Open post

Tbilisi-Batumi-Kutaisi, GRUZJA państwo nr 3

TBILISI

Po zachodnich eskapadach z projektem NowejPasji.pl nadszedł czas na urozmaicenie geograficzne i wschodni kurs. Wybór padł na Gruzję. Podobnie jak w poprzedniej wyprawie powitało mnie mikro lotnisko tanich przewoźników lotniczych mieszczące się tym razem w Kutaisi. Wylądowałem planowo po 23 i od razu ruszyłem do wykupionej wcześniej marszrutki (taksówki zbiorowej, bardzo popularnej w Gruzji), która prosto z lotniska zawoziła ludzi do stolicy Gruzji – Tbilisi. Trasa z Kutaisi do Tbilisi to lekko ponad 200 kilometrów, które zostaną dobrze zapamiętane przeze mnie ze względu na szaleńczą jazdę naszego kierowcy, klimat marszrutki (zadymiony papierosami, lekko zdezelowany busik), momentami niesamowicie dziurawą drogę i ….. piękne widoki zza oknem 🙂 Dochodziła północ czasu miejscowego a my mknęliśmy przez centralną Gruzję raz po raz widząc za oknem piękne oświetlone kościoły czy zamki na wzgórzach. Kilka z nich wyglądało naprawdę bajkowo. Zanotowałem także dużo gruzińskich flag porozwieszanych przy tego typu obiektach. Przy drogach było porozstawiane wiele stoisk i straganów z wikliną, misami, dzbanami i innymi gospodarczymi narzędziami. Poza podświetlanymi niektórymi zabytkami i kramami mało co było jednak widać w mroku nocy przejeżdżając przez niewielkie i nieoświetlone miejscowości. Jednak już wtedy Gruzja wydawała się niezwykle klimatycznym i ciekawym miejscem. Korzystając momentami z lepszej drogi ucinałem sobie drzemkę ponieważ nie miałem przewidzianego innego noclegu na tę noc, szczególnie, że nie wiedziałem jak długo pojedziemy do celu słysząc wcześniej o kiepskiej jakości gruzińskich dróg publicznych. Te okazały się nie takie złe jak je przedstawiano, przynajmniej na trasach pomiędzy największymi miastami w Gruzji. W pewnym momencie gdy większość pasażerów, w tym ja, była pochłonięta spaniem busik zatrzymał się przed całodobowym sklepem. Większość z nas (głównie Polaków – turystów) chciała już wychodzić z nadzieją, że to przystanek końcowy. Jak się szybko okazało stanęliśmy jedynie na postój w dość odludnym miejscu z gastronomią, z której o 2 w nocy korzystał tylko nasz kierowca, który uczynił sobie jakąś większą ucztę bo nie było go prawie przez godzinę. Przy tym dość nowoczesnym obiekcie nie było w zasadzie nic oprócz mnóstwa bezpańskich psów proszących o jedzenie. Kraj ten widziany przeze mnie jedynie w mroku przez kilka godzin i z perspektywy zdezelowanego busika wydawał się zachwycający ale też nieco ubogi. Jak się później okazało było to całkiem trafne spostrzeżenie.

Była 3 nad ranem kiedy dotarliśmy do Parku Pushkina przy Placu Wolności w samym centrum Tbilisi, gdzie na dobre zaczęła się moja gruzińska przygoda. Miejsce od razu robiło wrażenie. Wokoło ciekawa, historyczna zabudowa z wieloma zabytkami i pomnikami. Do tego mrok z delikatnym, barwnym podświetleniem najważniejszych obiektów i brak ludzi dookoła. To wszystko sprawiało wrażenie trochę bajkowego świata.

Od samego początku byłem w samym centrum, jednak nie posiadałem żadnej mapki miasta. Choć dla mnie to nie problem aby spontanicznie zwiedzać obce miasto kierując się intuicją to dosłownie po 15 minutach od przyjazdu, jedną z niewielu osób, które spotkałem na ulicy był Gruzin, zamykający swój sklep i podarował mi mapkę Tbilisi. Nie tyle zachwycony byłem tą mapką co tym jak potraktował mnie ten sklepikarz, który sam od siebie zagadał i zaproponował mapkę. Mały gest a Gruzja stawała się coraz fajniejsza 🙂 mając tę mapkę już u siebie można było zacząć planować trasę zwiedzania jednak w miejscu, w którym byłem wszystko dookoła mnie ciekawiło i tym sposobem i tak nawigowałem się póki co sam. Tym samym trafiałem na wiele ciekawych miejscówek, do których być może nie trafiłbym z mapą a w nocy robiły fantastyczne wrażenie. Szczególnie do gustu przypadły mi niektóre budzące grozę rzeźby, które w okolicznościach nocy i z tłem jak z upiornych filmów robiły wspaniały efekt. W nocy rewelacyjny efekt robiło znacznie więcej rzeczy w tym bardzo dobrze znana ikona nowoczesności w Tbilisi, czyli most pokoju. Ten innowacyjny i oryginalny obiekt wykonany ze szkła i stali na stałe wkomponował się w strukturę starego Tbilisi, tworząc ciekawy (i trochę kontrowersyjny) dla oka kontrast. Nocne zwiedzanie, które już niejednokrotnie praktykowałem w innych miejscach po raz kolejny zdawało egzamin, nastrajając pozytywnie na dalsze dni wyprawy. Całe spektrum najróżniejszych rzeźb, figur, pomników i tym podobnym dzieł oraz finezyjnie podświetlane budynki, sprawiały naprawdę zachwycające wrażenie. Docenić też trzeba pomysłowość niektórych monumentów, jak np. ulicznego latarnika zapalającego lampę, odzwierciedlonego w realnych wymiarach i wyglądzie. Zafascynowany centrum Tbilisi około 4 nad ranem stwierdziłem, że skorzystam z mapy i pójdę w dalszy zakątek miasta, wracając do centrum już za jasna. Na nocną przechadzkę wybrałem jedne z większych i reprezentacyjnych ulic miasta, w tym najważniejszą, przy której zlokalizowane są najważniejsze gruzińskie instytucje – Parlament, Muzeum Narodowe oraz liczne kościoły i teatry. Przed tym wypadem wypatrzyłem od razu polski akcent w Tbilisi, a była nim restauracjo-pijalnia, która nazywa się WARSZAWA. Mieści się ona blisko Parku Pushkina (tego, do którego przywożą turystów niektóre marszrutki) przy ulicy Pushkina. Miejsce wyglądało klimatycznie i zachęcało cenowo, więc jego lokalizacja została zapamiętana i jeden obiad w stolicy Gruzji trzeba było zaplanować w tym miejscu. Tymczasem ruszyłem jednak w drogę, w nieznane. Po drodze spotykało mnie notorycznie coś co do tej pory w zasadzie mi się nie przytrafiało. Były to……… taksówki. W Tbilisi nie ma jednak zwykłych taksówek. Są to taksówki natrętne, które jak widzą człowieka to na niego trąbią, żeby z niej skorzystał. Teraz wyobraź sobie, że około 5 rano nie było tłumów ludzi na ulicach a ja maszerowałem wolnym krokiem po głównych ulicach miasta. Nieważne czy taksówka jechała w moją stronę czy przeciwną, zwalniała i trąbiła na mnie. Miejscowi muszą być chyba przyzwyczajeni do tego dźwięku bo inaczej mało kto w tym mieście mógłby spać spokojnie.  Dla mnie na początku było to nawet pomocne po długiej nieprzespanej nocce jednak później irytowało to lekko. Swoją drogą ciekawe skąd w nocy bierze się tak wiele taksówek skoro nie mają za bardzo kogo wozić o tej porze i w zasadzie każda jedna przejeżdżająca obok mnie była pusta.
Nocna eskapada zaprowadziła mnie w daleki zakątek miasta aż do Vake Parku. Tam zastałem miejski stadion piłkarski a także mój pierwszy gruziński …….. świt.

Za dnia miasto nie straciło wiele na uroku. Uwydatniło się jednak kilka wyjątkowych zachowań, które spostrzegłem u Gruzinów. Po pierwsze całkiem spora garstka ludzi przechodząc w pobliżu kościoła (cerkwi) zatrzymuje się, robi znak krzyża, pochyla głowę lub wypowiada krótką modlitwę. Kiedy zatrzymywałem się przy jakimś budynku albo patrzyłem na mapę raz po raz ktoś podchodził i oferował pomoc. Niektórzy mężczyźni (hetero) witając się całują się w policzki a następnie idą ze sobą “pod ramię”. Większość psów ma czipowane uszy. Połowa jeżdżących samochodów nie posiada zderzaków albo jest w zapłakanym stanie (dotyczy to również marszrutek). Bywają miejsca, w których obok spalonego lub zdezelowanego auta stoi nowy, świecący Bentley 🙂 kontrast taki widziałem także na biednych dzielnicach gdzie przy rozwalających się domach były zaparkowane drogie samochody. W niektórych miejscach wspinając się na zamieszkane wzniesienia ni stąd ni zowąd jest się u kogoś na dachu albo na balkonie 🙂 To tylko niektóre z zachowań, które utkwiły mi w pamięci. Najbardziej jednak zapamiętałem sytuację z publicznej siłowni w parku, w której stały maszyny do ćwiczeń. Dwóch Gruzinów, którzy byli z dziećmi przez dłuższy czas ćwiczyli na sprzęcie i podeszli do innej maszyny, która była zepsuta. Długo się nie zastanawiając podeszli do swojego auta wyciągnęli kasetkę z narzędziami i zaczęli naprawiać sprzęt. A nie chodziło tu jedynie o przykręcenie śrubki. To kolejny przykład małej rzeczy, która buduje wspaniały wizerunek Gruzinów. Fajne wrażenie po sobie zostawił też gospodarz domu gościnnego Georgian House, który poczęstował mnie dzbanem prawdziwego wina gruzińskiego domowej roboty, kieliszkiem czaczy (coś na wzór połączenia wina i mocnej wódki) oraz kawałkiem chaczapuri (ciasto drożdżowe z nadzieniem serowym lub innym). Bardzo klimatycznie wyglądała też Jego klimatyczna, “alkoholowa” piwniczka. 

FOTORELACJA z najciekawszych miejsc w TBILISI:

Rike Park, w tle całkowicie opustoszałe centrum kongresowe. W dalekim tle dom prezydencki.
łaźnie z charakterystycznymi kopułami. W oddali Świątynia Metechi
łaźnie i okolice
relaks z widokiem na Tbilisi “z dachu”
Tbilisi nocą
ruiny twierdzy Narikala usytuowane na wzgórzu pomiędzy łaźniami a ogrodem botanicznym
domy na skale nad rzeką Kurą
najlepiej miasto prezentuje się z góry dlatego perspektywa….. 1
…..2
…..3 “okno na miasto”
….. i gdzieś gdzie nikogo nie było, ale było wysoko to wlazłem 🙂

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Swoją drogą na jednym z mało uczęszczanych wzniesień nad miastem spotkałem kilku młodych Gruzinów, którzy strasznie się zdziwili na widok turysty w tym miejscu więc zaczęli się dopytywać skąd jestem itd. Kiedy powiedziałem im, że jestem z Polski to jedynymi dwiema rzeczami, które kojarzyli z Polską były Warszawa i Lewandowski 🙂 wspinając się dalej, mało uczęszczaną drogą na jedną z powyższych górek przechodziłem obok EUMM GRUZJA -misji obserwacyjnej Unii Europejskiej w Gruzji.

 

 

 

w mojej wycieczce nie mogło zabraknąć oczywiście stadionu piłkarskiego dlatego jest i ten – Dinamo Tbilisi. Ocena obiektu: bardzo dobra.
żeby nie przekłamywać rzeczywistości trzeba zaznaczyć, że wiele domostw wygląda tak…
… a tak wygląda kafejka internetowa na dworcu autobusowym

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dla mnie jednak nie ma wątpliwości, że Tbilisi to bardzo ciekawe, urozmaicone miasto z:

…pięknymi budowlami. Tutaj Sobór Trójcy Świętej, największy obiekt sakralny w Gruzji i jedna z największych świątyń prawosławnych na świecie
…pięknymi widokami i górzystym otoczeniem miasta
… i z inspirującymi rzeźbami, figurami i innymi atrakcjami
i pysznym jedzeniem 🙂

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

BATUMI

Zanim przejdziemy do kolejnego punktu wyprawy muszę wspomnieć o atrakcyjnym, gruzińskim przewoźniku autobusowym. Z Tbilisi do Batumi (ponad 300 km) jechałem przewoźnikiem firmy METRO GEORGIA. Autobus komfortowy, nowoczesny w pełni klimatyzowany, ogrom miejsca na nogi, wygodne fotele, każdy ma swój ekran z muzyką, filmami i grami, co godzinę rezerwowy kierowca przechodzi przez przejście dolewając ludziom wody lub ciepłej herbaty, cena niska (kilkadziesiąt złotych). Co ciekawe nikt od pasażerów nie chciał biletów. Wszyscy wchodzili do środka a przed wyjazdem kierowcy podliczyli po prostu czy ilościowo nie ma więcej osób niż sprzedanych biletów i pojechaliśmy. Fajna i szybka opcja o ile liczebność się zgadza 🙂 w połączeniu z przepięknymi urokami centralnej Gruzji widzianymi za okna była to prawdopodobnie moja najprzyjemniejsza podróż autobusowa w życiu. Trochę inna od tej znanej z gruzińskiej rozklekotanej i zadymionej tytoniem marszrutki 🙂

 

 

 

 

 

 

 

 

W ten przyjemny sposób dotarłem do Batumi nazywanego często gruzińskim Las Vegas. Rzeczywiście robi takie pierwsze wrażenie jeśli wjeżdża się do miasta od północnej strony i jest dobra pogoda. Jeszcze kilkanaście kilometrów przed Batumi są same zapadnięte, zniszczone domy i bydło na ulicach. Przy wjeździe do miasta zaczynają się jednak ekskluzywne kurorty wypoczynkowe a z oddali na półwyspie nad Morzem Czarnym wyłaniają się olbrzymie (jak na gruzińskie realia) i artystycznie skonstruowane wieżowce. Robi to mocne wrażenie w pierwszej chwili. Później z tym miejscem bywało już różnie….

Jak to już mam chyba w zwyczaju zwiedzanie zacząłem znowu po ciemku. Ale po raz kolejny też tego nie żałowałem. Nowoczesne, wysokie i przede wszystkim oryginalne budynki w mieście, finezyjnie podświetlane robiły dobrą robotę. Zacząłem od placu i wieży Piazza, blisko której miałem hotel a do którego z kolei poprowadził mnie kolejny pomocny, przypadkowy Gruzin. Dalej była wieża z zegarem astronomicznym oraz oryginalnie wyglądający hotel Sheraton. Świetnie nocą wygląda także teatr w Batumi oraz co ciekawe w ogóle nie podświetlony najwyższy budynek całego regionu należący do Uniwersytetu Technologicznego. Ciekawie nocą wygląda również kamienista plaża i palmy rosnące przy bulwarze nadmorskim.

wieża przy placu Piazza
wieża z zegarem astronomicznym
pokaźny Sheraton

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

teatr w Batumi
budynek Uniwersytetu Technologicznego u szczytu, którego uruchamiana w sezonie jest karuzela z 8 gondolami
kamienista plaża z widokiem na palmy i szczyt hotelu Sheraton

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Wiele wysokich budynków, nowoczesne hotele i kasyna oraz świetne nocne iluminacje centrum sprawiają, że w rzeczy samej Batumi przypomina wyglądem trochę takie małe Las Vegas. Nawet niektóre bardziej wystawne ulice kojarzyły się mi z tym miastem. Patrząc na niektóre aleje można faktycznie było zwątpić gdzie się jest.
Jedna, wymowna rzecz jednak na pewno odróżniała Batumi od Las Vegas a było tą rzeczą – brak ludzi na ulicach. Wiadomo, że nie byłem tam w sezonie ale nawet biorąc to pod uwagę mało było widać miejscowych a po 22 w zasadzie po mieście chodziłem sam, czasami napotykając jedynie na patrole policyjne. Dopiero w trakcie pobytu w Batumi i zdziwiony całkowitym opustoszeniem miasta w godzinach nocnych znalazłem na YouTubie filmik z całkiem sporymi zamieszkami na ulicach tego miasta kilka dni wcześniej. W trakcie mojego pobytu żadne niebezpieczeństwo nie było jednak odczuwalne o ile nie przeraża kogoś samotne zwiedzanie obcego miasta w nocy – a to pomału stało się moim standardem. W zasadzie jak mam być szczery w każdym mieście gruzińskim, w którym byłem czułem się znacznie bardziej komfortowo niż w chwilę wcześniej zwiedzanym Paryżu, patrząc pod kątem potencjalnych, nocnych zagrożeń. A piękno podświetlonego, specyficznego Batumi nie pozwalało zajmować głowy czymś innym niż podziwianiem tego zakątka Gruzji.

Po nocy przychodzi jednak dzień i …… czar Batumi pryska. Nadal jest to miasto ciekawe ze względu na swoją niekonwencjonalną architekturę i palmowe przepełnienie, jednak już nie tak wyjątkowe jak w nocy. Możemy tu odszukać:

niespotykanego kształtu sieciówkę McDonalda
Colosseum
odwróconą restaurację

 

 

 

 

 

 

 

Hulka
stare zjeżdżalnie pomiędzy starymi i nowymi blokowiskami
i mnóstwo Eco taksówek bez świateł i zderzaków 🙂

 

 

 

 

 

 

 

Był też dla mnie dosyć zaskakujący polski akcent, o którym nie wiedziałem a natrafiłem na niego przez przypadek na miejscu. Była to ulica upamiętniająca śp. Lecha i Marię Kaczyńskich. Co prawda z doniesień medialnych przypominało mi się coś na ten temat oraz to, że generalnie Lech Kaczyński był w Gruzji bardzo ceniony. Jednak ten ekskluzywny kurort nastawiony na rozrywkę w sezonie turystycznym w żaden sposób nie sklejał mi tych dwóch wątków a tymczasem na mojej drodze stanął taki oto znak….

Ulica ta jest dojazdem do miasta od strony Turcji a także drogą transferową do lotniska i leży wzdłuż brzegu Morza Czarnego tuż przy promenadzie. Bulwar w Batumi jest długi, jednostajny ale przy tym bardzo ładny z szerokimi alejkami spacerowymi i ścieżkami rowerowymi wśród palm, jednak w tym czasie bez jakichkolwiek użytkowników. Bardzo mało osób uprawiało tam jakikolwiek sport a warunki i infrastrukturę do tego mają nie najgorszą.Częściej zaczepiały mnie jakieś psiaki aniżeli spotykałem ludzi na rowerach czy biegających po promenadzie. Psiaki w Gruzji są jednak różne tak jak i ich właściciele. Natrafiłem na całkiem zabawnie wyglądające igraszki pewnych Gruzinów z Amstaffem, któremu nie chcieli dać jedzenia znajdującego się w reklamówce i biedak sam musiał wziąć sprawy w swoją mocną paszczę 🙂 Oczywiście zdobył to o co walczył wchodząc właścicielowi na głowę za potrzebą 🙂

 

Jak widać za dnia też trochę atrakcji i niespodzianek ten kurort może dostarczyć, jednak zaznawszy tego miasta nocą czekałem z utęsknieniem na noc, szczególnie, że miałem już w planie coś specjalnego. W międzyczasie udało się zrobić jeszcze kilka fajnych ujęć za dnia.
  i powoli nadchodził upragniony wieczór, w którym wszystko dookoła stawało się jakby znowu bardziej magiczne. Tym razem jednak noc i jej uroki w Batumi wykorzystałem jeszcze lepiej albowiem wybrałem się na plac tańczących fontann, które robiły niesamowite wrażenie i były lepsze od jakichkolwiek wcześniej spotkanych. Świetnie zsynchronizowana muzyka z fontannami, wiele ekwilibrystyki w poczynaniach tańczącej do rytmu wody, dobrze dopasowana iluminacja, duży a w zasadzie długi rozmiar basenu z fontannami, pomosty między fontannami i wiele innych tym podobnych, przybocznych rzeczy tworzyło rewelacyjne, niezapomniane widowisko. Tym bardziej, że podobnie jak we wcześniejszą noc czym późniejsza pora tym spotkanie innego człowieka graniczyło z cudem. Miało się wrażenie, że ten cały spektakl jest wystawiany wyłącznie indywidualnie dla osób, które sporadycznie pojawiały się przy fontannach. Momentami tak też wyjątkowo czułem się i ja 🙂

prywatny pokaz tańczących fontann w Batumi 🙂

 

…1…
…2…
…3…

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Choć dla mnie bezdyskusyjnie w Batumi najlepsze były owe fontanny nocą, to ogólnie to miasto zostanie przeze mnie zapamiętane jako jedne z najlepszych nocnych miejscówek w jakich byłem, przy czym nie ukrywam, że ważnym czynnikiem wpływającym na taką ocenę była tu niemalże nierealna, bajkowa świadomość wyjątkowości w tych dniach, która objawiała się tym, że miasto szczególnie nocą, mimo, że mocno przed sezonem oferowało już nie lada atrakcje, które były skierowane do pojedynczych osób, które mogły poczuć się niezwykle wyjątkowo.

 

KUTAISI

Trzecie miasto, które było punktem mojej wycieczki po Gruzji początkowo miało być jedynie dla mnie miejscem przylotu i odlotu. Wyjazd rozplanowałem ostatecznie jednak tak, że zostawiłem jeden cały dzień przed powrotem do Polski i dałem szansę Kutaisi na pokazanie swoich walorów. I się nie zawiodłem bo to choć w miarę małe miasto to ma kilka fajnych atrakcji.

Najbardziej znana i rzeczywiście największa atrakcja miasta to katedra Bagrati. To katedra gruzińskiego Kościoła Prawosławnego, wybudowana w XI w., przez wiele lat wpisana na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Budowla sama w sobie ma wielki urok dawnych czasów a jej lokalizacja na wzgórzu oraz wiele zielonej powierzchni dookoła dodają dodatkowej maestrii temu miejscu.
Miejsce niezwykle refleksyjne, przy którym człowiek czuje się trochę jak w przeszłości. Wszystko tam nieco zwalnia a wiem to od nie byle kogo bo od mojego kaukaskiego przewodnika po Kutaisi. I było już nas dwóch pogrążonych w kontemplacji 🙂

Drugą znaną ikoną Kutaisi jest innowacyjny i ciekawie skonstruowany budynek parlamentu gruzińskiego znajdujący się z dala od centrum miasta.

Pana zakładającego kapelusze
oraz po raz kolejny spotkane w Gruzji grę świateł, wody i skałek

 

W mieście jest jeszcze kilka fajnych miejscówek, jednak same miasto odstaje dosyć mocno od Tbilisi i Batumi i jeden dzień w zupełności wystarczy na ogarnięcie tego miasta. Oczywiście z ostateczną oceną miasta poczekałem do nocy gdyż wtedy odkrywam na ogół najciekawsze miejsca i tym właśnie sposobem trafiłem po raz kolejny na ciekawe miejsca. Miasto choć wydawało się niezbyt bogate, miało swój klimat i na krótki pobyt jak najbardziej jest w porządku.

 

 

Ja tymczasem zbierając się na lotnisko w Kutaisi w drogę powrotną do Polski natrafiłem na drogowskaz, który wskazywał kierunek na ….. Poznań. Znając zatem dokładną odległość do domu i kierunek drogi ruszyłem na maluteńkie lotnisko z trzema bramkami, jednym sklepem i jedną kawiarnią nieopodal Kutaisi. Lotnisko malutkie ale za to papierologii wiele. Pierwszy raz się spotkałem aby lecąc jedynie z bagażem podręcznym musieć wyrabiać przed lotem specjalną kartę pokładową. Wiele osób w tym miejscu było tym zdziwionym. Jedynym wytłumaczeniem na takie procedury jest chyba to, że lotnisko obsługuje tylko kilka lotów dziennie a pracowników wcale tak mało nie było więc muszą mieć dodatkową pracę 🙂

cel powrotu i
środek powrotu. Cały budynek lotniska na jednym zdjęciu 🙂

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Po ustronnej Islandii i zatłoczonym Paryżu w Gruzji mam wrażenie nastąpiła mieszanka tych dwóch światów. Z jednej strony np. wypełnionego ludźmi centrum Tbilisi, z drugiej wystarczyło pójść na jedno z dalszych, okalających stolicę Gruzji wniesień aby doświadczyć czystego piękna natury, unikalnych budowli i monumentów a także pięknego widoku i spokoju.

Open post

Paryż, FRANCJA państwo nr 2

Do tej pory we Francji byłem jedynie przejazdem lub przelotem. Tym bardziej cieszę się, że złapałem okazyjną ofertę na kilka dni właśnie do stolicy tego państwa. Po malowniczej, naturalnej oraz spokojnej Islandii, nadszedł czas jeszcze w tym samym miesiącu (w marcu) na gigantyczną metropolię w centrum Europy – Paryż.

Lot miałem wykupiony na maluteńkie lotnisko Beauvais 80 km na północ od Paryża. W okolicach tego portu lotniczego było całe mnóstwo przepięknych krajobrazów widzianych z okien samolotu. Sprawiało to wrażenie artystycznego nieładu przyrody.
Po wylądowaniu na tym skromnym lotnisku awarii uległy bramki kontrolne, które nie chciały wpuścić pasażerów na francuską ziemię. Mimo niegościnnego początku “znajomości” jak się później okazało był to pierwszy i ostatni problem we Francji. Do samego Paryża dostałem się polskim przewoźnikiem za kilka euro na węzeł komunikacyjny Port Maillot, z którego jest dobre połączenie komunikacyjne w inne części miasta a nieopodal znajduje się Łuk Triumfalny.

 

 

 

 

Właśnie w okolicach łuku trafiłem na pierwszą ciekawą rzecz a mianowicie imprezowy, przegubowy autobus.
Imprezowo przyozdobiony w środku i zaopatrzony w mnóstwo butelek szampana.

 

 

Z racji, że do Francji leciałem po południu a jeszcze trzeba było dojechać z prowincjonalnego lotniska, szybko zrobiło się ciemno i trzeba było znaleźć linię metra dojeżdżającego na stację Poissonnière między 9 i 10 dzielnicą Paryża aby dotrzeć do hostelu. Po dotarciu na tę stację późnym wieczorem od razu połączyłem tę nazwę ze znaczeniem angielskiego słowa poison (trucizna). Pierwszy obraz tego miejsca po wyjściu z metra to “zatrucie” brudem, podejrzanymi typkami, mieszanką wielonarodowościową uprawiającą agresywny handel czym się da i uzbrojoną po zęby policją, która co jakiś czas kontrolowała niektórych przechodniów. Służb porządkowych było zresztą bez liku w tym czasie a spowodowane to było niedawnymi zamachami w Paryżu. Jak się później okazało dzielnica nie była wcale taka niebezpieczna ale pierwsze wrażenie zostało nieciekawe. Pobliski, cieszący się wątpliwą sławą Plac Pigalle wyglądał znacznie korzystniej 🙂

Hotel zlokalizowany był w starej ale zadbanej kamienicy. Miałem pokój na najwyższym 6 piętrze z umiarkowanym widokiem na okolicę. Chociaż niewątpliwie najlepszy widok miałem na sąsiadów z naprzeciwka 🙂 urok wąskich uliczek i wysokich kamienic.

Kolejne dni spędzone w Paryżu to typowe (dla mnie nietypowe) zwiedzanie. Z racji, że nigdy wcześniej nie byłem w Paryżu musiałem nadrobić klasykę gatunku dlatego na celowniku znalazły się najpopularniejsze obiekty Paryża: Łuk Triumfalny, wieża Eiffla, Luwr, katedra Notre-Dame i tym podobne klasyki. Oczywiście nie mogło zabraknąć w moim programie zobaczenia stadionu a ze względów czasowych, logistycznych ale przede wszystkim sympatii do Grzegorza Krychowiaka wybór padł na stadion PSG a nie Stade de France. Czego zresztą nie żałowałem bo po drodze natrafiłem na wiele ciekawych miejsc, w tym duży kompleks sportowy z paryskim Hipodromem.

Było to zresztą jedne z niewielu miejsc w tym okresie, do których można było bezproblemowo wejść, tzn. bez rewizji osobistej przy wejściu. Większość kościołów, muzeów i tym podobnych instytucji przeprowadzało takie kontrole bezpieczeństwa wprowadzanego bagażu. Najbardziej uciążliwe było to jednak w wielu sieciówkach handlowych. Niby nic specjalnego a jednak człowiek docenia, że u niego w kraju nikt go nie przeczesuje przed wejściem do Lidla czy Biedronki 🙂 Swoją drogą wzmożone patrole i kontrole policji i wojska były widoczne niemalże wszędzie a pod głównymi atrakcjami w szczególności. Tym sposobem częstymi gośćmi na zdjęciach turystów byli mundurowi. Piszę o tym w sposób lekko ironiczny jednak problem wydaje się dosyć poważny bo były miejsca w Paryżu, w których czułem się dosłownie jak w środku obławy policyjnej.

Abstrahując jednak od problemów z bezpieczeństwem publicznym w Paryżu, miasto to jest bardzo przyjemne architektonicznie i z ciekawymi klimatycznymi miejscami tymi bardziej i mniej znanymi.

Luwr nocą

 

niezwykle klimatyczna, wąska uliczka z wysokimi, efektownymi kamienicami

 

stadion PSG, znany jako Parc des Princes, czyli Park Książąt. Krychowiak z prawej strony 🙂

 

wieża Eiffla z jednej i ……
…. drugiej strony

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

wysokość na wieży Eiffla i …….
….. widok z tej wysokości

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nie do końca lubię zwiedzać miejsca, które są znane medialnie bo często w rzeczywistości okazują się gorsze aniżeli, te które znamy z mediów czy reklam albo nie są takie jak je sobie wyobrażaliśmy. Niemniej jednak Wieża Eiffla mnie nie rozczarowała, podobnie jak Luwr, Łuk triumfalny czy katedra Notre-Dame, jednak najlepsze i najbardziej inspirujące są dla mnie zawsze rzeczy nieznane i niespodziewane. Takim obiektem był dla mnie kościół na szczycie wzgórza Montmartre, a dokładniej rzecz ujmując Bazylika Sacré-Cœur (Bazylika Najświętszego Serca). Niezwykły pokaz kunsztu architektonicznego z kopułami i wieżami. Dodatkowego smaczku dodawało sporo zieleni na zboczach wzgórza i zabytkowa sceneria dookoła Bazyliki a wieczorem dobrze współgrające z budynkiem oświetlenie. Miejsce to upodobali sobie sportowcy amatorzy, którzy późnymi wieczorami przychodzili tłumnie pod Bazylikę uprawiać różne sporty. Niektóre grupy były tak głośne, że słyszalne spod wzgórza, co zresztą przykuło moją uwagę za pierwszym razem.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Z innych inspiracji napotkanych w Paryżu duże wrażenie zrobiła na mnie rzeźba tarcz zegarowych ze wskazówkami pokazującymi różne godziny. Starannie, okazale i pomysłowo wykonane dzieło, dające do myślenia o przemijającym czasie. Jak to odzwierciedlił pewien znak drogowy w innej części Paryża, pewne zakazy (blokady) w naszym życiu mogą być strasznie uciążliwe i czasochłonne. Dlatego nie blokujmy się zanadto i żyjmy bo zegary tykają 🙂

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nowa Pasja by Night, bez ograniczeń 🙂
Open post

ISLANDIA – pierwsze państwo na liście NowejPasji.pl

Misję przemierzania świata pod szyldem NowejPasji.pl chciałem zacząć tylko w jednym miejscu. Od “szczytu” naszego globu, a dokładniej od najdalej wysuniętej na północ stolicy świata – Reykjawiku! Zresztą cały obszar Islandii choć nie równa się “arktycznością” z Grenlandią to jej południowe granice są bardziej wysunięte na północ aniżeli początki Grenlandii. Abstrahując zresztą od zależności geograficznych było to miejsce numer jeden ex aequo z Australią i Nową Zelandią, które chciałem odwiedzić. Zaczęliśmy więc na Islandii a dążyć będziemy do Nowej Zelandii, przez świat na wskroś 🙂 zwiedzając po drodze mnóstwo ciekawych miejsc.

Ale po kolei…..

Wylot miałem z lotniska Chopina w Warszawie do Keflaviku nieopodal Reykjaviku. Pierwsze wrażenie patrząc przez okno w samolocie przed lądowaniem – jestem na księżycu. Ogromne połacie wolnej przestrzeni pokrytej żwirem, kamieniami, mchem i trawą, inną niż nasza. Nieliczne drogi widziane z lotu ptaka były niemalże puste.

Po wylądowaniu tak pusto już wcale nie było. Lotnisko obsługiwało całkiem sporo lotów i pasażerów a droga z lotniska do centrum Keflaviku i dalej w stronę Reykjaviku całkiem ruchliwa. Zdając sobie sprawę z wysokich cen panujących na Islandii za transport oraz po długim locie pospiesznie ruszyłem pieszo kilka kilometrów do mojego pierwszego noclegu znajdującego się na krańcu Keflaviku, do hostelu Start. Już w trakcie mojej pierwszej pieszej wędrówki po Islandii doświadczyłem co to znaczy zmienna pogoda na Islandii. Słońce, wiatr i deszcz naprzemiennie, choć niezbyt uciążliwie, towarzyszyły mi w drodze. Tym sposobem utwardzonym poboczem ulicy i z widokami jak na powyższym zdjęciu doszedłem do hostelu. Hostel całkiem przyjemny, jak na Islandię niedrogi. Dużym plusem było dobre śniadanie i całodobowa świetnie wyposażona kuchnia dla gości. Samo miasteczko też przyjemne z fajnym wybrzeżem. Przy dobrej pogodzie widać piękne, zaśnieżone góry z oddali za wodami oraz część Reykjaviku.

skaliste wybrzeże Keflaviku
płaskie wybrzeże Keflaviku

Do Reykjawiku musiałem skorzystać już z busa, które są strasznie drogie na Islandii i w wersji taniej wyniosło mnie to około 100 zł za przejechane 40 kilometrów. Na szczęście w stolicy Islandii nie musiałem płacić za równie drogie noclegi bo przygarnęli mnie i ugościli dawni znajomi. W samym mieście czułem się nadzwyczaj swobodnie zważając, że jest to najdalej wysunięta na północ stolica świata na krańcu naszego kontynentu. Reykjawik okazał się w miarę normalną, europejską stolicą z kilkoma fajnymi miejscami. Była tam super nowoczesna sala koncertowa – Harpa, promenada z pięknym widokiem na zaśnieżone góry, kościół Hallgrímskirkja o niezwykłej konstrukcji i z tarasem widokowym na miasto i okolice a także Ratusz miejski ciekawie usytuowany przy wodzie z pokaźną gromadą kaczek, gęsi i łabędzi dookoła. Nie jest to miasto bardzo obszerne i z ogromną ilością atrakcji także 2 dni na Reykjawik w zupełności wystarczą. Tu zapoznasz się tylko z przedsmakiem tego co będzie Cię czekać po za tą jedyną dużą aglomeracją w tym kraju.

Reykjavik z wieży Hallgrímskirkja

Mnie najbardziej interesował następny punkt wyprawy – wyszukane wcześniej w internecie i upatrzone od razu Hveragerdi. Małe miasteczko zlokalizowane niecałe 40 km od Reykjawiku, położone w dolinie z licznymi źródłami geotermalnymi dookoła i termalną rzeką na końcu jednej z górskich tras. Od razu zainteresowałem się tym miejscem i najważniejszy cel wyprawy wykrystalizował się samoistnie – przejście górskiego szlaku nad Hveragerdi do Reykjadalur między źródłami geotermalnymi i gorącą parą unoszącą się nad źródłami a na końcu zażycie kąpieli w termalnej rzece. Tym samym po powiedzmy sobie europejskim klimacie Reykjawiku nastał czas na prawdziwą i dziką naturę Islandii. Dojazd ze stolicy do Hveragerdi nie zajmuje dłużej niż godzinę aczkolwiek trzeba uważać bo jest to trasa przebiegająca przez góry i niekiedy zamykana z powodu złych warunków atmosferycznych do jazdy. W marcu kiedy ja byłem na Islandii droga ta była w stanie podwyższonego ryzyka jednak przejezdna. Po dotarciu na miejsce miasteczko samo w sobie może nie porywa pięknem. Wiele porzuconych , zniszczonych samochodów, dużo warsztatów samochodowych, kilka sklepów, kawiarni i domostw ze szklarniami. Nic nadzwyczajnego dopóki nie wejdzie się na ścieżkę prowadzącą do doliny pary i dalej do miejsca kąpieli w Reykjadalur.

To tutaj kilkaset metrów nad miasteczkiem Hveragerdi otwiera się przed nami prawdziwe piękno wspaniałej islandzkiej natury.

 

Kontrast śniegu, zieleni, wody, wodospadów, gorących źródeł, roślin, wyziewów wulkanicznych, dymu i słońca – obłędnie wspaniały. Dodatkowego smaczku dodawało to, że nie był to okres turystyczny co sprawiało, że po wyjściu z miasteczka w stronę termalnej rzeki częściej spotykałem miejscowe zwierzęta aniżeli jakichkolwiek ludzi.

Nieocenione widoki zaśnieżonych gór pomiędzy, którymi leniwie płyną ciepłe potoki, wodospady a na zboczach dymiące się termalne źródła i gejzery. Do tego zmienna aczkolwiek przeważnie słoneczna pogoda, w zasadzie brak turystów i niewielu tubylców. Trasa z Hveragerdi do Reykjadalur to zdecydowanie miejsce , w którym można się poczuć jak w innym świecie. Piękno natury, które ciężko opisać słowami, uwiecznić na zdjęciach też trudno w sposób odzwierciedlający rzeczywistość w 100%.

To piękno tak wielkie, że zwala na kolana swoim ciężarem 🙂 

 Zbliżając się do podnóża właściwego szlaku prowadzącego przez góry do kąpieliska geotermalnego zaczęły się pojawiać pojedyncze osoby, które do samego podnóża szlaku podjeżdżały samochodami tracąc tym samym niektóre możliwości obcowania z naturą jeszcze przed bezpośrednim szlakiem. Właściwy szlak jest już ogrodzony i zamknięty dla jakiegokolwiek ruchu kołowego. Trzeba przyznać, że na Islandii (przynajmniej tu) dba się o środowisko po prostu nie ingerując za bardzo w jego naturę, stąd mało znaków czy udoskonaleń dla turystów. Czysta natura. Początek szlaku z racji przepływających wzdłuż ścieżki gorących wód oraz licznych małych gejzerów i źródełek, roztapiających śnieg i odsłaniających roślinność, wyglądał tak:

a dalej nie jest wcale gorzej 🙂 czym wyżej się szło tym mniej było odkrytej przyrody a więcej śniegu, niekiedy duże zaspy i momentami brak wydeptanych ścieżek spowodowane cyklicznymi opadami śniegu i brakiem tłumów w tym okresie, co sprawiało, że jeszcze bardziej można było zaprzyjaźnić się z islandzką naturą. Co prawda nie mam porównania jak by wyglądał też szlak latem ale cieszyłem się, że jestem w tym miejscu akurat w okresie takiego kontrastu zimna i ciepła bo jest to raczej rzadko spotykane zjawisko w innych miejscach. Wyobraź sobie, że pośród wielkich, zaśnieżonych gór wiją się spiralne szlaki turystyczne a dookoła znajdują się dymiące gejzery oraz gorące źródła i strumyki roztapiające wzdłuż siebie zalegający śnieg. odsłaniając różnoraką roślinność. Obraz wszystkich pór roku w jednym miejscu i czasie 🙂 już wtedy cieszyłem się, że jestem tu w marcu, kiedy jest bardzo mało ludzi za to bardzo duża różnorodność otoczenia, co było właściwie najpiękniejszym zjawiskiem na tym szlaku. Różnorodność i niezwykłość tego miejsca. Idąc ciągle pod górę zaczęła roztaczać się coraz piękniejsza panorama podnóża gór, zaś droga po której szedłem zaczęła być coraz bardziej zasypana śniegiem. Czym było wyżej tym rzadziej spotykałem dymiące źródła aż do momentu całkowitego zatracenia ich z oczu.

Idąc nadal przed siebie i próbując nie zgubić ścieżki w coraz większych zaspach śniegu natrafiłem na wysuniętą skałę ze stromym spadem, pod którą przepływała w korycie gór rzeka napędzana przez niesamowicie zachwycający, skalisty wodospad. Miejsce to było na tyle zachwycające i prawdopodobnie najbardziej zjawiskowe jakie do tej pory widziałem, że w tym miejscu postanowiłem po raz pierwszy w podróży wyciągnąć specjalnie przygotowaną pod takie okazje koszulkę NowejPasji. Tak też wykonałem historyczne, pierwsze zdjęcie z logiem projektu, który mam nadzieję będzie mi towarzyszył w bardzo wielu równie inspirujących podróżach i wydarzeniach 🙂 widok był na tyle zapierający dech w piersiach w tym miejscu, że nie byłem w stanie odzwierciedlić tego na zdjęciu.
zdjęcie z dalszej perspektywy i innego aparatu wyszło trochę atrakcyjniej, lecz także jakoś nierealnie. Choć to miejsce “nierealne” trochę było 🙂

Tutaj zatem, na szlaku z doliny dymu do kąpieliska geotermalnego na obrzeżach Hveragerdi, oficjalnie po raz pierwszy zadebiutowała koszulka projektu “NowaPasja.pl” 🙂 a ten widok i to uczucie towarzyszące na tej skale było doprawdy nowe i pasjonujące 😛 w ten dzień widziałem tyle pięknych rzeczy i widoków, że nie jestem przekonany czy był to najlepszy widok ale na tamten moment na tyle piorunujący, że właśnie to miejsce wybrałem na narodziny projektu NowaPasja.pl 🙂 a to była dopiero mniej więcej połowa drogi do celu tego dnia czyli kąpieli w gorącej, naturalnej rzece w otoczeniu zaśnieżonych islandzkich gór. Czym bliżej celu tym więcej bieli a rzadziej spotykane gejzery robiły niesamowity dysonans na tle białych połaci śniegu. Taka biała pokrywa bywała czasami zdradliwa. Krok w bok od wytyczonej ścieżki i człowiek po pas zalega w śniegu. A ścieżkę ciężko było niekiedy odnaleźć. To wytyczało się własne 🙂

W dalszej części obszar HOT 100℃ z ostrzegającymi tabliczkami. Góry, pełno śniegu, temperatura powietrza bliska zeru, arktyczny klimat i ….. ostrzeżenie przed naturalnym wrzątkiem wydobywającym się z ziemi. Niezwykłe uczucie nienormalności 🙂

Stąd blisko już było do celu i tu napotkałem na kilka osób co trochę sprowadziło mnie z powrotem na ziemię po długiej, odosobnionej wędrówce po tym “nierealnym” miejscu 🙂
Gdy dochodziłem do głównej atrakcji i zarazem celu tej wyprawy – gorącego potoku górskiego, w którym można zażyć zasłużonego relaksu po wspinaczce, załamała się lekko pogoda i zaczął po chwili padać grad . Co sprawiło kolejny fantastyczny kontrast bo oprócz kąpieli w ciepłym ponad 30 stopniowym kamienistym, górskim potoku pośrodku zaśnieżonych gór i zerowej temperatury, bonusem otrzymałem topiący się w strumieniu grad 🙂 po raz kolejny to miejsce zapewniło mi wspaniałego kontrastu.

Tutaj też ponownie doceniłem fakt, że jestem tu zimą. Nie jestem sobie w stanie nawet wyobrazić lepszej pory roku na taką kąpiel w naturalnej, górskiej termie niż przy padającym gradzie, niskiej temperaturze i w zasadzie mając to na wyłączność. Niczym nieskrępowany w samych kąpielówkach (przy okazji cenna rada aby zimą na Islandię zabierać kąpielówki bo to kraj niekonwencjonalny) relaksowałem się i odpoczywałem przed powrotem. Sama miejscówka nie jest aż tak bardzo urokliwa jak sceneria na szlaku, jednak możliwość wzięcia kąpieli pod szczytem gór w takich warunkach robi swoje. Cel został zatem osiągnięty i trzeba było się zacząć zbierać z powrotem. W tym momencie zrobiło się trochę mniej przyjemnie gdyż różnica pomiędzy temperaturą wody a powietrza wynosiła ponad 3o℃ a moje rzeczy zostały przysypane padającym gradem. Szybka akcja pt. ubrać się i lecimy dalej. W drodze powrotnej, która przebiegała w większości tę samą trasą towarzyszyła mi kominiarka i dodatkowe ubranie gdyż po zażytej kąpieli góry wydawały się o wiele mroźniejsze a i dymu było coraz więcej, który w zapachu nie był jakoś wyjątkowo przyjemny 🙂

Czas było wracać i poszukać swojego hotelu. A ciężko było sprecyzować ile to zajmie czasu a pogoda zaczynała być niepewna. Szlak górski ma ponad 3 km długości a dojście od podnóża szlaku do miasteczka kolejne 4-5 km, przynajmniej teoretycznie. To jednak nie odzwierciedla się za bardzo w czasie gdy człowieka wszystko dookoła zaskakuje i zadziwia, czas wędrówki przyjemnie i błogo mija, zaś dzień się szybko kończy. Liczne przerwy przy cudach natury strasznie wydłużają taką przechadzkę. A zachwyt i zdumienie czekają na każdym kroku.

“not bad”
bulgoczące “piekiełko”

 

 

 

Takich zjawisk jest tam co niemiara. I człowiek nie chce z takiego miejsca wychodzić. Jednak ma w zanadrzu jeszcze kilka dni, w których wie, że nudno nie będzie. Tym sposobem dziarskim krokiem w pełni usatysfakcjonowany wracałem do miasteczka.

 

 

 

 

Po drodze pomiędzy miasteczkiem Hveragerdi a szlakiem do kąpieliska termalnego jest usytuowane boisko piłkarskie i hala rekreacyjna. Niesamowicie ciekawe miejsce na tego typu obiekty. Do ciekawostki sportowej można zaliczyć także fakt, że na Islandii nie spotyka się wielu biegaczy a na szlaku górskim do Reykjadalur jako jedną z nielicznych osób spotkałem starszego Pana uprawiającego jogging na tym szlaku w krótkim ubraniu.

Po powrocie do miasteczka poszedłem do jedynej “galerii handlowej”, w której mieścił się najbardziej przystępny cenowo sklep z ogólnokrajowej sieci BONUS (ze świnką w logo) – coś na zasadzie odpowiednika naszej biedronki. Warte odnotowania jest także, że w tego typu sklepach za kasami stoją często darmowe ekspresy do kawy. Zaopatrzony w prowiant ruszyłem lekko za granice miasteczka, gdzie miałem zarezerwowany nocleg. Trzeba było iść wzdłuż drogi krajowej numer 1, oplatającej dookoła całą Islandię. Po drodze natrafiłem na znak informacyjny określający miejsce, które zrobiło dotychczas na mnie największe wrażenie za całokształt atrakcji.

#najlepsze

Wspomniany hotel Eldhestar okazał się klimatyczną noclegownią dla pasjonatów koni. Jest zbudowany w kształcie i klimacie ekskluzywnej, rozbudowanej stajni. Każdy pokój nosi nazwę, któregoś z koni z tej stajni wraz z przedstawioną charakterystyką. Pokoje mają wyjścia na tarasy/ogródki. Dodatkowo wspólna HOT TUBA z 42 stopniową wodą nie robiąca już jednak takiego wrażenia po skorzystaniu z jej naturalnego odpowiednika w górach.

Następnego dnia krótsza wyprawa w góry z innej strony ale również owocna w doznania. Tutaj już bez celu wędrówki, szedłem tam gdzie coś się działo, a dokładniej mówiąc dymiło 🙂

za tymi górami jest droga powrotna do Reykjawiku, zatem mega zadowolony wracam do stolicy Islandii

Miałem w stolicy jeszcze jeden dzień na zwiedzanie przed wylotem i przy lepszej pogodzie niż za pierwszym razem niespodziewanie dostrzegłem o wiele więcej wartości w tym mieście niż poprzednio. Będąc na Islandii nie zwraca się większej uwagi na budynki, choć i te są ciekawe (np. Hallgrímskirkja i Harpa). Islandia to kraj wielkiego kontrastu i przepięknej natury i raczej na tym się skupiają podróżni. W Reykjaviku najbardziej urzekła mnie zadbana promenada przy wybrzeżu z widokiem na czystą wodę i zaśnieżone, piękne góry.

Na pożegnanie ze stolicą Islandii natknąłem się jeszcze na inspirujący mural z przesłaniem
Generalnie jak można zauważyć nawet na zdjęciach Islandia to wielkie zróżnicowanie terenu, roślinności, pogody i architektury. Dzięki czemu ten kraj jest tak wspaniały i nieobliczalny.
To miejsce, na które trzeba poświecić na pewno więcej czasu niż niecały tydzień jak w moim przypadku. Starczyło to jednak do zwariowania na punkcie tej wyspy i postanowienia o powrocie na nią w przyszłości.

moc 🙂 ostatnie chwile przed wylotem

Posts navigation

1 2