wysokie miejsce na mojej liście spowodowane jest poniekąd tym, że obecnie obiekt użytkowany jest głównie przez jeden z moich ulubionych zagranicznych klubów piłkarskich – West Ham United 🙂

 

3) SIGNAL IDUNA PARK (BORUSSIA DORTMUND), DORTMUND

Stadion, który od zawsze był na mojej liście życzeń, udało mi się odwiedzić w ramach meczu Ligi Mistrzów. Jest to największy stadion w Niemczech i jeden z największych w Europie, mieszczący nawet do 80 tysięcy widzów. Znany dobrze na świecie przede wszystkim z powodu ogromnych frekwencji na meczach domowych klubu piłkarskiego Borussia Dortmund oraz atmosfery panującej, wówczas na trybunach.

 

4) DINAMO TBILISI

Dosyć niespodziewanie wysoko oceniłem stadion w Tbilisi, na którym swoje mecze rozgrywa miejscowe Dinamo oraz Reprezentacja Gruzji. Podobnie jak w przypadku stadionu olimpijskiego w Berlinie, ten obiekt łączy starszą konstrukcję trybun z nowocześniejszą płytą sportową.

 

5) EMIRATES STADIUM (ARSENAL LONDYN), LONDYN

Nowy obiekt, oddany do użytku niespełna 12 lat temu, na którym swoje mecze rozgrywa słynny Arsenal Londyn. Jest to drugi największy stadion w Anglii. Dotarłem do niego późną nocą i tylko przeszedłem z zewnątrz, mimo to sprawił bardzo dobre wrażenie.

 

6) CAMP NOU (FC BARCELONA), BARCELONA

Największy stadion piłkarski w Europie, na którym swoje mecze rozgrywa FC Barcelona, może pomieścić nawet 100 tysięcy ludzi. Z zewnątrz obiekt wygląda niepozornie, w zasadzie można nie uznać go za stadion, a za jakąś większą halę widowiskową 🙂 Jest to spowodowane osadzeniem części konstrukcji stadionu w ziemi. Stadion posiada rozbudowane zaplecze obiektu, w szczególności klubowy sklep i muzeum. Z racji ogromnej pojemności, na tym obiekcie odbywały się potężne koncerty muzyczne, takich wykonawców jak: Michael Jackson, U2, Pink Floyd, Julio Iglesias, Sting czy Luciano Pavarotti.

 

Powyższa szóstka to stadiony, które wywarły na mnie jakieś większe wrażenie, poniżej przedstawię jeszcze drugą szóstkę stadionów, które w jakiś mniejszy sposób zapisały się w mojej pamięci 🙂

 

7) PHILIPS STADION – PSV EIDHOVEN

 

8) ANFIELD – FC LIVERPOOL

 

9) GOODISON PARK – EVERTON FC

 

10) PARC DES PRINCES – PSG

 

11) STAMFORD BRIDGE – CHELSEA LONDYN

 

12) CRAVEN COTTAGE – FULHAM FC

 

Jako bonus dodam nasz STADION NARODOWY w Warszawie, na którym byłem już wcześniej, ale pierwszy raz przy okazji imprezy sportowej – KSW COLOSSEUM. Otoczka tego widowiska była jedną z lepszych na jakiej do tej pory byłem 🙂

 

 

 

Open post

Londyn, ANGLIA państwo nr 5

Londyn – miasto kolos, które pod wieloma względami (powierzchnia, populacja, aglomeracja) jest ścisłą europejską czołówką. Aglomeracja Londynu liczy kilkanaście milionów ludzi. Jest to miasto niezwykle rozwinięte turystycznie, przyciągające po kilkadziesiąt milionów turystów rocznie. Będąc tutaj pierwszy raz w 2009 roku z wycieczką szkolną miałem wrażenie, że to miasto nie ma końca. Najbardziej utkwiło mi wtedy w pamięci to, że będąc w tym mieście przez ponad tydzień nie widziałem żadnego stadionu, których w Londynie przecież nie brakuje. Zwiedzaliśmy wówczas bardziej muzea, galerie, sławne zabytki i inne obiekty. Teraz do Londynu przyleciałem z trochę innymi zamiarami – związanymi z mniej turystyczną stroną tego miasta. Żeby jednak nie było, tamten wypad wspominam bardzo dobrze, szczególnie pobyt w Muzeum Figur Woskowych Madame Tussaud, gdzie można spotkać nie lada osobistości. Nieprzerwanie jest to dla mnie chyba najmilej wspominany pobyt w jakimkolwiek muzeum 🙂

2009 rok, ja z doradcą, który został niedawno zwolniony 🙂

Obecnie do Londynu wyruszyłem na 5 dniową podróż z postanowieniem poznania mniej turystycznego Londynu, wliczając w to objazd po londyńskich stadionach, zwiedzenie artystycznej dzielnicy Camden Town oraz udział w jubileuszowym biegu na 13 lecie istnienia ParkRun w kolebce tej inicjatywy w Bushy Parku na przedmieściach Londynu. Cele zostały osiągnięte, niektóre dodatkowo z miłymi niespodziankami. A wyglądało to wszystko mniej więcej tak:

1 dzień) przelot z Poznania na lotnisko Londyn-Stansted, niezawodnymi dla mnie tanimi przewoźnikami, tym razem Ryanairem. Lotnisko jest oddalone od centrum Londynu o dobre 60 km, dlatego najlepiej skorzystać z jakiegoś transferu lotniskowego. Z tym nie ma większego problemu. Ja wybrałem busa CityLink, który za 8 funtów zawozi podróżnych na stację King’s Cross/Pancras Station w samym sercu Londynu. King’s Cross to oczywiście legendarny dworzec i stacja, słynne z opowieści o Harrym Potterze. Można tutaj znaleźć słynny peron 9 i 3/4, do którego nadal próbują przedostać się zwykli ludzie 🙂 Jest też oczywiście magiczny sklep z różdżkami, pelerynami, kociołkami i innymi przymiotami czarodziejów. Popularność stacji King’s Cross trochę tłumi rozpoznawalność budynku sąsiedniej, międzynarodowej stacji kolejowej – St Pancras Station, ale to właśnie ta budowla przykuła moje spojrzenie na dłużej. Szczególnie od południowej strony budynek robi wrażenie.

St Pancras Station z zewnątrz od strony południowej – pierwsza rzecz, którą zobaczyłem po opuszczeniu busa. Lambo w bonusie 🙂

Reszta tego dnia upłynęła na rozpoznaniu okolicy, poszukaniu hostelu i nocnym wyjściu nad Tamizę. Swoją drogą pierwszy raz miałem wykupiony nocleg w pokoju wieloosobowym (12 osobowym), co ciekawe z czterema potrójnie piętrowymi łóżkami i powiem szczerze, że były to całkiem spokojne i normalne noclegi. Każde łóżko jest zaopatrzone we własne: zasłony, lampki i zasilanie (pamiętaj, że w Londynie mają inne wtyczki!), więc można całkiem fajnie i minimalistycznie się tam urządzić. Londyn do tanich miast nie należy, dlatego takie rozwiązanie jest godne rozważenia. Nocą wyszedłem jeszcze na miasto, przechadzając się głównie wzdłuż Tamizy. Jest tam wiele przyjemnych alejek po obu stronach rzeki z widokiem na twierdzę Tower of London czy Katedrę Św. Pawła oraz z bezpośrednim dostępem do najpopularniejszych londyńskich mostów: Tower Bridge, London Bridge i Millennium Bridge.

Tower of London i Tower Bridge nocą
Millennium Bridge z widokiem na Katedrę św. Pawła
Tamiza by night

2 dzień) to dzień przeznaczony na realizację moich, pierwszych celów turystycznych: Stamford Bridge, Craven Cottage oraz Emirates Stadium, czyli kolejno stadiony piłkarskie Chelsea, Fulham oraz Arsenalu. To były oczywiście poszczególne punkty docelowe, ale jak zwykle drogę urozmaicałem sobie jak tylko mogłem 🙂 W ten sposób najpierw zatłoczonymi ulicami miasta dotarłem do Hyde Parku, zielonych płuc centralnego Londynu, znanych chociażby z popularnego “speakers’ corner”, czyli miejsca swobodnego wygłaszania poglądów.Fajnie, że w tak obszernym i zaludnionym mieście znajduje się miejsce dla licznych parków, często z dodatkowymi atrakcjami w postaci akwenów i zwierząt. Niektóre z tych parków, jak Hyde Park, są całkiem pokaźnych rozmiarów.
Chociaż życie w Londynie jest drogie, a dla turystów najdroższe wydają się być zakwaterowanie i transport miejski to wiele londyńskich muzeów i wystaw jest darmowych. Na jedną z takich instytucji trafiłem nieopodal Hyde Parku. Jest to Muzeum Historii Naturalnej, dzielące się na tematyczne działy: botanika, paleontologia, zoologia i tym podobnych dziedzin. Tuż po jednym z wejść do środka, ukazuje się ciekawa konstrukcja ruchomych schodów, przenikających przez wnętrze ziemi. Dalej można zwiedzić tysiące eksponatów, zawierających galerie, odlewy, rekonstrukcje czy tematyczne kolekcje, dotyczące zwierząt, roślin i całej historii przyrody. W głównym holu znajduje się potężny odlew szkieletu dinozaura. Wśród sekcji dinozaurów można też podziwiać ruchomego i ryczącego dinozaura-robota. Dla miłośników historii naturalnej to miejsce jest niezbędnym punktem wycieczki po Londynie. Samo muzeum w środku jest bardzo nowoczesne i posiada wiele audiowizualnych rozwiązań. Procesy i zmiany zachodzące na ziemi są przedstawiane w sposób bardzo przystępny i interaktywny, co sprawia, że każdy znajdzie tu coś dla siebie. Zainteresowanym powyższą tematyką może zlecieć tu nawet kilka godzin. Przy okazji wspomnę jeszcze o dwóch innych darmowych muzeach, które nawiedziłem “po drodze”, ale w inne dni zwiedzania. Było to V&A Museum of Childhood, które pomimo paru fajnych ekspozycji z zabawkami lub makietami nie jest zbyt zajmujące dla starszego towarzystwa. Trzecią galerią, do której zajrzałem była Tate Britain – muzeum sztuki brytyjskiej, prezentujące dzieła malarskie i rzeźbiarskie z przestrzeni ostatnich stuleci. Antyczne wnętrze galerii oraz ciekawa kompozycja dzieł sztuki przyciąga do siebie nie tylko turystów, ale także profesjonalnych i predysponujących artystów, którzy gromadnie zbierają się przed prototypami i odwzorowują je.

 

Moja wyprawa szła jednak dalej w nieznane i niebawem trafiłem na Stamford Bridge – jeden z najbardziej rozchwytywanych medialnie stadionów piłkarskich w Europie, znany głównie z wielu niezapomnianych pojedynków w piłkarskiej Lidze Mistrzów. Niestety na miejscu spotkało mnie całkiem spore rozczarowanie. Moim oczom ukazała się konstrukcja przypominająca luksusowy blok mieszkalny z różnymi lokalami użytkowymi na dole. Reszta obiektu przypominała z zewnątrz halę magazynową. Podsumowując jednym zdaniem, stojąc przed tą konstrukcją można mieć uzasadnione wątpliwości co do funkcjonowania tego obiektu jako stadionu sportowego. Przyjemnym aspektem była za to cała otoczka towarzysząca stadionowi z utrzymanymi, pokazowymi murami starego Stamford Bridge czy galerią sław Chelsea na czele. Lekko zawiedziony, ale niezrażony ruszyłem do pobliskiej dzielnicy Fulham, na której terenie znajduje się kolejny stadion, tym razem drużyny z Championship – Fulham F.C. Całe szczęście, że przemierzając w ten dzień Londyn w poszukiwaniu stadionów zwracałem też uwagę na inne rzeczy bo stadionami tego dnia bym się nie uraczył 🙂 Stadion Craven Cottage, choć przepięknie położony z jednej strony przy Tamizie a z dwóch innych stron otoczony parkiem też nie budził wielkiego zachwytu. W tym miejscu muszę jednak przyznać, że ten obudowany typowo angielską, czerwoną cegłą stadion na swój sposób oddawał brytyjski klimat kibicowski, znany z niektórych filmów. W każdym razie w przeciwieństwie do Stamford Bridge budził jakieś emocje. Generalnie ciągnąca się zabudowa szeregowa tej dzielnicy jest całkiem intrygująca. Podobnie jak niezliczona ilość zabytkowych kościołów na terenie Londynu.

zabudowa dzielnicy Fulham
Kościół St John’s, Notting Hill

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Trzymając się tego dnia stadionowej atmosfery postanowiłem na koniec zwiedzania odwiedzić jeszcze jeden stadion – słynne Emirates Stadium, na którym swoje mecze rozgrywa Arsenal Londyn. Szczęśliwie i zgodnie z dewizą “szukajcie a znajdziecie” trafiłem w końcu pod obiekt, który w 100 procentach na stadion wyglądał i był całkiem niezły. To chyba stało się już moim standardem, że fajne rzeczy odkrywam późną nocą 🙂

3 dzień) logistycznie zaplanowałem na zwiedzanie wschodniej części Londynu, ze stadionem olimpijskim na czele. Tam bowiem swoje mecze rozgrywa mój ulubiony angielski klub West Ham United. Zanim tam jednak doszedłem zachwycałem się nieustannie londyńską architekturą, niezliczonymi, piętrowymi autobusami oraz niepodrabialnymi, miejscowymi taksówkami. Nie zawodziły mnie też londyńskie murale, które niejednokrotnie głosiły jakąś jakże prostą, ale mądrą sentencję 🙂

mi już nie trzeba takich rzeczy powtarzać, więc ruszyłem śmiało dalej 🙂

Po drodze zahaczyłem o kolejny londyński park – Victoria Park. Miejscowe parki są niezwykle przestrzenne, z szerokimi alejkami, wieloma atrakcjami w postaci stawów, kanałów, fontann i innych tym podobnych upiększeń oraz licznymi wodnymi zwierzątkami. W tym parku spotkałem się pierwszy raz w życiu z może trywialną, ale jednak nową dla mnie sytuacją. Chodziło mianowicie o (nie)zwykłe mycie rąk 🙂 Nie było żadnego kranu, ani widocznej czujki. Była za to czarna dziura w ścianie, w której nic nie było widać. Gdy włożyło się do niej ręce, zaświeciło się zielone, laserowe światełko i poleciała pianka. Następnie krótka ciemność i światełko niebieskie z wodą. Na koniec kolor czerwony i nastąpiło osuszanie rąk. Z taką konstrukcją i mechanizmem mycia rąk jeszcze się nie spotkałem a widziałem już różne i dziwne rozwiązania 🙂 Z czystymi rękoma niebawem dotarłem do Olimpijskiego Parku im. Królowej Elżbiety, na którego terenie znajduje się Stadion Olimpijski, na co dzień użytkowany przez klub piłkarski West Ham United. Stadion powstał specjalnie na niedawne Igrzyska Olimpijskie w Londynie w 2012 roku i był główną areną, na której odbyła się ceremonia otwarcia oraz zamknięcia tych Igrzysk. Po Olimpiadzie postanowiono przekazać stadion klubowi West Ham United, jednakże zachował swoje wielofunkcyjne walory i nadal odbywają się na nim inne wydarzenia sportowe (np. tegoroczne mistrzostwa świata w lekkiej atletyce) i muzyczne. Był to w zasadzie jedyny stadion w Londynie, na którego obiekt chciałem wejść do środka, niestety tego dnia nie było takiej opcji, choć prawie udało się od “zaplecza” 😛 nic specjalnego się jednak nie stało ponieważ z własnego doświadczenia wiem, że stadiony najlepiej nawiedzać przy okazji meczu. Bez klimatu sportowego święta i emocji nie ma tych samych wrażeń. Przynajmniej wiem, że warto kiedyś tu jeszcze zajrzeć bo stadion z zewnątrz jest efektowny i zlokalizowany w pięknym, nowoczesnym parku z wieloma atrakcjami. Jedną z nich jest dosyć kontrowersyjna, aczkolwiek ciekawa konstrukcja – ArcelorMittal Orbit. Jest to ponad 100 metrowa wieża widokowa o niezwykłym kształcie, wybudowana z okazji Igrzysk. Niektórzy twierdzą, że to najwyższa rzeźba w Wielkiej Brytanii. Generalnie jest to “dzieło” trudne do zdefiniowania 🙂 od niedawna można też z tej konstrukcji zjechać zakręconą, bardzo długą zjeżdżalnią. Przed wybudowaniem całego kompleksu sportowo-rekreacyjnego ta część Londynu nie uchodziła za bezpieczną. Teraz jest to na pewno miejsce godne polecenia. Mieszanka niepospolitej architektury, sportowy klimat tego miejsca, piękna przyroda dookoła oraz wodne kanały oplatające Stadion Olimpijski jak twierdzę sprawiają naprawdę niezwykłe wrażenie.

ArcelorMittal Orbit “wieża Eiffla Londynu” 🙂
Stadion Olimpijski i klubowy stadion West Ham United

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Pozostałą część dnia przeznaczyłem na to, od czego normalny turysta zacząłby zwiedzanie Londynu, czyli centrum miasta a w nim: Tower of London, kompleks Westminsterki z siedzibą Parlamentu i wieżą Big Ben na czele, Katedra św. Pawła, Pałac Buckingham czy London Eye. Kilka z tych miejsc było w remoncie co trochę traciło wizualnie na wartości, szczególnie otoczony rusztowaniami Big Ben. Są to jednak ikony Londynu, które zawsze prezentują się z typowo brytyjską klasą. Na mnie spośród tych ikon Londynu największe wrażenie zrobiło Opactwo Westminsterskie i Katedra św. Pawła a z mostów: Tower Bridge oraz Millennium Bridge. Zasadniczo uważam, że Londyn całościowo ma specyficzną i klimatyczną zabudowę, tak samo jak posiada niezwykły transport miejski 🙂 Nie przeszkadza nawet fakt, że miasto jest teraz w całkiem sporej “przebudowanie”. Widocznych jest teraz naprawdę sporo budowanych lub remontowanych obiektów i atrakcji turystycznych.

London Eye by Night

4 dzień) to zaplanowana misja biegowa na przedmieściach tzw. Wielkiego Londynu. W Bushy Parku w południowo-zachodniej części miasta odbywał się jubileusz 13 lecia istnienia globalnej inicjatywy ParkRun, w której regularnie uczestniczę w Polsce. To właśnie w tym parku 13 lat temu narodziła się ta koncepcja a dzisiaj rozrasta się z dnia na dzień na całym świecie i odbywa się już w ponad 1200 różnych lokalizacjach, przyciągając rzesze biegaczy i amatorów sportu. Najpiękniejsze jest jednak to, że wykupując bilety lotnicze do Londynu z zamiarem przebiegnięcia któregoś z londyńskich ParkRunów nie miałem pojęcia o tym jubileuszu. Szczęśliwie się złożyło, że akurat w tę sobotę taki jubileusz miał miejsce. To z kolei potwierdza regułę, że jak się samemu zrobi pierwszy krok i wyjdzie z jakąś inicjatywą mogą się dziać później fantastyczne rzeczy, a takie właśnie na mnie w Bushy Park czekały 🙂

Mając do Bushy Parku ponad 30 km ze swojej kwatery musiałem najpierw skorzystać z metra, a następnie z miejskiej kolei i wysiąść na stacji Teddington, skąd jest już tylko kilka minut pieszo do celu. Pierwsza rzecz po dotarciu do tego miejsca to rzucająca się przestrzeń parku i chodzące na wolności jelenie i daniele. Bushy Park to jeden z największych królewskich parków w Londynie. Zajmuje ponad 400 hektarów. Występują w nim po za zwierzętami, liczne stawy, kanały, aleje parkowe oraz pokaźna fontanna w centrum parku.

Przechodząc do samego biegu ogrom tego parku sprawia, że nie do końca ogarnia się ogromnej liczby uczestników. Oczywiście miałem świadomość, że jest to niespotykana w Polsce ilość. Przed biegiem zakładałem, że jest nas przed startem około 800 osób. Jak się po biegu okazało było nas niemal dwa razy więcej, a dokładnie 1465 sklasyfikowanych na mecie osób. Jest to drugim rekordem frekwencji na tej elitarnej trasie, do czego także się przyczyniłem 🙂 Abstrahując od fantastycznej liczby biegaczy, w oczy rzuca się także “jakość” biegaczy. Nie jest tam żadnym problemem znalezienie biegacza z koszulką 250 (co oznacza przebiegnięte minimum 250 ParkRun’ów). Co więcej natknąłem się także na Pana, który od dawna jest już w klubie ParkRun 500. Jak się później okazało takich osób biegło ze mną co najmniej kilka.  W powietrzu czuć było atmosferę biegowego święta. Po uroczystym wstępie nadszedł czas na jubileuszowy bieg ParkRun, a dla mnie dodatkowo pierwszy w życiu bieg zagraniczny z pomiarem czasu. Biorąc jednak pod uwagę moją incydentalną wizytę w tym miejscu w trakcie zwiedzania Londynu, biegłem w butach turystycznych i z obładowanym plecakiem. Swój bieg ukończyłem z czasem 22:40, zajmując 288 miejsce na 1465 uczestników. Mój wynik nie był specjalnie zachwycający, ale przeżycia związane z tym biegiem już owszem. Cieszę się bardzo, że mój debiut w zagranicznym biegu przypadł w tak pięknym i legendarnym dla biegaczy miejscu, dodatkowo w tych jubileuszowych i rekordowych okolicznościach. Najfajniejszym wyróżnikiem i niespodzianką były dla mnie jednak towarzyszące biegaczom wolno żyjące jelenie z całkiem pokaźnymi porożami 🙂

W transferze do i z parku korzystałem z londyńskiego metra i kolei miejskich. Miejscowe metro jest najstarszym na świecie. Nie to jednak jest najbardziej specyficzne na co dzień, a to, że często wagony pociągu nie są dopasowane do peronów. W efekcie na różnych stacjach są różnej wielkości luki pomiędzy peronami a wagonami. Czasami jest to kwestia nawet kilkudziesięciu centymetrów w poziomie, a innym razem kilkunastu w pionie. Jest to wynikiem wielu różnych operatorów w przeszłości, którzy zarządzali infrastrukturą kolejową pod własne potrzeby.
Wróciwszy do centrum trafiłem na sam koniec przemarszu kibiców z Wielkiej Brytanii, Polski i innych krajów, zjednoczonych przeciwko ekstremizmowi i terrorowi. Spotkałem wówczas wielu chłopaków z Polski, którzy uczestniczyli w marszu a byli z różnych miast i reprezentowali różne kluby. Uczestnicy marszu poskładali na moście Westminsterskim klubowe wieńce i w spokoju porozchodzili się w swoje strony.

wieńce klubowe na moście Westminsterskim. W tle remontowany budynek Parlamentu i Big Ben

5 dzień) dzień wyjazdu, ale z jeszcze bardzo ważnym punktem programu przed wylotem. Chodzi o prawdopodobnie najbardziej pokręconą i artystyczną dzielnicę Londynu, gdzie smoki chodzą po domach 🙂 Dzielnica ta to Camden Town i znajduje się na północy miasta, nieopodal stacji King’s Cross. Jest to miejsce niezwykle barwne i różnorodne, głównie za sprawą oryginalnych elewacji sklepowych oraz licznych, finezyjnych graffiti. To miejsce obowiązkowe dla turystów, którym nie wystarczają “surowe” zabytki 🙂 zresztą zdjęcia same to potwierdzą.

uprzedzałem, że smoki chodzą po domach 🙂




chyba moje ulubione dzieło tego zakątka Londynu 🙂

 

 

Open post

Barcelona, HISZPANIA państwo nr 4

Kolejne, czwarte już państwo na liście to Hiszpania. Po zapełnionym podium pierwszymi 3 państwami (w ramach projektu Nowej Pasji), które zresztą w sposób zamierzony były moimi premierowymi (w końcu NowaPasja zobowiązuje) i wyczekiwanymi podróżami  nadszedł czas na pierwszy kraj w projekcie, do którego wracam po latach. I chociaż ta wyprawa była zaaranżowana dosyć spontanicznie, myślę, że podświadomie to musiał być ten pierwszy kraj, do którego wrócę z wizytą ponieważ za granicą najwięcej czasu spędziłem właśnie w Hiszpanii, gdzie w 2010 roku mieszkałem i pracowałem prawie 2 miesiące na wakacyjnych pracach sezonowych. Ten kraj też najlepiej został przeze mnie zapamiętany, dzięki swoim klimatycznym terenom i panującej tam pogodzie, szczególnie chodzi o południowe wybrzeże. I znowu pociągnęło mnie nad hiszpańskie wody. Wtedy na dalsze i obszerniejsze wody, na których zaczynał się Ocean Atlantycki, teraz znacznie bliższe i mniejsze wody Morza Śródziemnego. Wtedy to były południowo-zachodnie zakątki Hiszpanii – okolice Isla Cristina przy samej granicy z Portugalią, teraz wschodnia część Hiszpanii (Barcelona, Katalonia) blisko granicy z Francją.

Rok 2010

Isla Cristina 2010
Ayamonte 2010

 

 

 

 

 

 

 

 

 

z tamtej Hiszpanii zapamiętałem
także świetne
wschody i zachody słońca
widziane z naszych polnych domków,
gorącą ale przyjemną pogodę
za sprawą morskiej bryzy
i wilgotności powietrza
oraz wszechobecną MANIANĘ!

 

 

 

 

 

7 lat później po Andaluzji nadszedł więc czas na Katalonię, a dokładniej jej stolicę – Barcelonę. Przygody i zwiedzanie tym razem zaczęły się już w samolocie ponieważ jak poinformował nas kapitan samolotu na lotnisku aktualnie jest spory “korek” i nie mamy pozwolenia na lądowanie. Tym samym zrobiliśmy kilka bonusowych kółek nad katalońskim wybrzeżem z widokiem na Barcelonę. Po odkorkowaniu lotniska wylądowaliśmy na lotnisku w miasteczku El Prat de Llobregat. Miasteczko to przylega do Barcelony a samo lotnisko jest położone trochę ponad 10 km od centrum Barcelony. Po przylocie była bardzo dobra pogoda i od razu przypomniał się mi ten rześki klimat hiszpańskiego wybrzeża. Długo się nie zastanawiając ruszyłem pieszo w kierunku Barcelony. Oczywiście mało kto wpada na tak genialne pomysły aby z lotniska do miasta iść na piechotę, dlatego też nie spotykałem zbyt wielu piechurów. Przez krótki odcinek drogi musiałem iść przez lekko udeptane chaszcze ale szybko trafiłem do centrum miasteczka El Prat de Llobregat. Okazało się, że pomysł z pieszą wędrówką był bardzo trafiony bo inaczej nie odwiedziłbym tego miasteczka a akurat rozpoczynała się tam miejscowa procesja, na której było całkiem sporo atrakcji. Długi korowód przeróżnych wozów, zaprzęgów i bryczek z wieloma miejscowymi specjałami na pokładzie. Uczestnicy pochodu prezentowali swoje przyozdobione konie i kuce ciągnące pojazdy oraz eksponowali swoje artykuły spożywcze i gospodarcze. Nad wszystkim “czuwał” stróżujący pies na skrzyniach, który wstawał jedynie na uprzejmą prośbę zrobienia sobie z nim zdjęcia 🙂 . Całej procesji przygrywała całkiem głośna orkiestra i barwnie, ludowo ubrany korowód ruszył przez miasteczko. W pewnym miejscu nasze drogi rozeszły się. Jednak właśnie takie nieznane i nieoczekiwane atrakcje na swojej drodze lubię najbardziej, dlatego fajnie wspominam te przedmieścia Barcelony. Szczególnie, że reszta tego miasteczka i cała jego zabudowa także była naprawdę urokliwa, tak samo jak serdeczna Pani z zakupami, której się spytałem o najkrótszą drogę do Barcelony na piechotę na co Ona cała przerażona powiedziała coś w stylu “chłopcze, pieszo do Barcelony?, serio?”, ale drogę wskazała i dzięki temu nie dłużej niż po godzinie spaceru byłem na terenie Barcelony. Po drodze trafiłem jeszcze na kilka ciekawych miejsc np. normalne, drewniane ławeczki do siedzenia, przy których zainstalowane były pedały rowerowe i ludzie siedzący i odpoczywający na zwykłej, parkowej ławeczce mogli trochę poruszać nogami. W takiej wersji jeszcze tego nie widziałem. Kolejna kwestia, która mnie lekko zadziwiła to całkiem spore wzniesienia dookoła Barcelony jak i w samym mieście. Idąc od strony lotniska do miasta spostrzegłem, że na szczycie jednej z najwyższych górek nad miastem zlokalizowana jest jakaś bliżej mi nieznana budowla przypominająca kościół albo zamek. W każdym razie, nie wiedząc jeszcze do końca co to jest, wyznaczyłem sobie już pierwszy większy cel do zdobycia w tym mieście – jeszcze w nim nie będąc ale już je widząc. Wysokie wzgórze nad dużym miastem i coś bliżej nieokreślonego ale widocznego z daleka na samym szczycie na pewno będzie na tyle atrakcyjne aby warto było tam pójść. Jak się później okazało to jedno z fajniejszych miejsc w Barcelonie a nazywa się Tibidabo. Cały czas zmierzałem ku Barcelonie aż w końcu dotarłem do pierwszych bloków mieszkalnych, szpitala i centrów handlowo-magazynowych. Czym głębiej wchodziłem w miasto tym infrastruktura, architektura i cała reszta stawała się coraz przyjemniejsza dla oka. Niespodziewany dla mnie górzysty teren, mnóstwo zabytków, piękna architektura i wspaniała pogoda. Tym przywitała mnie Barcelona.

W pierwszy dzień, kiedy przyleciałem do stolicy Katalonii po mieście poruszałem się na czuja, dziwnym trafem omijając wszystkie punkty informacyjne z mapkami albo co bardziej prawdopodobne jakoś specjalnie ich nie szukając gdyż mój intuicyjny zmysł podróżniczy od razu po przybyciu do miasta skierował mnie na place Espanya i Catalunya, obłędnie wyglądające Muzeum Narodowe oraz do portu. Tym samym powodów do narzekań nie było, a mapka w swoim czasie też się znalazła. Pierwszy intensywny i spontanicznie kreowany dzień w Barcelonie wyglądał w obiektywie mniej więcej tak:

Muzeum Narodowe w Barcelonie
widok na teren przed muzeum
przybliżony widok z muzeum na miasto i Tibidabo w tle
Port

Na koniec tego dnia czekała na mnie jeszcze jedna nowość – mianowicie po raz pierwszy jednoosobowo skorzystałem z platformy Couchsurfing, która skupia ludzi z całego świata, pasjonatów podróżowania, którzy oferują i poszukują noclegów u innych podróżników z całego świata a także szukają towarzysza lub przewodnika w nowym miejscu. Opcja taka jest przede wszystkim fajna dlatego, że spotyka się i poznaje wiele osób, historii i miejsc, które inspirują. Na ten przykład moim Gospodarzem był Polak, który przejechał w zasadzie cały świat wzdłuż i wszerz, pływał z delfinami czy nurkował przy rekinach. U Niego spotkałem też dwie inne osoby z Polski, które aktualnie studiują w Madrycie i w Rzymie. Takie spotkania są najbardziej inspirujące. Kilku Polaków, z czego każdy pochodzi z innego regionu, przeżył i zwiedził w życiu co innego, ma inne doświadczenia i wnioski, każdy z nas aktualnie przebywa w innym państwie na stałe, robiąc coś odmiennego od reszty a spotkaliśmy się przy jednym stole w gościach u naszego rodaka w Barcelonie. Bardzo lubię takie historie bo po prostu otwierają oczy na wiele spraw i możliwości a także podrzucają nowe pomysły do głowy. Po owocnej dyskusji i wymianie doświadczeń z rodakami rozsianymi po Europie nadszedł czas na ułożenie planu na kolejny dzień, w którym uwzględniłem dwa główne punkty zwiedzania, które zaplanowałem jeszcze w Poznaniu, czyli Camp Nou i Sagradę Familię. Wplotłem w ten plan dnia dodatkowo także dostrzeżone i intrygujące mnie od początku wizyty w Barcelonie wzgórze Tibidabo.

Drugi dzień w Barcelonie od samego początku był zatem o wiele bardziej napięty i zaplanowany od pierwszego. Trzeba było wyruszyć zdobyć 3 główne cele na ten dzień a także cieszyć się i czerpać ze wszystkiego innego po drodze. Tym samym z rana ruszyłem najpierw na stadion Camp Nou, aby zwiedzić największy stadion sportowy w Europie. Docierając pod stadion wiele osób może stanąć przed nie małym dylematem czy to na pewno to jest ten największy stadion Europy. Obiekt z zewnątrz wygląda niepozornie jak na swoją sławę, rzec by można, że co najwyżej przeciętnie jeśli chodzi o większe stadiony piłkarskie. Co gorsza z niektórych perspektyw nie wygląda na stadion w ogóle. Tym się jednak za bardzo nie przejmowałem gdyż doczytałem już wcześniej, że sytuacja tak wygląda ponieważ stadion i trybuny są osadzone mocno w ziemi co sprawia na zewnątrz mniej pokaźne wrażenie. Prawdziwe wrażenia miały się zacząć dopiero po wejściu do środka. Cena wstępu zwiedzania Camp Nou z dostępem do muzeum klubowego z pucharami, wejściem do: szatni, loży prasowej, tunelu, murawy i oczywiście wejście na trybuny kosztowało razem 26 euro. Zwiedzanie zaczyna się od muzeum klubowego z opisaną historią klubu FC Barcelona, przedstawieniem legend tego klubu oraz zademonstrowaniem trofeów zdobytych przez klub, w tym puchary za Champions League. Następnie przechodziło się na środkowy poziom trybun. Osobiście przyznam, że spodziewałem się, że ogrom trybun mnie przyciśnie jednak nic takiego nie miało miejsca. Szczerze mówiąc byłem trochę rozczarowany “wielkością” stadionu bo dobrze znając od środka tak duże stadiony jak Iduna Park w Dortmundzie, Stadion Olimpijski w Berlinie czy chociażby nasz Stadion Narodowy myślałem, że Camp Nou będzie znacznie obszerniejszym obiektem, a w moim odczuciu tak nie było. A przecież mowa o stadionie, którego pojemność szacuje się na około 100 tysięcy ludzi. Na obronę zapewne można dodać, że stadion bez kibiców nie wydaje się tak obszerny i wielki jak wypełniony kibicami na meczu. Musiałem dłuższą chwilę posiedzieć na trybunie, żeby dojść do wniosku, że rzeczywiście ten stadion jest bardzo pojemny bo pierwsze wrażenie zarówno z zewnątrz jak i ze środka specjalnie powalające nie było, przynajmniej dla kogoś kto bywał już na wielkich i wypełnionych kibicami stadionach.


Ale tak jak wspomniałem po niezachwycającym pierwszym kontakcie z Camp Nou każda kolejna minuta spędzana na stadionie trochę bardziej przekonywała mnie do tego obiektu. Być może zbyt nierealistycznie wyobrażałem sobie ogrom tego stadionu i sam się zanadto nakręciłem. Po to jednak są między innymi podróże aby konfrontować swoje wizje z rzeczywistością. Kolejnym punktem zwiedzania były szatnie oraz tunel meczowy, którym piłkarze wychodzą na swoje mecze. Przy tym tunelu znajduje się także mała kapliczka modlitewna.

tunel wyprowadzający piłkarzy na murawę

Tą drogą trafiłem na murawę Camp Nou, skąd wyniosłem najlepsze odczucia. Perspektywa ma jednak wielkie znaczenie bo widząc całość trybun dookoła siebie z płyty boiska w końcu był to dla mnie widok satysfakcjonujący, którego oczekiwałem po tym stadionie.

własne barwy na Camp Nou 🙂

Kilku znajomych, którzy są kibicami Barcelony prosiło mnie o zdjęcie z Camp Nou. Oczywiście spełniłem ich prośbę, jednak jako małoletni Madridista a aktualnie bardziej sezonowy fan Realu Madryt musiałem dodać coś od siebie do zdjęcia i konspiracyjnie skonstruowałem szybki, zaczepny baner 🙂 . Dopiero w takim formacie mogłem porozsyłać zdjęcie znajomym kibicom Barcelony 🙂

Do zwiedzenia została jeszcze loża prasowa i ogromny sklep klubowy. Loża usytuowana na koronie stadionu bardzo długa i ze świetną widocznością na murawę i trybuny, jednak bez większych udogodnień. Zastanawiającym zjawiskiem były niektóre rzędy krzesełek umiejscowione w okolicach loży, przy których strop był tak niski, że siedząc miało się niewiele miejsca nad głową, nie mówiąc już o wstawaniu. Ciekawe jak siedzący tam ludzie na meczu cieszą się ze zdobytych bramek, nie robiąc sobie przy tym krzywdy? 🙂 Dużo bardziej pochłaniającym miejscem dla fanów FC Barcelony jest klubowy sklepik z wszelakimi możliwymi gadżetami klubowymi. Pomijając kwestie oczywiste jak koszulki, buty i inne elementy garderoby sportowej można było tam kupić takie rzeczy jak klubowe: chipsy, ciasteczka, czajniki, termosy, maskotki, szampany czy skórzane torebki. Generalnie wszystko co można kupić w supermarketach było tam opakowane w barwy FC Barcelony.

przykładowy asortyment sklepu

Reasumując pobyt na Camp Nou, nie był to najładniejszy stadion na jakim byłem, teoretycznie był największy bo oficjalnie największy w Europie, chociaż nie odczuwa się tego jakoś specjalnie wyraźnie. Z zewnątrz nie robi w zasadzie żadnego wrażenia ale w środku jest znacznie lepiej, szczególnie z perspektywy boiska. W mojej ostatecznej ocenie za całokształt daję mocne 7 w skali 1-10.

Po stadionie kolejnym celem na ten dzień było Tibidabo, czyli miejsce, które obrałem za cel spontanicznie tuż po wylądowaniu w stolicy Katalonii. Jest to mierzący ponad 500 metrów najwyższy szczyt w paśmie bezpośrednio otaczających miasto wzniesień, na którym znajduje się architektoniczne arcydzieło w postaci Kościoła Najświętszego Serca Jezusowego a także park rozrywki i liczne kawiarnie. Całość widoczna jest praktycznie z każdej strony miasta a widok ze szczytu obejmuje całą Barcelonę, morze, lotnisko El Prat a przy dobrej widoczności nawet Pireneje i Baleary. Ciekawie przedstawiana jest historia i nazwa tego miejsca. Nawiązuje ona do biblijnej opowieści mówiącej o tym, że szatan proponował Jezusowi wszystkie bogactwa na ziemi w zamian za złamanie przysięgi danej Bogu. W sensie dosłownym Tibidabo znaczy “Tobie dam”. Na górę można się dostać na wiele sposobów, w tym wykorzystując kolejkę szynową czy autobus. Ja standardowo dla siebie wybrałem opcję aktywną, napędzaną nogami 🙂 . Wspinając się do góry po drodze natrafiłem na osiedla willowe, legendarne barcelońskie tramwaje w zajezdni na wzgórzu oraz stopniowo wyłaniającą się panoramę miasta. Po dotarciu na sam szczyt rozciąga się przepiękny widok na Barcelonę i okolice a także zauważalne jest przemyślane zagospodarowanie tego miejsca, w którym jest miejsce na wspaniały kościół a przy tym także atrakcje dla młodszych i trochę starszych w postaci parku rozrywki, co razem tworzy przyjemny obraz Tibidabo. Po za tym jest tam całkiem sporo przestrzeni, co daje dodatkowy komfort turystom. Jeszcze większej klasy temu miejscu dodaje fakt, że zlokalizowany tu park rozrywki należy do jednych z najstarszych tego typu parków na świecie. Z kolei architektura kościoła ma niezwykle ciekawy wymiar symboliczny. Otóż ciemna barwa kamienia, która pokrywa dolne krypty symbolizuje piekło zaś biała barwa świątyni – niebo. Co więcej na wierzchołku kościoła zwieńczeniem tej wspaniałej świątyni jest posąg Jezusa z rozłożonymi ramionami, wznoszącego się ponad całą Barcelonę. Nie trudno doszukać się w tym podobieństwa do posągu z Rio de Janeiro.

Kościół Najświętszego Serca Jezusowego
figura Jezusa królująca nad miastem

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

park rozrywki na wzgórzu Tibidabo z widokiem na Barcelonę
… widoków ciąg dalszy
… dalszy
… i dalszy
… i starczy. Tibidabo zaliczone 🙂

Czas więc i pora powrotu do miasta a tam w planie jeszcze park Güell z dziełami Gaudiego oraz bezustannie od lat budowana, docelowo największa świątynia świata, Sagrada Familia. Park Güell to spory ogród z różnorodną roślinnością oraz niebanalnymi projektami architektonicznymi sławnego na całym świecie katalońskiego projektanta Antonio Gaudiego. To ten sam ogród, z którego często spotyka się widokówki z Barcelony z charakterystycznymi i specyficznymi budowlami i rzeźbami.

jeszcze przed wejściem do parku widać kunszt i niepodrabiany styl charakterystyczny dla Gaudiego
a w środku jest jeszcze przyjemniej

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Muszę przyznać, że tak jak nigdy nie rozdrabniałem się za bardzo nad tym  kto, kiedy i dlaczego dane dzieło popełnił to nad osobą Antoniego Gaudiego przysiadłem na dłużej. Była to osoba niezwykle kontrowersyjna ale także ceniona. Na dowód tego niech świadczy fakt, że w stosunku do Gaudiego jest prowadzony wieloletni proces beatyfikacyjny. Co najważniejsze z punktu widzenia sztuki był to na tyle niepowtarzalny a zarazem specyficzny artysta, że nawet laik w dziedzinie sztuki jest w stanie dostrzec i odróżnić jego prace, wykonywane eksperymentalnie z przeróżnych surowców, często posługując się mozaikami.

Na koniec tego dnia zostawiłem sobie wisienkę na torcie w postaci Sagrady Familii – największego projektu Gaudiego oraz docelowo najwyższej świątyni świata. Budowla ta jest jednak budowana aż od  1883 roku kiedy pracę nad nią przejął sam Gaudi. Liczne zmiany w projektach, przebyta wojna domowa w Hiszpanii, a przede wszystkim śmierć Gaudiego przedłużają prace do czasów dzisiejszych. Coraz śmielej mówi się, że budowla zostanie ukończona w 2026 roku, czyli dokładnie na rocznicę 100 lecia śmierci Gaudiego. Wobec tego ta cudowna, secesyjna świątynia na ten moment jest wciąż otoczona licznymi dźwigami i innymi maszynami budowlanymi, co niestety lekko uprzykrza obraz tego dzieła. Pomimo ciągłych prac, świątynia wygląda zachwycająco z każdej strony. To miejsce ma coś w sobie. Pewną nutkę niezwykłości. W końcu zostało zaprojektowane przez wybitnego architekta a następnie realizowane i wznoszone mimo wielu zawirowań przez kilka kolejnych pokoleń a w zamierzeniu ma posiadać aż 18 wież poświęconych 12 apostołom, 4 ewangelistom, Maryi i Jezusowi. Jedna z nich ma osiągnąć wysokość ponad 170 metrów co sprawi, że Sagrada Familia stanie się najwyższą świątynią świata. Liczę na to, że tak się właśnie stanie bo ta budowla ma w sobie siłę i potencjał. Pytanie tylko kiedy to nastąpi? fajnym akcentem byłoby uwieńczenie dzieła Gaudiego właśnie w 100 rocznicę Jego śmierci. W każdym razie, do tego czasu musimy zadowalać się niedokończoną budowlą, na co i tak nie mamy co narzekać bo jest po prostu piękna! Szczególnie polecam perspektywę nocną, kiedy kościół jest mocno oświetlony. Najlepszym punktem obserwacyjnym wydaje się być pobliski park ze stawem po środku, gdzie dodatkowo tworzy się niezwykłe odbicie podświetlonej świątyni. Specjalne podziękowania dla Pana Japończyka, który pytając się mnie czy czekam na podświetlenie kościoła dał mi do zrozumienia, że może warto poczekać. A ja już chciałem wracać do kwatery i straciłbym taki widok. Warto się czasami wsłuchiwać w głos ludu podróżniczego 🙂

Sagrada Familia nocą

3 dzień w Barcelonie to kontynuacja podążania szlakiem Gaudiego, z tego względu nie mogło zabraknąć w planie takich punktów jak Casa Milà oraz Casa Batlló, budynki znajdujące się w centrum Barcelony, wyróżniające się niepowtarzalnym kształtem. W pierwszym obiekcie głównie falującą konstrukcją i w zasadzie brakiem prostych kątów i linii, w drugim natomiast bajeczną mieszanką barw, wzorów i kształtów. Szczególnie właśnie Casa Batlló przypadł mi do gustu ze względu na swój bajkowy charakter.

Casa Batlló

Po zwiedzeniu tych obiektów z zaplanowanych rzeczy pozostała mi jedynie słynna plaża Barceloneta a reszta dnia była przeznaczona na spontaniczne szukanie atrakcji i poznawanie miasta. Skierowałem się zatem najpierw na wybrzeże gdzie zastałem ładną, szeroką, piaszczystą plażę z rozciągającą się promenadą z palmami nad plażą i ciekawymi budynkami dookoła. Widać było, że ludzie lubią tu spędzać swój wolny czas.

Największym odkryciem obok Tibidabo, o którym nie miałem pojęcia przed wyjazdem, a na który trafiłem w ramach instynktownego zwiedzania miasta była barcelońska Cytadela (Parc de la Ciutadella). Miejsce to położone nieopodal plaży a zarówno blisko zatłoczonej części miasta jest zieloną oazą Barcelony. Centralnym punktem parku jest fantastyczna kaskada, w której budowę swoje ręce maczał nie kto inny jak sam Gaudi, choć nie był on w tym wypadku głównym architektem.
Woda, piasek, bogata roślinność i architektoniczne cuda – czego chcieć więcej od parku? Parc de la Ciutadella oferuje jednak znacznie więcej. Znajduje się tutaj obszerny ogród zoologiczny, muzeum zoologiczne oraz przepiękny staw, po którym można popływać wypożyczoną łódką.

jeśli do tego wszystkiego dodać reprezentacyjną drogę wejściową do parku Cytadela przez łuk triumfalny, nie odstający klasą od swojego paryskiego odpowiednika, to całość daje imponujący efekt.

W ramach ciekawostki należy wspomnieć, że Parc de la Ciutadella jest najstarszym parkiem w Barcelonie, natomiast łuk triumfalny przed Cytadelą jest jedynym tego typu łukiem na świecie, który nie został wybudowany w charakterze militarnym a jedynie z myślą o sztuce, mieszkańcach i turystach.

Dalszą swoją wędrówkę pokierowałem na wschód miasta, gdzie czym dalej się szło tym mniej było zabytków, za to więcej nowoczesnej Barcelony w postaci wieżowców i innowacyjnych budynków. Generalnie podchodząc do sprawy geograficznie i uwzględniając, że lotnisko El Prat jest na zachodzie miasta, wieżowce na wschodzie, Tibidabo na północy a Barceloneta na południu to z pełnym przekonaniem mogę powiedzieć, że przeszedłem Barcelonę wzdłuż i wszerz 🙂 i każdemu taki przekrój polecam, bo każda część miasta jest inna i warta zapoznania się z nią.
Z obserwacji samego miasta spodobały mi się także rozwiązania drogowe, np. jednokierunkowe, wąskie uliczki w centrum lub często spotykane pochyłe zjazdy zamiast krawężników na chodnikach. Barcelona fajnie też stoi sportowo bowiem boisk do gier zespołowych jest pełno i w różnych dziwnych miejscach, m.in. między kamienicami a kościołami czy nawet na dachach niektórych budynków. Sporo jest zewnętrznych stołów do ping-ponga, cieszących się niemałą popularnością oraz innych miejsc do uprawiania sportu jak choćby wielkie ściany wykorzystywane do gry w squasha.

Barcelona pozostawiła po sobie bardzo dobre wrażenie jako miasto klimatyczne i zabytkowe a jednocześnie sportowe i rozrywkowe.

 

 

Open post

Tbilisi-Batumi-Kutaisi, GRUZJA państwo nr 3

TBILISI

Po zachodnich eskapadach z projektem NowejPasji.pl nadszedł czas na urozmaicenie geograficzne i wschodni kurs. Wybór padł na Gruzję. Podobnie jak w poprzedniej wyprawie powitało mnie mikro lotnisko tanich przewoźników lotniczych mieszczące się tym razem w Kutaisi. Wylądowałem planowo po 23 i od razu ruszyłem do wykupionej wcześniej marszrutki (taksówki zbiorowej, bardzo popularnej w Gruzji), która prosto z lotniska zawoziła ludzi do stolicy Gruzji – Tbilisi. Trasa z Kutaisi do Tbilisi to lekko ponad 200 kilometrów, które zostaną dobrze zapamiętane przeze mnie ze względu na szaleńczą jazdę naszego kierowcy, klimat marszrutki (zadymiony papierosami, lekko zdezelowany busik), momentami niesamowicie dziurawą drogę i ….. piękne widoki zza oknem 🙂 Dochodziła północ czasu miejscowego a my mknęliśmy przez centralną Gruzję raz po raz widząc za oknem piękne oświetlone kościoły czy zamki na wzgórzach. Kilka z nich wyglądało naprawdę bajkowo. Zanotowałem także dużo gruzińskich flag porozwieszanych przy tego typu obiektach. Przy drogach było porozstawiane wiele stoisk i straganów z wikliną, misami, dzbanami i innymi gospodarczymi narzędziami. Poza podświetlanymi niektórymi zabytkami i kramami mało co było jednak widać w mroku nocy przejeżdżając przez niewielkie i nieoświetlone miejscowości. Jednak już wtedy Gruzja wydawała się niezwykle klimatycznym i ciekawym miejscem. Korzystając momentami z lepszej drogi ucinałem sobie drzemkę ponieważ nie miałem przewidzianego innego noclegu na tę noc, szczególnie, że nie wiedziałem jak długo pojedziemy do celu słysząc wcześniej o kiepskiej jakości gruzińskich dróg publicznych. Te okazały się nie takie złe jak je przedstawiano, przynajmniej na trasach pomiędzy największymi miastami w Gruzji. W pewnym momencie gdy większość pasażerów, w tym ja, była pochłonięta spaniem busik zatrzymał się przed całodobowym sklepem. Większość z nas (głównie Polaków – turystów) chciała już wychodzić z nadzieją, że to przystanek końcowy. Jak się szybko okazało stanęliśmy jedynie na postój w dość odludnym miejscu z gastronomią, z której o 2 w nocy korzystał tylko nasz kierowca, który uczynił sobie jakąś większą ucztę bo nie było go prawie przez godzinę. Przy tym dość nowoczesnym obiekcie nie było w zasadzie nic oprócz mnóstwa bezpańskich psów proszących o jedzenie. Kraj ten widziany przeze mnie jedynie w mroku przez kilka godzin i z perspektywy zdezelowanego busika wydawał się zachwycający ale też nieco ubogi. Jak się później okazało było to całkiem trafne spostrzeżenie.

Była 3 nad ranem kiedy dotarliśmy do Parku Pushkina przy Placu Wolności w samym centrum Tbilisi, gdzie na dobre zaczęła się moja gruzińska przygoda. Miejsce od razu robiło wrażenie. Wokoło ciekawa, historyczna zabudowa z wieloma zabytkami i pomnikami. Do tego mrok z delikatnym, barwnym podświetleniem najważniejszych obiektów i brak ludzi dookoła. To wszystko sprawiało wrażenie trochę bajkowego świata.

Od samego początku byłem w samym centrum, jednak nie posiadałem żadnej mapki miasta. Choć dla mnie to nie problem aby spontanicznie zwiedzać obce miasto kierując się intuicją to dosłownie po 15 minutach od przyjazdu, jedną z niewielu osób, które spotkałem na ulicy był Gruzin, zamykający swój sklep i podarował mi mapkę Tbilisi. Nie tyle zachwycony byłem tą mapką co tym jak potraktował mnie ten sklepikarz, który sam od siebie zagadał i zaproponował mapkę. Mały gest a Gruzja stawała się coraz fajniejsza 🙂 mając tę mapkę już u siebie można było zacząć planować trasę zwiedzania jednak w miejscu, w którym byłem wszystko dookoła mnie ciekawiło i tym sposobem i tak nawigowałem się póki co sam. Tym samym trafiałem na wiele ciekawych miejscówek, do których być może nie trafiłbym z mapą a w nocy robiły fantastyczne wrażenie. Szczególnie do gustu przypadły mi niektóre budzące grozę rzeźby, które w okolicznościach nocy i z tłem jak z upiornych filmów robiły wspaniały efekt. W nocy rewelacyjny efekt robiło znacznie więcej rzeczy w tym bardzo dobrze znana ikona nowoczesności w Tbilisi, czyli most pokoju. Ten innowacyjny i oryginalny obiekt wykonany ze szkła i stali na stałe wkomponował się w strukturę starego Tbilisi, tworząc ciekawy (i trochę kontrowersyjny) dla oka kontrast. Nocne zwiedzanie, które już niejednokrotnie praktykowałem w innych miejscach po raz kolejny zdawało egzamin, nastrajając pozytywnie na dalsze dni wyprawy. Całe spektrum najróżniejszych rzeźb, figur, pomników i tym podobnym dzieł oraz finezyjnie podświetlane budynki, sprawiały naprawdę zachwycające wrażenie. Docenić też trzeba pomysłowość niektórych monumentów, jak np. ulicznego latarnika zapalającego lampę, odzwierciedlonego w realnych wymiarach i wyglądzie. Zafascynowany centrum Tbilisi około 4 nad ranem stwierdziłem, że skorzystam z mapy i pójdę w dalszy zakątek miasta, wracając do centrum już za jasna. Na nocną przechadzkę wybrałem jedne z większych i reprezentacyjnych ulic miasta, w tym najważniejszą, przy której zlokalizowane są najważniejsze gruzińskie instytucje – Parlament, Muzeum Narodowe oraz liczne kościoły i teatry. Przed tym wypadem wypatrzyłem od razu polski akcent w Tbilisi, a była nim restauracjo-pijalnia, która nazywa się WARSZAWA. Mieści się ona blisko Parku Pushkina (tego, do którego przywożą turystów niektóre marszrutki) przy ulicy Pushkina. Miejsce wyglądało klimatycznie i zachęcało cenowo, więc jego lokalizacja została zapamiętana i jeden obiad w stolicy Gruzji trzeba było zaplanować w tym miejscu. Tymczasem ruszyłem jednak w drogę, w nieznane. Po drodze spotykało mnie notorycznie coś co do tej pory w zasadzie mi się nie przytrafiało. Były to……… taksówki. W Tbilisi nie ma jednak zwykłych taksówek. Są to taksówki natrętne, które jak widzą człowieka to na niego trąbią, żeby z niej skorzystał. Teraz wyobraź sobie, że około 5 rano nie było tłumów ludzi na ulicach a ja maszerowałem wolnym krokiem po głównych ulicach miasta. Nieważne czy taksówka jechała w moją stronę czy przeciwną, zwalniała i trąbiła na mnie. Miejscowi muszą być chyba przyzwyczajeni do tego dźwięku bo inaczej mało kto w tym mieście mógłby spać spokojnie.  Dla mnie na początku było to nawet pomocne po długiej nieprzespanej nocce jednak później irytowało to lekko. Swoją drogą ciekawe skąd w nocy bierze się tak wiele taksówek skoro nie mają za bardzo kogo wozić o tej porze i w zasadzie każda jedna przejeżdżająca obok mnie była pusta.
Nocna eskapada zaprowadziła mnie w daleki zakątek miasta aż do Vake Parku. Tam zastałem miejski stadion piłkarski a także mój pierwszy gruziński …….. świt.

Za dnia miasto nie straciło wiele na uroku. Uwydatniło się jednak kilka wyjątkowych zachowań, które spostrzegłem u Gruzinów. Po pierwsze całkiem spora garstka ludzi przechodząc w pobliżu kościoła (cerkwi) zatrzymuje się, robi znak krzyża, pochyla głowę lub wypowiada krótką modlitwę. Kiedy zatrzymywałem się przy jakimś budynku albo patrzyłem na mapę raz po raz ktoś podchodził i oferował pomoc. Niektórzy mężczyźni (hetero) witając się całują się w policzki a następnie idą ze sobą “pod ramię”. Większość psów ma czipowane uszy. Połowa jeżdżących samochodów nie posiada zderzaków albo jest w zapłakanym stanie (dotyczy to również marszrutek). Bywają miejsca, w których obok spalonego lub zdezelowanego auta stoi nowy, świecący Bentley 🙂 kontrast taki widziałem także na biednych dzielnicach gdzie przy rozwalających się domach były zaparkowane drogie samochody. W niektórych miejscach wspinając się na zamieszkane wzniesienia ni stąd ni zowąd jest się u kogoś na dachu albo na balkonie 🙂 To tylko niektóre z zachowań, które utkwiły mi w pamięci. Najbardziej jednak zapamiętałem sytuację z publicznej siłowni w parku, w której stały maszyny do ćwiczeń. Dwóch Gruzinów, którzy byli z dziećmi przez dłuższy czas ćwiczyli na sprzęcie i podeszli do innej maszyny, która była zepsuta. Długo się nie zastanawiając podeszli do swojego auta wyciągnęli kasetkę z narzędziami i zaczęli naprawiać sprzęt. A nie chodziło tu jedynie o przykręcenie śrubki. To kolejny przykład małej rzeczy, która buduje wspaniały wizerunek Gruzinów. Fajne wrażenie po sobie zostawił też gospodarz domu gościnnego Georgian House, który poczęstował mnie dzbanem prawdziwego wina gruzińskiego domowej roboty, kieliszkiem czaczy (coś na wzór połączenia wina i mocnej wódki) oraz kawałkiem chaczapuri (ciasto drożdżowe z nadzieniem serowym lub innym). Bardzo klimatycznie wyglądała też Jego klimatyczna, “alkoholowa” piwniczka. 

FOTORELACJA z najciekawszych miejsc w TBILISI:

Rike Park, w tle całkowicie opustoszałe centrum kongresowe. W dalekim tle dom prezydencki.
łaźnie z charakterystycznymi kopułami. W oddali Świątynia Metechi
łaźnie i okolice
relaks z widokiem na Tbilisi “z dachu”
Tbilisi nocą
ruiny twierdzy Narikala usytuowane na wzgórzu pomiędzy łaźniami a ogrodem botanicznym
domy na skale nad rzeką Kurą
najlepiej miasto prezentuje się z góry dlatego perspektywa….. 1
…..2
…..3 “okno na miasto”
….. i gdzieś gdzie nikogo nie było, ale było wysoko to wlazłem 🙂

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Swoją drogą na jednym z mało uczęszczanych wzniesień nad miastem spotkałem kilku młodych Gruzinów, którzy strasznie się zdziwili na widok turysty w tym miejscu więc zaczęli się dopytywać skąd jestem itd. Kiedy powiedziałem im, że jestem z Polski to jedynymi dwiema rzeczami, które kojarzyli z Polską były Warszawa i Lewandowski 🙂 wspinając się dalej, mało uczęszczaną drogą na jedną z powyższych górek przechodziłem obok EUMM GRUZJA -misji obserwacyjnej Unii Europejskiej w Gruzji.

 

 

 

w mojej wycieczce nie mogło zabraknąć oczywiście stadionu piłkarskiego dlatego jest i ten – Dinamo Tbilisi. Ocena obiektu: bardzo dobra.
żeby nie przekłamywać rzeczywistości trzeba zaznaczyć, że wiele domostw wygląda tak…
… a tak wygląda kafejka internetowa na dworcu autobusowym

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dla mnie jednak nie ma wątpliwości, że Tbilisi to bardzo ciekawe, urozmaicone miasto z:

…pięknymi budowlami. Tutaj Sobór Trójcy Świętej, największy obiekt sakralny w Gruzji i jedna z największych świątyń prawosławnych na świecie
…pięknymi widokami i górzystym otoczeniem miasta
… i z inspirującymi rzeźbami, figurami i innymi atrakcjami
i pysznym jedzeniem 🙂

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

BATUMI

Zanim przejdziemy do kolejnego punktu wyprawy muszę wspomnieć o atrakcyjnym, gruzińskim przewoźniku autobusowym. Z Tbilisi do Batumi (ponad 300 km) jechałem przewoźnikiem firmy METRO GEORGIA. Autobus komfortowy, nowoczesny w pełni klimatyzowany, ogrom miejsca na nogi, wygodne fotele, każdy ma swój ekran z muzyką, filmami i grami, co godzinę rezerwowy kierowca przechodzi przez przejście dolewając ludziom wody lub ciepłej herbaty, cena niska (kilkadziesiąt złotych). Co ciekawe nikt od pasażerów nie chciał biletów. Wszyscy wchodzili do środka a przed wyjazdem kierowcy podliczyli po prostu czy ilościowo nie ma więcej osób niż sprzedanych biletów i pojechaliśmy. Fajna i szybka opcja o ile liczebność się zgadza 🙂 w połączeniu z przepięknymi urokami centralnej Gruzji widzianymi za okna była to prawdopodobnie moja najprzyjemniejsza podróż autobusowa w życiu. Trochę inna od tej znanej z gruzińskiej rozklekotanej i zadymionej tytoniem marszrutki 🙂

 

 

 

 

 

 

 

 

W ten przyjemny sposób dotarłem do Batumi nazywanego często gruzińskim Las Vegas. Rzeczywiście robi takie pierwsze wrażenie jeśli wjeżdża się do miasta od północnej strony i jest dobra pogoda. Jeszcze kilkanaście kilometrów przed Batumi są same zapadnięte, zniszczone domy i bydło na ulicach. Przy wjeździe do miasta zaczynają się jednak ekskluzywne kurorty wypoczynkowe a z oddali na półwyspie nad Morzem Czarnym wyłaniają się olbrzymie (jak na gruzińskie realia) i artystycznie skonstruowane wieżowce. Robi to mocne wrażenie w pierwszej chwili. Później z tym miejscem bywało już różnie….

Jak to już mam chyba w zwyczaju zwiedzanie zacząłem znowu po ciemku. Ale po raz kolejny też tego nie żałowałem. Nowoczesne, wysokie i przede wszystkim oryginalne budynki w mieście, finezyjnie podświetlane robiły dobrą robotę. Zacząłem od placu i wieży Piazza, blisko której miałem hotel a do którego z kolei poprowadził mnie kolejny pomocny, przypadkowy Gruzin. Dalej była wieża z zegarem astronomicznym oraz oryginalnie wyglądający hotel Sheraton. Świetnie nocą wygląda także teatr w Batumi oraz co ciekawe w ogóle nie podświetlony najwyższy budynek całego regionu należący do Uniwersytetu Technologicznego. Ciekawie nocą wygląda również kamienista plaża i palmy rosnące przy bulwarze nadmorskim.

wieża przy placu Piazza
wieża z zegarem astronomicznym
pokaźny Sheraton

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

teatr w Batumi
budynek Uniwersytetu Technologicznego u szczytu, którego uruchamiana w sezonie jest karuzela z 8 gondolami
kamienista plaża z widokiem na palmy i szczyt hotelu Sheraton

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Wiele wysokich budynków, nowoczesne hotele i kasyna oraz świetne nocne iluminacje centrum sprawiają, że w rzeczy samej Batumi przypomina wyglądem trochę takie małe Las Vegas. Nawet niektóre bardziej wystawne ulice kojarzyły się mi z tym miastem. Patrząc na niektóre aleje można faktycznie było zwątpić gdzie się jest.
Jedna, wymowna rzecz jednak na pewno odróżniała Batumi od Las Vegas a było tą rzeczą – brak ludzi na ulicach. Wiadomo, że nie byłem tam w sezonie ale nawet biorąc to pod uwagę mało było widać miejscowych a po 22 w zasadzie po mieście chodziłem sam, czasami napotykając jedynie na patrole policyjne. Dopiero w trakcie pobytu w Batumi i zdziwiony całkowitym opustoszeniem miasta w godzinach nocnych znalazłem na YouTubie filmik z całkiem sporymi zamieszkami na ulicach tego miasta kilka dni wcześniej. W trakcie mojego pobytu żadne niebezpieczeństwo nie było jednak odczuwalne o ile nie przeraża kogoś samotne zwiedzanie obcego miasta w nocy – a to pomału stało się moim standardem. W zasadzie jak mam być szczery w każdym mieście gruzińskim, w którym byłem czułem się znacznie bardziej komfortowo niż w chwilę wcześniej zwiedzanym Paryżu, patrząc pod kątem potencjalnych, nocnych zagrożeń. A piękno podświetlonego, specyficznego Batumi nie pozwalało zajmować głowy czymś innym niż podziwianiem tego zakątka Gruzji.

Po nocy przychodzi jednak dzień i …… czar Batumi pryska. Nadal jest to miasto ciekawe ze względu na swoją niekonwencjonalną architekturę i palmowe przepełnienie, jednak już nie tak wyjątkowe jak w nocy. Możemy tu odszukać:

niespotykanego kształtu sieciówkę McDonalda
Colosseum
odwróconą restaurację

 

 

 

 

 

 

 

Hulka
stare zjeżdżalnie pomiędzy starymi i nowymi blokowiskami
i mnóstwo Eco taksówek bez świateł i zderzaków 🙂

 

 

 

 

 

 

 

Był też dla mnie dosyć zaskakujący polski akcent, o którym nie wiedziałem a natrafiłem na niego przez przypadek na miejscu. Była to ulica upamiętniająca śp. Lecha i Marię Kaczyńskich. Co prawda z doniesień medialnych przypominało mi się coś na ten temat oraz to, że generalnie Lech Kaczyński był w Gruzji bardzo ceniony. Jednak ten ekskluzywny kurort nastawiony na rozrywkę w sezonie turystycznym w żaden sposób nie sklejał mi tych dwóch wątków a tymczasem na mojej drodze stanął taki oto znak….

Ulica ta jest dojazdem do miasta od strony Turcji a także drogą transferową do lotniska i leży wzdłuż brzegu Morza Czarnego tuż przy promenadzie. Bulwar w Batumi jest długi, jednostajny ale przy tym bardzo ładny z szerokimi alejkami spacerowymi i ścieżkami rowerowymi wśród palm, jednak w tym czasie bez jakichkolwiek użytkowników. Bardzo mało osób uprawiało tam jakikolwiek sport a warunki i infrastrukturę do tego mają nie najgorszą.Częściej zaczepiały mnie jakieś psiaki aniżeli spotykałem ludzi na rowerach czy biegających po promenadzie. Psiaki w Gruzji są jednak różne tak jak i ich właściciele. Natrafiłem na całkiem zabawnie wyglądające igraszki pewnych Gruzinów z Amstaffem, któremu nie chcieli dać jedzenia znajdującego się w reklamówce i biedak sam musiał wziąć sprawy w swoją mocną paszczę 🙂 Oczywiście zdobył to o co walczył wchodząc właścicielowi na głowę za potrzebą 🙂

 

Jak widać za dnia też trochę atrakcji i niespodzianek ten kurort może dostarczyć, jednak zaznawszy tego miasta nocą czekałem z utęsknieniem na noc, szczególnie, że miałem już w planie coś specjalnego. W międzyczasie udało się zrobić jeszcze kilka fajnych ujęć za dnia.
  i powoli nadchodził upragniony wieczór, w którym wszystko dookoła stawało się jakby znowu bardziej magiczne. Tym razem jednak noc i jej uroki w Batumi wykorzystałem jeszcze lepiej albowiem wybrałem się na plac tańczących fontann, które robiły niesamowite wrażenie i były lepsze od jakichkolwiek wcześniej spotkanych. Świetnie zsynchronizowana muzyka z fontannami, wiele ekwilibrystyki w poczynaniach tańczącej do rytmu wody, dobrze dopasowana iluminacja, duży a w zasadzie długi rozmiar basenu z fontannami, pomosty między fontannami i wiele innych tym podobnych, przybocznych rzeczy tworzyło rewelacyjne, niezapomniane widowisko. Tym bardziej, że podobnie jak we wcześniejszą noc czym późniejsza pora tym spotkanie innego człowieka graniczyło z cudem. Miało się wrażenie, że ten cały spektakl jest wystawiany wyłącznie indywidualnie dla osób, które sporadycznie pojawiały się przy fontannach. Momentami tak też wyjątkowo czułem się i ja 🙂

prywatny pokaz tańczących fontann w Batumi 🙂

 

…1…
…2…
…3…

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Choć dla mnie bezdyskusyjnie w Batumi najlepsze były owe fontanny nocą, to ogólnie to miasto zostanie przeze mnie zapamiętane jako jedne z najlepszych nocnych miejscówek w jakich byłem, przy czym nie ukrywam, że ważnym czynnikiem wpływającym na taką ocenę była tu niemalże nierealna, bajkowa świadomość wyjątkowości w tych dniach, która objawiała się tym, że miasto szczególnie nocą, mimo, że mocno przed sezonem oferowało już nie lada atrakcje, które były skierowane do pojedynczych osób, które mogły poczuć się niezwykle wyjątkowo.

 

KUTAISI

Trzecie miasto, które było punktem mojej wycieczki po Gruzji początkowo miało być jedynie dla mnie miejscem przylotu i odlotu. Wyjazd rozplanowałem ostatecznie jednak tak, że zostawiłem jeden cały dzień przed powrotem do Polski i dałem szansę Kutaisi na pokazanie swoich walorów. I się nie zawiodłem bo to choć w miarę małe miasto to ma kilka fajnych atrakcji.

Najbardziej znana i rzeczywiście największa atrakcja miasta to katedra Bagrati. To katedra gruzińskiego Kościoła Prawosławnego, wybudowana w XI w., przez wiele lat wpisana na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Budowla sama w sobie ma wielki urok dawnych czasów a jej lokalizacja na wzgórzu oraz wiele zielonej powierzchni dookoła dodają dodatkowej maestrii temu miejscu.
Miejsce niezwykle refleksyjne, przy którym człowiek czuje się trochę jak w przeszłości. Wszystko tam nieco zwalnia a wiem to od nie byle kogo bo od mojego kaukaskiego przewodnika po Kutaisi. I było już nas dwóch pogrążonych w kontemplacji 🙂

Drugą znaną ikoną Kutaisi jest innowacyjny i ciekawie skonstruowany budynek parlamentu gruzińskiego znajdujący się z dala od centrum miasta.

Pana zakładającego kapelusze
oraz po raz kolejny spotkane w Gruzji grę świateł, wody i skałek

 

W mieście jest jeszcze kilka fajnych miejscówek, jednak same miasto odstaje dosyć mocno od Tbilisi i Batumi i jeden dzień w zupełności wystarczy na ogarnięcie tego miasta. Oczywiście z ostateczną oceną miasta poczekałem do nocy gdyż wtedy odkrywam na ogół najciekawsze miejsca i tym właśnie sposobem trafiłem po raz kolejny na ciekawe miejsca. Miasto choć wydawało się niezbyt bogate, miało swój klimat i na krótki pobyt jak najbardziej jest w porządku.

 

 

Ja tymczasem zbierając się na lotnisko w Kutaisi w drogę powrotną do Polski natrafiłem na drogowskaz, który wskazywał kierunek na ….. Poznań. Znając zatem dokładną odległość do domu i kierunek drogi ruszyłem na maluteńkie lotnisko z trzema bramkami, jednym sklepem i jedną kawiarnią nieopodal Kutaisi. Lotnisko malutkie ale za to papierologii wiele. Pierwszy raz się spotkałem aby lecąc jedynie z bagażem podręcznym musieć wyrabiać przed lotem specjalną kartę pokładową. Wiele osób w tym miejscu było tym zdziwionym. Jedynym wytłumaczeniem na takie procedury jest chyba to, że lotnisko obsługuje tylko kilka lotów dziennie a pracowników wcale tak mało nie było więc muszą mieć dodatkową pracę 🙂

cel powrotu i
środek powrotu. Cały budynek lotniska na jednym zdjęciu 🙂

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Po ustronnej Islandii i zatłoczonym Paryżu w Gruzji mam wrażenie nastąpiła mieszanka tych dwóch światów. Z jednej strony np. wypełnionego ludźmi centrum Tbilisi, z drugiej wystarczyło pójść na jedno z dalszych, okalających stolicę Gruzji wniesień aby doświadczyć czystego piękna natury, unikalnych budowli i monumentów a także pięknego widoku i spokoju.

Open post

Paryż, FRANCJA państwo nr 2

Do tej pory we Francji byłem jedynie przejazdem lub przelotem. Tym bardziej cieszę się, że złapałem okazyjną ofertę na kilka dni właśnie do stolicy tego państwa. Po malowniczej, naturalnej oraz spokojnej Islandii, nadszedł czas jeszcze w tym samym miesiącu (w marcu) na gigantyczną metropolię w centrum Europy – Paryż.

Lot miałem wykupiony na maluteńkie lotnisko Beauvais 80 km na północ od Paryża. W okolicach tego portu lotniczego było całe mnóstwo przepięknych krajobrazów widzianych z okien samolotu. Sprawiało to wrażenie artystycznego nieładu przyrody.
Po wylądowaniu na tym skromnym lotnisku awarii uległy bramki kontrolne, które nie chciały wpuścić pasażerów na francuską ziemię. Mimo niegościnnego początku “znajomości” jak się później okazało był to pierwszy i ostatni problem we Francji. Do samego Paryża dostałem się polskim przewoźnikiem za kilka euro na węzeł komunikacyjny Port Maillot, z którego jest dobre połączenie komunikacyjne w inne części miasta a nieopodal znajduje się Łuk Triumfalny.

 

 

 

 

Właśnie w okolicach łuku trafiłem na pierwszą ciekawą rzecz a mianowicie imprezowy, przegubowy autobus.
Imprezowo przyozdobiony w środku i zaopatrzony w mnóstwo butelek szampana.

 

 

Z racji, że do Francji leciałem po południu a jeszcze trzeba było dojechać z prowincjonalnego lotniska, szybko zrobiło się ciemno i trzeba było znaleźć linię metra dojeżdżającego na stację Poissonnière między 9 i 10 dzielnicą Paryża aby dotrzeć do hostelu. Po dotarciu na tę stację późnym wieczorem od razu połączyłem tę nazwę ze znaczeniem angielskiego słowa poison (trucizna). Pierwszy obraz tego miejsca po wyjściu z metra to “zatrucie” brudem, podejrzanymi typkami, mieszanką wielonarodowościową uprawiającą agresywny handel czym się da i uzbrojoną po zęby policją, która co jakiś czas kontrolowała niektórych przechodniów. Służb porządkowych było zresztą bez liku w tym czasie a spowodowane to było niedawnymi zamachami w Paryżu. Jak się później okazało dzielnica nie była wcale taka niebezpieczna ale pierwsze wrażenie zostało nieciekawe. Pobliski, cieszący się wątpliwą sławą Plac Pigalle wyglądał znacznie korzystniej 🙂

Hotel zlokalizowany był w starej ale zadbanej kamienicy. Miałem pokój na najwyższym 6 piętrze z umiarkowanym widokiem na okolicę. Chociaż niewątpliwie najlepszy widok miałem na sąsiadów z naprzeciwka 🙂 urok wąskich uliczek i wysokich kamienic.

Kolejne dni spędzone w Paryżu to typowe (dla mnie nietypowe) zwiedzanie. Z racji, że nigdy wcześniej nie byłem w Paryżu musiałem nadrobić klasykę gatunku dlatego na celowniku znalazły się najpopularniejsze obiekty Paryża: Łuk Triumfalny, wieża Eiffla, Luwr, katedra Notre-Dame i tym podobne klasyki. Oczywiście nie mogło zabraknąć w moim programie zobaczenia stadionu a ze względów czasowych, logistycznych ale przede wszystkim sympatii do Grzegorza Krychowiaka wybór padł na stadion PSG a nie Stade de France. Czego zresztą nie żałowałem bo po drodze natrafiłem na wiele ciekawych miejsc, w tym duży kompleks sportowy z paryskim Hipodromem.

Było to zresztą jedne z niewielu miejsc w tym okresie, do których można było bezproblemowo wejść, tzn. bez rewizji osobistej przy wejściu. Większość kościołów, muzeów i tym podobnych instytucji przeprowadzało takie kontrole bezpieczeństwa wprowadzanego bagażu. Najbardziej uciążliwe było to jednak w wielu sieciówkach handlowych. Niby nic specjalnego a jednak człowiek docenia, że u niego w kraju nikt go nie przeczesuje przed wejściem do Lidla czy Biedronki 🙂 Swoją drogą wzmożone patrole i kontrole policji i wojska były widoczne niemalże wszędzie a pod głównymi atrakcjami w szczególności. Tym sposobem częstymi gośćmi na zdjęciach turystów byli mundurowi. Piszę o tym w sposób lekko ironiczny jednak problem wydaje się dosyć poważny bo były miejsca w Paryżu, w których czułem się dosłownie jak w środku obławy policyjnej.

Abstrahując jednak od problemów z bezpieczeństwem publicznym w Paryżu, miasto to jest bardzo przyjemne architektonicznie i z ciekawymi klimatycznymi miejscami tymi bardziej i mniej znanymi.

Luwr nocą

 

niezwykle klimatyczna, wąska uliczka z wysokimi, efektownymi kamienicami

 

stadion PSG, znany jako Parc des Princes, czyli Park Książąt. Krychowiak z prawej strony 🙂

 

wieża Eiffla z jednej i ……
…. drugiej strony

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

wysokość na wieży Eiffla i …….
….. widok z tej wysokości

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nie do końca lubię zwiedzać miejsca, które są znane medialnie bo często w rzeczywistości okazują się gorsze aniżeli, te które znamy z mediów czy reklam albo nie są takie jak je sobie wyobrażaliśmy. Niemniej jednak Wieża Eiffla mnie nie rozczarowała, podobnie jak Luwr, Łuk triumfalny czy katedra Notre-Dame, jednak najlepsze i najbardziej inspirujące są dla mnie zawsze rzeczy nieznane i niespodziewane. Takim obiektem był dla mnie kościół na szczycie wzgórza Montmartre, a dokładniej rzecz ujmując Bazylika Sacré-Cœur (Bazylika Najświętszego Serca). Niezwykły pokaz kunsztu architektonicznego z kopułami i wieżami. Dodatkowego smaczku dodawało sporo zieleni na zboczach wzgórza i zabytkowa sceneria dookoła Bazyliki a wieczorem dobrze współgrające z budynkiem oświetlenie. Miejsce to upodobali sobie sportowcy amatorzy, którzy późnymi wieczorami przychodzili tłumnie pod Bazylikę uprawiać różne sporty. Niektóre grupy były tak głośne, że słyszalne spod wzgórza, co zresztą przykuło moją uwagę za pierwszym razem.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Z innych inspiracji napotkanych w Paryżu duże wrażenie zrobiła na mnie rzeźba tarcz zegarowych ze wskazówkami pokazującymi różne godziny. Starannie, okazale i pomysłowo wykonane dzieło, dające do myślenia o przemijającym czasie. Jak to odzwierciedlił pewien znak drogowy w innej części Paryża, pewne zakazy (blokady) w naszym życiu mogą być strasznie uciążliwe i czasochłonne. Dlatego nie blokujmy się zanadto i żyjmy bo zegary tykają 🙂

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nowa Pasja by Night, bez ograniczeń 🙂
Open post

ISLANDIA – pierwsze państwo na liście NowejPasji.pl

Misję przemierzania świata pod szyldem NowejPasji.pl chciałem zacząć tylko w jednym miejscu. Od “szczytu” naszego globu, a dokładniej od najdalej wysuniętej na północ stolicy świata – Reykjawiku! Zresztą cały obszar Islandii choć nie równa się “arktycznością” z Grenlandią to jej południowe granice są bardziej wysunięte na północ aniżeli początki Grenlandii. Abstrahując zresztą od zależności geograficznych było to miejsce numer jeden ex aequo z Australią i Nową Zelandią, które chciałem odwiedzić. Zaczęliśmy więc na Islandii a dążyć będziemy do Nowej Zelandii, przez świat na wskroś 🙂 zwiedzając po drodze mnóstwo ciekawych miejsc.

Ale po kolei…..

Wylot miałem z lotniska Chopina w Warszawie do Keflaviku nieopodal Reykjaviku. Pierwsze wrażenie patrząc przez okno w samolocie przed lądowaniem – jestem na księżycu. Ogromne połacie wolnej przestrzeni pokrytej żwirem, kamieniami, mchem i trawą, inną niż nasza. Nieliczne drogi widziane z lotu ptaka były niemalże puste.

Po wylądowaniu tak pusto już wcale nie było. Lotnisko obsługiwało całkiem sporo lotów i pasażerów a droga z lotniska do centrum Keflaviku i dalej w stronę Reykjaviku całkiem ruchliwa. Zdając sobie sprawę z wysokich cen panujących na Islandii za transport oraz po długim locie pospiesznie ruszyłem pieszo kilka kilometrów do mojego pierwszego noclegu znajdującego się na krańcu Keflaviku, do hostelu Start. Już w trakcie mojej pierwszej pieszej wędrówki po Islandii doświadczyłem co to znaczy zmienna pogoda na Islandii. Słońce, wiatr i deszcz naprzemiennie, choć niezbyt uciążliwie, towarzyszyły mi w drodze. Tym sposobem utwardzonym poboczem ulicy i z widokami jak na powyższym zdjęciu doszedłem do hostelu. Hostel całkiem przyjemny, jak na Islandię niedrogi. Dużym plusem było dobre śniadanie i całodobowa świetnie wyposażona kuchnia dla gości. Samo miasteczko też przyjemne z fajnym wybrzeżem. Przy dobrej pogodzie widać piękne, zaśnieżone góry z oddali za wodami oraz część Reykjaviku.

skaliste wybrzeże Keflaviku
płaskie wybrzeże Keflaviku

Do Reykjawiku musiałem skorzystać już z busa, które są strasznie drogie na Islandii i w wersji taniej wyniosło mnie to około 100 zł za przejechane 40 kilometrów. Na szczęście w stolicy Islandii nie musiałem płacić za równie drogie noclegi bo przygarnęli mnie i ugościli dawni znajomi. W samym mieście czułem się nadzwyczaj swobodnie zważając, że jest to najdalej wysunięta na północ stolica świata na krańcu naszego kontynentu. Reykjawik okazał się w miarę normalną, europejską stolicą z kilkoma fajnymi miejscami. Była tam super nowoczesna sala koncertowa – Harpa, promenada z pięknym widokiem na zaśnieżone góry, kościół Hallgrímskirkja o niezwykłej konstrukcji i z tarasem widokowym na miasto i okolice a także Ratusz miejski ciekawie usytuowany przy wodzie z pokaźną gromadą kaczek, gęsi i łabędzi dookoła. Nie jest to miasto bardzo obszerne i z ogromną ilością atrakcji także 2 dni na Reykjawik w zupełności wystarczą. Tu zapoznasz się tylko z przedsmakiem tego co będzie Cię czekać po za tą jedyną dużą aglomeracją w tym kraju.

Reykjavik z wieży Hallgrímskirkja

Mnie najbardziej interesował następny punkt wyprawy – wyszukane wcześniej w internecie i upatrzone od razu Hveragerdi. Małe miasteczko zlokalizowane niecałe 40 km od Reykjawiku, położone w dolinie z licznymi źródłami geotermalnymi dookoła i termalną rzeką na końcu jednej z górskich tras. Od razu zainteresowałem się tym miejscem i najważniejszy cel wyprawy wykrystalizował się samoistnie – przejście górskiego szlaku nad Hveragerdi do Reykjadalur między źródłami geotermalnymi i gorącą parą unoszącą się nad źródłami a na końcu zażycie kąpieli w termalnej rzece. Tym samym po powiedzmy sobie europejskim klimacie Reykjawiku nastał czas na prawdziwą i dziką naturę Islandii. Dojazd ze stolicy do Hveragerdi nie zajmuje dłużej niż godzinę aczkolwiek trzeba uważać bo jest to trasa przebiegająca przez góry i niekiedy zamykana z powodu złych warunków atmosferycznych do jazdy. W marcu kiedy ja byłem na Islandii droga ta była w stanie podwyższonego ryzyka jednak przejezdna. Po dotarciu na miejsce miasteczko samo w sobie może nie porywa pięknem. Wiele porzuconych , zniszczonych samochodów, dużo warsztatów samochodowych, kilka sklepów, kawiarni i domostw ze szklarniami. Nic nadzwyczajnego dopóki nie wejdzie się na ścieżkę prowadzącą do doliny pary i dalej do miejsca kąpieli w Reykjadalur.

To tutaj kilkaset metrów nad miasteczkiem Hveragerdi otwiera się przed nami prawdziwe piękno wspaniałej islandzkiej natury.

 

Kontrast śniegu, zieleni, wody, wodospadów, gorących źródeł, roślin, wyziewów wulkanicznych, dymu i słońca – obłędnie wspaniały. Dodatkowego smaczku dodawało to, że nie był to okres turystyczny co sprawiało, że po wyjściu z miasteczka w stronę termalnej rzeki częściej spotykałem miejscowe zwierzęta aniżeli jakichkolwiek ludzi.

Nieocenione widoki zaśnieżonych gór pomiędzy, którymi leniwie płyną ciepłe potoki, wodospady a na zboczach dymiące się termalne źródła i gejzery. Do tego zmienna aczkolwiek przeważnie słoneczna pogoda, w zasadzie brak turystów i niewielu tubylców. Trasa z Hveragerdi do Reykjadalur to zdecydowanie miejsce , w którym można się poczuć jak w innym świecie. Piękno natury, które ciężko opisać słowami, uwiecznić na zdjęciach też trudno w sposób odzwierciedlający rzeczywistość w 100%.

To piękno tak wielkie, że zwala na kolana swoim ciężarem 🙂 

 Zbliżając się do podnóża właściwego szlaku prowadzącego przez góry do kąpieliska geotermalnego zaczęły się pojawiać pojedyncze osoby, które do samego podnóża szlaku podjeżdżały samochodami tracąc tym samym niektóre możliwości obcowania z naturą jeszcze przed bezpośrednim szlakiem. Właściwy szlak jest już ogrodzony i zamknięty dla jakiegokolwiek ruchu kołowego. Trzeba przyznać, że na Islandii (przynajmniej tu) dba się o środowisko po prostu nie ingerując za bardzo w jego naturę, stąd mało znaków czy udoskonaleń dla turystów. Czysta natura. Początek szlaku z racji przepływających wzdłuż ścieżki gorących wód oraz licznych małych gejzerów i źródełek, roztapiających śnieg i odsłaniających roślinność, wyglądał tak:

a dalej nie jest wcale gorzej 🙂 czym wyżej się szło tym mniej było odkrytej przyrody a więcej śniegu, niekiedy duże zaspy i momentami brak wydeptanych ścieżek spowodowane cyklicznymi opadami śniegu i brakiem tłumów w tym okresie, co sprawiało, że jeszcze bardziej można było zaprzyjaźnić się z islandzką naturą. Co prawda nie mam porównania jak by wyglądał też szlak latem ale cieszyłem się, że jestem w tym miejscu akurat w okresie takiego kontrastu zimna i ciepła bo jest to raczej rzadko spotykane zjawisko w innych miejscach. Wyobraź sobie, że pośród wielkich, zaśnieżonych gór wiją się spiralne szlaki turystyczne a dookoła znajdują się dymiące gejzery oraz gorące źródła i strumyki roztapiające wzdłuż siebie zalegający śnieg. odsłaniając różnoraką roślinność. Obraz wszystkich pór roku w jednym miejscu i czasie 🙂 już wtedy cieszyłem się, że jestem tu w marcu, kiedy jest bardzo mało ludzi za to bardzo duża różnorodność otoczenia, co było właściwie najpiękniejszym zjawiskiem na tym szlaku. Różnorodność i niezwykłość tego miejsca. Idąc ciągle pod górę zaczęła roztaczać się coraz piękniejsza panorama podnóża gór, zaś droga po której szedłem zaczęła być coraz bardziej zasypana śniegiem. Czym było wyżej tym rzadziej spotykałem dymiące źródła aż do momentu całkowitego zatracenia ich z oczu.

Idąc nadal przed siebie i próbując nie zgubić ścieżki w coraz większych zaspach śniegu natrafiłem na wysuniętą skałę ze stromym spadem, pod którą przepływała w korycie gór rzeka napędzana przez niesamowicie zachwycający, skalisty wodospad. Miejsce to było na tyle zachwycające i prawdopodobnie najbardziej zjawiskowe jakie do tej pory widziałem, że w tym miejscu postanowiłem po raz pierwszy w podróży wyciągnąć specjalnie przygotowaną pod takie okazje koszulkę NowejPasji. Tak też wykonałem historyczne, pierwsze zdjęcie z logiem projektu, który mam nadzieję będzie mi towarzyszył w bardzo wielu równie inspirujących podróżach i wydarzeniach 🙂 widok był na tyle zapierający dech w piersiach w tym miejscu, że nie byłem w stanie odzwierciedlić tego na zdjęciu.
zdjęcie z dalszej perspektywy i innego aparatu wyszło trochę atrakcyjniej, lecz także jakoś nierealnie. Choć to miejsce “nierealne” trochę było 🙂

Tutaj zatem, na szlaku z doliny dymu do kąpieliska geotermalnego na obrzeżach Hveragerdi, oficjalnie po raz pierwszy zadebiutowała koszulka projektu “NowaPasja.pl” 🙂 a ten widok i to uczucie towarzyszące na tej skale było doprawdy nowe i pasjonujące 😛 w ten dzień widziałem tyle pięknych rzeczy i widoków, że nie jestem przekonany czy był to najlepszy widok ale na tamten moment na tyle piorunujący, że właśnie to miejsce wybrałem na narodziny projektu NowaPasja.pl 🙂 a to była dopiero mniej więcej połowa drogi do celu tego dnia czyli kąpieli w gorącej, naturalnej rzece w otoczeniu zaśnieżonych islandzkich gór. Czym bliżej celu tym więcej bieli a rzadziej spotykane gejzery robiły niesamowity dysonans na tle białych połaci śniegu. Taka biała pokrywa bywała czasami zdradliwa. Krok w bok od wytyczonej ścieżki i człowiek po pas zalega w śniegu. A ścieżkę ciężko było niekiedy odnaleźć. To wytyczało się własne 🙂

W dalszej części obszar HOT 100℃ z ostrzegającymi tabliczkami. Góry, pełno śniegu, temperatura powietrza bliska zeru, arktyczny klimat i ….. ostrzeżenie przed naturalnym wrzątkiem wydobywającym się z ziemi. Niezwykłe uczucie nienormalności 🙂

Stąd blisko już było do celu i tu napotkałem na kilka osób co trochę sprowadziło mnie z powrotem na ziemię po długiej, odosobnionej wędrówce po tym “nierealnym” miejscu 🙂
Gdy dochodziłem do głównej atrakcji i zarazem celu tej wyprawy – gorącego potoku górskiego, w którym można zażyć zasłużonego relaksu po wspinaczce, załamała się lekko pogoda i zaczął po chwili padać grad . Co sprawiło kolejny fantastyczny kontrast bo oprócz kąpieli w ciepłym ponad 30 stopniowym kamienistym, górskim potoku pośrodku zaśnieżonych gór i zerowej temperatury, bonusem otrzymałem topiący się w strumieniu grad 🙂 po raz kolejny to miejsce zapewniło mi wspaniałego kontrastu.

Tutaj też ponownie doceniłem fakt, że jestem tu zimą. Nie jestem sobie w stanie nawet wyobrazić lepszej pory roku na taką kąpiel w naturalnej, górskiej termie niż przy padającym gradzie, niskiej temperaturze i w zasadzie mając to na wyłączność. Niczym nieskrępowany w samych kąpielówkach (przy okazji cenna rada aby zimą na Islandię zabierać kąpielówki bo to kraj niekonwencjonalny) relaksowałem się i odpoczywałem przed powrotem. Sama miejscówka nie jest aż tak bardzo urokliwa jak sceneria na szlaku, jednak możliwość wzięcia kąpieli pod szczytem gór w takich warunkach robi swoje. Cel został zatem osiągnięty i trzeba było się zacząć zbierać z powrotem. W tym momencie zrobiło się trochę mniej przyjemnie gdyż różnica pomiędzy temperaturą wody a powietrza wynosiła ponad 3o℃ a moje rzeczy zostały przysypane padającym gradem. Szybka akcja pt. ubrać się i lecimy dalej. W drodze powrotnej, która przebiegała w większości tę samą trasą towarzyszyła mi kominiarka i dodatkowe ubranie gdyż po zażytej kąpieli góry wydawały się o wiele mroźniejsze a i dymu było coraz więcej, który w zapachu nie był jakoś wyjątkowo przyjemny 🙂

Czas było wracać i poszukać swojego hotelu. A ciężko było sprecyzować ile to zajmie czasu a pogoda zaczynała być niepewna. Szlak górski ma ponad 3 km długości a dojście od podnóża szlaku do miasteczka kolejne 4-5 km, przynajmniej teoretycznie. To jednak nie odzwierciedla się za bardzo w czasie gdy człowieka wszystko dookoła zaskakuje i zadziwia, czas wędrówki przyjemnie i błogo mija, zaś dzień się szybko kończy. Liczne przerwy przy cudach natury strasznie wydłużają taką przechadzkę. A zachwyt i zdumienie czekają na każdym kroku.

“not bad”
bulgoczące “piekiełko”

 

 

 

Takich zjawisk jest tam co niemiara. I człowiek nie chce z takiego miejsca wychodzić. Jednak ma w zanadrzu jeszcze kilka dni, w których wie, że nudno nie będzie. Tym sposobem dziarskim krokiem w pełni usatysfakcjonowany wracałem do miasteczka.

 

 

 

 

Po drodze pomiędzy miasteczkiem Hveragerdi a szlakiem do kąpieliska termalnego jest usytuowane boisko piłkarskie i hala rekreacyjna. Niesamowicie ciekawe miejsce na tego typu obiekty. Do ciekawostki sportowej można zaliczyć także fakt, że na Islandii nie spotyka się wielu biegaczy a na szlaku górskim do Reykjadalur jako jedną z nielicznych osób spotkałem starszego Pana uprawiającego jogging na tym szlaku w krótkim ubraniu.

Po powrocie do miasteczka poszedłem do jedynej “galerii handlowej”, w której mieścił się najbardziej przystępny cenowo sklep z ogólnokrajowej sieci BONUS (ze świnką w logo) – coś na zasadzie odpowiednika naszej biedronki. Warte odnotowania jest także, że w tego typu sklepach za kasami stoją często darmowe ekspresy do kawy. Zaopatrzony w prowiant ruszyłem lekko za granice miasteczka, gdzie miałem zarezerwowany nocleg. Trzeba było iść wzdłuż drogi krajowej numer 1, oplatającej dookoła całą Islandię. Po drodze natrafiłem na znak informacyjny określający miejsce, które zrobiło dotychczas na mnie największe wrażenie za całokształt atrakcji.

#najlepsze

Wspomniany hotel Eldhestar okazał się klimatyczną noclegownią dla pasjonatów koni. Jest zbudowany w kształcie i klimacie ekskluzywnej, rozbudowanej stajni. Każdy pokój nosi nazwę, któregoś z koni z tej stajni wraz z przedstawioną charakterystyką. Pokoje mają wyjścia na tarasy/ogródki. Dodatkowo wspólna HOT TUBA z 42 stopniową wodą nie robiąca już jednak takiego wrażenia po skorzystaniu z jej naturalnego odpowiednika w górach.

Następnego dnia krótsza wyprawa w góry z innej strony ale również owocna w doznania. Tutaj już bez celu wędrówki, szedłem tam gdzie coś się działo, a dokładniej mówiąc dymiło 🙂

za tymi górami jest droga powrotna do Reykjawiku, zatem mega zadowolony wracam do stolicy Islandii

Miałem w stolicy jeszcze jeden dzień na zwiedzanie przed wylotem i przy lepszej pogodzie niż za pierwszym razem niespodziewanie dostrzegłem o wiele więcej wartości w tym mieście niż poprzednio. Będąc na Islandii nie zwraca się większej uwagi na budynki, choć i te są ciekawe (np. Hallgrímskirkja i Harpa). Islandia to kraj wielkiego kontrastu i przepięknej natury i raczej na tym się skupiają podróżni. W Reykjaviku najbardziej urzekła mnie zadbana promenada przy wybrzeżu z widokiem na czystą wodę i zaśnieżone, piękne góry.

Na pożegnanie ze stolicą Islandii natknąłem się jeszcze na inspirujący mural z przesłaniem
Generalnie jak można zauważyć nawet na zdjęciach Islandia to wielkie zróżnicowanie terenu, roślinności, pogody i architektury. Dzięki czemu ten kraj jest tak wspaniały i nieobliczalny.
To miejsce, na które trzeba poświecić na pewno więcej czasu niż niecały tydzień jak w moim przypadku. Starczyło to jednak do zwariowania na punkcie tej wyspy i postanowienia o powrocie na nią w przyszłości.

moc 🙂 ostatnie chwile przed wylotem