Open post

KORONA POLSKICH PÓŁMARATONÓW 2017

Jednym z głównych celów sportowych, w tym roku kalendarzowym, było dla mnie ukończenie i co za tym idzie zdobycie korony polskich półmaratonów. Nadszedł czas na rozliczenie się z tego celu. Samo zdobycie korony nie wydawało mi się specjalnie ciężkie, nawet jak na mój mały staż biegowy, dlatego postanowiłem “utrudnić” sobie zadanie i narzucić własne limity czasowe na poszczególne biegi. W każdym biegu chciałem złamać 1:45 (1 godzina i 45 minut) czasu netto, jednocześnie trzymając tempo poniżej 5 minut na km. Aby wywalczyć koronę polskich półmaratonów należy ukończyć minimum 5 biegów z 10 zaliczających się do korony. Moje wybrane biegi to:

1. PÓŁMARATON GDYNIA, 19.03.2017 – czas netto 1:44:17

Pierwszy w ramach korony półmaraton, który biegłem z doskoku. Marzec to miesiąc, w którym działo się u mnie najwięcej ciekawych rzeczy. Półmaraton w Gdyni przypadał na weekend, w którym wracałem do Polski (dokładnie do Gdańska) z Islandii a 2 dni później miałem samolot do Paryża (również z Gdańska). Nadarzyła się okazja zgrania półmaratonu nad morzem z podróżami to chętnie z tego skorzystałem. Sam bieg był dla mnie dosyć ciężki ponieważ byłem słabo przygotowany biegowo oraz mocno zmęczony zwiedzaniem Islandii. W Gdyni uratował mnie chyba tylko oszałamiający doping dzieciaków z różnych szkół, którzy to rywalizowali ze sobą o najgłośniejszy doping dla biegaczy i najlepszą strefę kibica. Po za tym trasa w Gdyni przebiegała przez centrum miasta, co przyciągało sporo innych kibiców a także było fajną atrakcją dla nas – biegaczy. Najlepiej wspominam start i metę na Skwerze Kościuszki, reprezentacyjną ulicę Świętojańską oraz Bulwar Nadmorski na ostatnich kilometrach trasy. Ostatecznie udało się złamać 1:45 netto, choć była to walka o każdą sekundę 🙂

Tutaj rozpoczęła się moja przygoda z koroną polskich półmaratonów 🙂

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

2. PÓŁMARATON POZNAŃ, 26.03.2017 – czas netto 1:44:08

w blasku mety 🙂

Nie mniejsze zawirowania były w Poznaniu. Wróciłem co prawda do swojego miasta i domu, ale był to powrót chwilowy, po Paryżu a przed wypadem do Gruzji. Moje życie biegło wtedy trochę szybciej, a ja na poznańskim półmaratonie poprawiłem wynik sprzed tygodnia z Gdyni o całe 9 sekund 🙂 Trasa półmaratonu nie była dla mnie żadną niespodzianką, ponieważ znam to miasto od zawsze. Jednak to co zrobili organizatorzy na mecie przeszło wszystkie moje najśmielsze oczekiwania. Meta była zlokalizowana w jednej z dużych hal targowych na Międzynarodowych Targach Poznańskich z taką atmosferą jak nigdzie dotąd. Świetna oprawa muzyczna, świetlna, audiowizualna, a przede wszystkim długa prosta w tych warunkach przez całą halę do mety przy dopingu z trybun – to na pewno najbardziej zapamiętam z tego biegu.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

3. PÓŁMARATON GRODZISK WIELKOPOLSKI, 11.06.2017 – czas netto 1:42:46

To bieg, do którego mam największy sentyment i słabość, głównie za sprawą atmosfery w całym mieście w trakcie półmaratonu, samej organizacji imprezy oraz mojego debiutu w półmaratonie, właśnie w tym miejscu rok wcześniej. Czuć w tym mieście podniosłą atmosferę imprezy sportowej i wielu mieszkańców w sposób aktywny tworzy tę imprezę i klimat. Bardzo wiele rodzin, w trakcie biegu wychodzi przed swoje bloki albo domy, żywiołowo kibicując biegaczom. Dodatkowo ciepłej, społecznej atmosferze tej imprezy na ogół towarzyszy ogromny upał, w którego zwalczaniu pomagają też często właśnie sami mieszkańcy racząc biegaczy autorskimi natryskami wodnymi. jednym słowem wielka, biegowa rodzina 🙂 W Grodzisku biegnie się dwie pętle, ale naprawdę to w niczym nie przeszkadza bo przez niektóre miejsca chce się przebiegać kilka razy 🙂 ja swój wynik na tym terenie sprzed roku poprawiłem o ponad 10 minut.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

4. NOCNY PÓŁMARATON WROCŁAW, 17.06.2017, czas netto 1:43:00

To kolejny wyjątkowy bieg w ramach korony półmaratonów a to głównie za sprawą godziny startu. Półmaraton ten bowiem startuje o 22 godzinie. Biegnąc przez centrum wielkiego i oświetlonego Wrocławia przebiega się blisko głównego rynku, zabytkowego dworca czy chociażby przez niejeden malowniczy most. Dodatkowego klimatu nadawał motyw przewodni biegu, którym była muzyka filmowa, towarzysząca nam w trakcie biegu. Fajnym przeżyciem był także finisz na Stadionie Olimpijskim przed północą. Ponad programowo skorzystałem też z darmowego noclegu w ramach nocnego półmaratonu z innymi biegaczami, dzięki czemu przedłużyliśmy trochę biegową ucztę 🙂

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

5. PÓŁMARATON GNIEZNO, 17.09.2017, czas netto 1:38:49

W końcu nadszedł czas na sfinalizowanie korony półmaratonów w Gnieźnie na 40 – jubileuszowym Biegu Lechitów. Trasa biegu zaplanowana o tyle ciekawie, że przebiegała z Ostrowa Lednickiego pod samą gnieźnieńską Katedrę. Był to też pierwszy półmaraton, w którym przez cały bieg czułem moc. Co prawda trenowałem przed biegiem same krótkie dystanse, interwały, podbiegi itd., zapominając trochę o normalnym wybieganiu, ale efekty mówią same za siebie. Był to bieg, w którym dystans półmaratoński pokonałem w najlepszym stylu, z rezerwami sił a przy tym pobijając swoją życiówkę na półmaratonie o 4 minuty! To daje nadzieję na następne biegowe wyzwania. Generalnie ten bieg uważam, za najlepiej rozegrany przez siebie bez podziału na dystanse. Co by było ciekawiej moje pierwsze 10 km przebiegnięte w ramach tego półmaratonu jest moją oficjalną życiówką na 10 km (46:48) 🙂 wzięło się to raczej z braku biegania przeze mnie 10 km na zawodach (nie przepadam za tym dystansem), jednak mimo to kilka takich biegów ukończyłem z czasami gorszymi niż ten odcinek w półmaratonie gnieźnieńskim. Stwierdziłem jednak, że trzeba coś z tym zrobić i 11 listopada na Biegu Niepodległości na 10 km w Poznaniu spróbuję wybiegać adekwatną do formy życiówkę.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Open post

ROWEROWE SZALEŃSTWO 2017

Rok 2017 to dla mnie spore zmiany, wyzwania i nowości. Nie inaczej w tej kwestii jest także w aspekcie rowerowym. Od zawsze pasjonował mnie rower. Połączenie aktywności fizycznej z podróżowaniem – czy jest coś fajniejszego na spędzanie wolnego czasu? nie sądzę 🙂 jednak jak dłużej się nad tym zastanowiłem to mimo wielkiego upodobania do tego sportu, jakiś spektakularnych podróży rowerowych dotąd nie zaliczałem. W zasadzie do tej pory najdalszy pokonany przeze mnie odcinek na rowerze to trasa Poznań – Częstochowa, kiedy to dwa lata temu podpiąłem się pod lokalnie organizowaną pielgrzymkę rowerową, właśnie na Jasną Górę. Z tego co pamiętam wyszło wtedy trochę ponad 300 km zrobione w 4 dni. Tempo i odległość nie były co prawda zawrotne ale za to przyjemność z jazdy już jak najbardziej. To był pierwszy zalążek nowych, rowerowych pomysłów w głowie. Po tej przygodzie kilometry się kręciło mniej lub więcej, jednak wciąż bez dłuższej wyprawy lub startu w zawodach. Na początku tego roku postanowiłem, że trzeba w końcu zaliczyć jakieś zawody i spróbować swoich sił w prawdziwym wyścigu. Lubię mocne akcenty dlatego wybór mógł być tylko jeden – 120 km w Skoda Bike Challenge. Wyścig ten zaplanowano na 10 września, a mniej więcej w połowie sierpnia doszło do mnie, że zaabsorbowany ostatnio bieganiem i robieniem korony półmaratonów, kompletnie zbagatelizowałem rower. Narodził się zatem w głowie błyskawiczny i spontaniczny pomysł aby wyskoczyć na szybki “obóz przygotowawczy” przed zawodami i po drodze zwiedzić kawałek Polski z perspektywy roweru. Spojrzałem na mapę i stwierdziłem, że przejechanie polskiego wybrzeża w 2 dni będzie stanowiło całkiem przyzwoite wyzwanie i dobry trening. W taki oto sposób narodziły się moje dwa rowerowe cele na 2017 rok, czyli przejechać: polskie wybrzeże rowerem w 2 dni oraz 120 km Skoda Bike Challenge poniżej 4 godzin (limit ustaliłem i nałożyłem na siebie uznaniowo).

POLSKIE WYBRZEŻE ROWEREM
Podróż pierwotnie zaplanowałem spod samej granicy z Niemcami w Świnoujściu po sam Hel z jednym noclegiem w okolicach Ustki. Los miał jednak inne plany. Nieoczekiwane rzeczy zaczęły dziać się już w Poznaniu. Wybierając się jedynie na kilka dni na rower i nie mając rowerowego bagażnika, stwierdziłem, że przez tak krótki okres czasu dam radę jeździć z dawno nieużywanym, dużym plecakiem na plecach oraz z ciekawości przetestuję jak się jeździ z ciężarem. Szybko ten pomysł okazał się marny ponieważ jeszcze przed samym wyjazdem na dworcu w Poznaniu, plecak postanowił się solidnie rozedrzeć. Nie zrażony jednak tym wsiadłem do pociągu i próbowałem odratować plecak. Defekt okazał się jednak na tyle poważny, że trzeba było pożegnać się z plecakiem a wszystkie rzeczy przepakować do reklamówek, które na szczęście w zanadrzu miałem. Tym samym jeszcze nie dojechałem na start swojej podróży a już nie miałem ani bagażnika, ani sakw, ani plecaka na rzeczy. Po drodze pociąg złapał jeszcze godzinne opóźnienie i sytuacja zaczynała stawać się niewesoła. Zbliżało się południe a do przejechania około 200 kilometrów rowerem. W zaistniałych okolicznościach zrezygnowałem ze startu spod samej granicy ze Świnoujścia, szczególnie, że kolejne cenne minuty zabrałaby mi przeprawa promowa. Wysiadłem zatem stację wcześniej w Międzyzdrojach i pospieszyłem do centrum na zakupy nowego, dużego i mocnego plecaka – co nie okazało się wcale zadaniem łatwym. Międzyzdroje i okolice przywitały mnie dodatkowo deszczem i silnym wiatrem. Nie tak miał wyglądać początek tej krótkiej, ale intensywnej wyprawy, jednak rozwiązując szereg napotkanych problemów wreszcie ruszyłem w kierunku Helu na wschód. Przez dużą część trasy jechałem międzynarodowym szlakiem rowerowym dookoła Bałtyku R-10. Trasa ta momentami pozostawia wiele do życzenia, nie jest zbyt szybka, a i przekraczanie tą drogą głównych ulic największych polskich kurortów wypoczynkowych nad morzem, nie sprzyjało szybkiej jeździe. Mimo to trasę uważam za dosyć przyjemną i urozmaiconą, choć niekiedy z niej zjeżdżałem i wybierałem drogi alternatywne. Finalnie pierwszy dzień po wszystkich komplikacjach i modyfikacjach zakończyłem w Koszalinie, przemierzając w tym dniu około 160 km.

W drugi dzień wyprawy trzeba było nadrobić stracony czas i kilometraż z dnia poprzedniego, dojeżdżając z Koszalina na samą Mierzeję Helską. W ten dzień niespodzianek było jeszcze więcej. Tego dnia przechodziłem prawdziwą drogę z piekła do nieba 🙂 Tuż po wyruszeniu z Koszalina na szybkim zjeździe za miastem wpadła mi pomiędzy oko a okulary pszczoła (być może osa) i nie mogąc się wydostać z kleszczy postanowiła mnie użądlić przy samym oku. Chwilę ta nierówna walka trwała bo zjeżdżając akurat z szybkiej i ruchliwej drogi nie miałem wiele manewrów do wykonania, by uwolnić insekta a przede wszystkim własne oko od gorszych konsekwencji. Tym samym oko było mocno podrażnione, a okolice oka systematycznie puchły. Trochę tę zmianę obrazują zdjęcia sprzed incydentu w Mielnie i niedługo po incydencie w Ustce.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

W każdym razie miałem przed sobą wyznaczony cel i nie zważając na kolejne przeciwności ruszyłem dalej. Kolejne przeboje zaczęły się na obrzeżach Słowińskiego Parku Narodowego, gdzie to na moim szlaku wynurzyły się bagna i mokradła. Przez pewien czas sytuację ratowały specjalne drewniane pomosty, jednak po kilku kilometrach one się skończyły a bagna nie. Szkoda mi było wracać z powrotem, szczególnie, że nie widziałem wtedy żadnej pewnej i lepszej drogi alternatywnej. Tak więc zapewniłem sobie przez kilka kilometrów Runmageddon z rowerem pod pachą. Przygoda nawet interesująca, aczkolwiek czasochłonna. Generalnie na tej wyprawie czas nie był moim sprzymierzeńcem 🙂 Po ogarnięciu takiego grzęzawiska, docenia się podwójnie byle jaką, ale utwardzoną drogę. Po względnym doprowadzeniu się do ładu ruszyłem sprawnie do przodu. Jedynie moja dolna część garderoby pozostawiała trochę do życzenia 🙂

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Słowiński Park Narodowy miał też swoją pozytywniejszą stronę: suchą, ładną i przyjemną. Szczególnie klimatyczny jest płatny odcinek (6 zł) Parku z szerokimi ścieżkami i ciekawą przyrodą dookoła.

 

Do celu brakowało jeszcze około 100 km a było już późne popołudnie. Postanowiłem wtedy, że zjeżdżam z trasy rowerowej wzdłuż morza, która mimo, że malownicza była po prostu wolna i z licznymi przeszkodami na trasie. W zasadzie napotkałem tam każdy typ nawierzchni: bagna, błoto, piach, asfalt, płyty betonowe, kostka, szuter, itd. Przełączyłem GPS na wersję samochodową i nie ma co ukrywać, że dopiero wtedy zaczęła się porządna jazda. Normalny asfalt, brak przeszkód na drodze, mały ruch samochodowy, pola – tak wyglądały moje ostatnie kilometry przed Półwyspem Helskim. Wtedy powrócił jedynie problem zabierania ze sobą na rower plecaka, gdyż po kilkuset przejechanych kilometrach, zaczęły dosłownie drętwieć ręce. Co prawda wiedziałem o takiej ewentualności, ale myślałem, że te 2 dni nie wyrządzą specjalnej krzywdy. Trochę z tym problemów później było. Moim zdaniem jednak spowodowane to było czasem jaki traciłem na pokonywaniu przeszkód pieszo a po drugie najgorszą utwardzoną nawierzchnią, czyli tzw. “tarką” ubitą np. ze starych płyt betonowych albo starej kostki. Plecak nie był ciężki ale długość i sposób noszenia robiły swoje. Do Władysławowa, czyli na początek półwyspu zajechałem już po ciemku skąd ścieżką rowerową dojechałem do Jastarni, gdzie miałem załatwiony nocleg. Nocleg, który okazał się największą i najprzyjemniejszą niespodzianką tego dnia. Był to nocleg załatwiony w ramach Couchsurfingu i okazało się, że moim zakwaterowaniem będzie domek ratowników na samej plaży! Co więcej trafiłem akurat na urodziny jednego z ratowników i całkiem sporą imprezę urodzinową a także załapałem się na nocną przejażdżkę quadem po plaży. Warto było tego dnia przebyć około 260 km rowerem (i trochę pieszo) chociażby dla tego 🙂 To był jeden z intensywniejszych dni w tym roku ale też dający mnóstwo radości z pokonania wielu trudności, przełamania kolejnych barier i świetnego zakończenia dnia. Właściwie przyjechałem tam tak późno i było już tak ciemno, że w zasadzie dopiero rano mogłem w pełni zobaczyć, gdzie nocowałem a wyglądało to mniej więcej tak:

najlepszy hotel ever 🙂 20 metrów do morza 🙂

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Trzeci dzień to tylko formalność i dotarcie na sam koniec Helu, powrót do Jastarni i podjechanie do Gdyni, skąd miałem kolejnego dnia pociąg do Poznania.

Podsumowanie mojej trasy, uwzględniające wszystkie zachodzące zmiany, wygląda następująco:
1 dzień – 160 km z Międzyzdrojów do Koszalina
2 dzień – 260 km z Koszalina do Jastarni
3 dzień – 100 km z Jastarni na Hel i z powrotem + z Jastarni do Gdyni
finalnie wyszło na liczniku 520 km w 3 dni z Międzyzdrojów do Gdyni przez Hel 🙂

Co ciekawe w trakcie tej podróży oraz po przebyciu całej trasy nie miałem żadnych problemów z nogami. Na dowód tego przed odjazdem do Poznania zdążyłem jeszcze przebiec ParkRun Gdynia na Bulwarze Nadmorskim 🙂 Kłopot natomiast był z częściami ciała, po których bym się nie spodziewał takich problemów po wycieczce rowerowej. Były to problemy wspomniane wcześniej i dosyć niespodziewane: przez około tydzień z okiem (po użądleniu) a także co bardziej mnie martwiło, pewien niedowład w prawej ręce od plecaka i nacisku na kierownicę. Było to o tyle niezręczne, że np. nie byłem w stanie przez parę dni przekręcać kluczyka w stacyjce w aucie i musiałem to robić lewą ręką.

Nasze pasje wymagają czasami od nas poświęceń i determinacji a ta historia jest tego potwierdzeniem. W tak krótkiej podróży działo się tyle niekorzystnych rzeczy ale cel finalnie został osiągnięty, satysfakcja wielka, umysł otwarty na nowe rzeczy, wyjątkowe wspomnienia z Jastarni oraz nowe doświadczenia – chociażby takie, że okulary rowerowe i sakwy są mega pomocne w turystyce rowerowej 🙂

“Nie było łatwo ale było warto!”

To samo zresztą mogę powiedzieć o moich docelowych i pierwszych w życiu zawodach rowerowych, czyli 120 km w Skoda Bike Challenge. Zmotywowany przygotowaniami i pewny swojego roweru stanąłem jako debiutant na linii startu wyścigu kolarskiego z założeniem, że powinienem ten dystans pokonać w mniej niż 4 godziny. Wydawało mi się, że wycieczka nad polskie morze sporo mnie nauczyła i tym razem nic mnie nie powinno zaskoczyć. Wszystkich za to negatywnie zaskoczyła deszczowa pogoda w dzień zawodów i od samego początku imprezy pojawiały się opóźnienia. Nasz najdłuższy dystans (120 km) jako ten królewski był zaplanowany na sam koniec. Przedtem odbywały się krótsze wyścigi dla dzieci, dorosłych oraz mieszane, w tym na 18 km i 50 km. Z tego powodu, że nasz dystans był wypuszczany ostatni, miał także największe opóźnienie, sięgające dwóch godzin. Mało przyjemne było stanie na deszczu i w zimnie przed startem, jednak dla mnie wcale nie to okazało się najgorsze. Największym błędem okazało się to, że nie wziąłem ze sobą nic do jedzenia! Miałem ze sobą duży bidon i mały plecaczek, w którym miałem zapasową dętkę i podstawowe narzędzia w razie ewentualnej awarii. Liczyłem na to, że porządne śniadanie przed wyścigiem starczy na te około 4 godziny wyścigu. Sprawy się potoczyły jednak tak, że zjadłem ostatni posiłek ponad godzinę przed planowanym startem, który w rzeczywistości odbył się dwie godziny później. Tym samym 3 godziny mijały od ostatniego posiłku a my jeszcze nie wystartowaliśmy. Czułem się dobrze, więc nie podejrzewałem, żadnych kłopotów. Taki stan towarzyszył mi gdzieś do połowy dystansu, czyli 60 km w okolicach Kłecka, gdzie była nawrotka na Poznań. Do tego czasu wszystko szło zgodnie z planem – tempo powyżej 30 km/h, zero problemów. Jechało mi się na tyle luźno i przyjemnie, że ucinałem sobie nawet pogawędki z innymi kolarzami na trasie. Z ciekawości sprawdziłem też czas na dystansie maratońskim. Na 42 km – mój czas wynosił 1 godzina i 15 minut. Na 60 km (półmetku) miałem oficjalnie 1 godzinę i 58 minut. Wszystko szło do tego momentu nadzwyczaj dobrze dla mnie. Z innymi bywało różnie bo niestety zdarzały się przed nami mniej i bardziej poważne kraksy i awarie. Całkiem sporo szybszych osób na tej śliskiej i mokrej nawierzchni nie wyrabiało zakrętów i raz po raz mijałem ich, stojących i czekających na pomoc. Ja swoją “awarię” zaliczyłem gdzieś na 65 kilometrze. Pamiętam, że jechała za mną spora, zorganizowana grupa i ktoś z nich krzyknął “wracamy do Poznania” – to było właśnie miejsce nawrotki na Poznań. Oni ruszyli jakby trochę szybciej a ja kompletnie opadałem z sił. Co ciekawe znowu problem nie leżał w nogach, które pracowały bez zarzutu. Tym razem miałem odczucie ‘niepracującej głowy’ spowodowane brakiem energii (dokładnie przypuszczam, że glukozy). Było to już grubo ponad 5 godzin od zjedzenia czegokolwiek i 2 godziny intensywnego wysiłku. Takiej “ściany”, “zapaści” czy jakkolwiek to nazwać nie miałem nigdy w życiu, nawet na przebiegniętym bez większego przygotowania maratonie. Ogromną różnicą było jednak to, że na maratonie co kilka kilometrów są stoiska z jedzeniem i piciem a na tym wyścigu takowe były tylko dwa i to ze samą wodą: przed półmetkiem oraz na 100 kilometrze. Wolą walki tylko i wyłącznie chciałem dojechać do tego punktu na setnym kilometrze z nadzieją, że znajdzie się tam coś do zjedzenia. Do tego miejsca straciłem tempo, które spadło grubo poniżej 30 km/h i zmarnowałem szansę na złamanie założonych 4 godzin. Śmieszy mnie teraz trochę fakt, że dopiero w takim stanie jechałem zgodnie z deklarowaną przeze mnie prędkością przy zapisach, czyli 25 km/h. Sam do teraz nie wiem dlaczego podałem taką prędkość przy zapisach, ale na tamte, kryzysowe momenty nawet ta prędkość była dla mnie trudna do utrzymania. Na całe szczęście dojechałem do punktu na 100 kilometrze i ku mojej uciesze znalazło się tam jabłko i drożdżówka, po których wróciły moce i sprawność umysłu. Na ostatnich 20 kilometrach wróciłem do prędkości powyżej 30km/h, nadrabiając trochę straty. Ostateczny mój wynik na trasie, która według mojego licznika wynosiła 122 km, to 4 godziny, 31 minut i 59 sekund. Dało to średnią prędkość na poziomie 27 km/h. Przed zawodami nie było nawet mowy o tak słabym czasie, jednak uwzględniając mój największy sportowy kryzys na trasie, byłem zadowolony po prostu z dojechania do mety 🙂 i gratuluję każdemu kto tego dokonał bowiem z informacji, płynących z oficjalnego fanpage’a wyścigu doszły mnie słuchy, że z różnych powodów na metę dojechało tylko 3/4 startujących na tym dystansie zawodników.

Open post

Wings For Life 2017

Wings For Life, czyli ogólnoświatowy cykl nietypowych biegów, w których Ty nie dobiegasz do mety bo meta “dobiega” do Ciebie 🙂
Brzmi bardzo intrygująco i tak też jest. Niezwykłość tej imprezy polega przede wszystkim na braku klasycznej linii mety, co skutkuje brakiem jakichkolwiek nałożonych granic ale też niepewnością biegaczy gdzie i kiedy ukończą swój bieg. To z kolei zależy od nich samych ale także od mobilnej mety, którą jest samochód pościgowy.

Jest to przede wszystkim bieg charytatywny o zasięgu globalnym z ponad 20 lokalizacjami na całym świecie, w których dokładnie w tym samym czasie rusza ta niepowtarzalna impreza. W Polsce wydarzenie to ma swój start na poznańskiej Malcie. W tym roku startowaliśmy o 13:00 czasu polskiego (11:00 UTC). Oznacza to jednak, że biegacze z dalszych lokalizacji zaczynali bieg w nocy, nad ranem bądź późnym wieczorem. Wszystko to dla korespondencyjnej rywalizacji zawodników w różnych częściach świata. 100% wpisowego przeznaczane jest na badania nad urazami rdzenia kręgowego. Słuszne jest wobec tego promowane hasło tej imprezy, że biegniemy dla tych, którzy nie mogą.

Każdy uczestnik po za zadowoleniem ze wsparcia tej szczytnej idei znajdzie też wiele atrakcji dla siebie. W końcu jest to jedyny bieg na całym świecie na taką skalę, w którym nie ma przed nikim wytyczonej mety. Meta, którą jest wspomniany samochód pościgowy rusza dopiero 30 minut po starcie zawodników i zaczyna jednostajnym tempem 15km/h gonić zawodników, po pewnych okresach czasu nieznacznie przyspieszając i jadąc cyklicznie narastającym tempem aż do 35 km/h. Dodatkową frajdą w poznańskiej edycji było prowadzenie tego samochodu przez Adama Małysza. Zatem wszyscy zgodnie uciekaliśmy przed ikoną polskiego sportu. Wszystkie biegi odbywają się w tym samym momencie dlatego świat może na bieżąco śledzić korespondencyjny pojedynek najlepszych biegaczy w różnych lokalizacjach. Wygrywa oczywiście ten, który najdłużej będzie uciekać przed metą, czyli też de facto najdalej pobiegnie w określonym czasie. Kalkulację taką można sporządzić na podstawie specjalnego kalkulatora biegowego Wings For Life, który uwzględniając wszystkie czynniki pościgu samochodu-mety i naszych założeń biegowych obliczy nam prognozowany czas ucieczki przed samochodem a co za tym idzie także przebiegnięty dystans. Są to oczywiście jedynie orientacyjne obliczenia pomagające w przygotowaniach do biegu i ustaleniu osobistego celu.

Mnie samochód pościgowy z Adamem Małyszem na pokładzie dogonił dokładnie na 22 kilometrze i 870 metrze za linią startu. Co zdecydowanie nie było szczytem moich marzeń. Nie mniej jednak biorąc pod uwagę dosyć trudną trasę z licznymi podbiegami za Poznaniem, to wynik jest do zaakceptowania. Dla porównania zwycięzca poznańskiego biegu Tomasz Walerowicz został złapany dopiero po 85 kilometrze a zwycięzca światowy – również Polak Bartosz Olszewski za 88 kilometrem! Co ciekawe nie był to zwycięzca oficjalny ponieważ w Dubaju brał udział zawodnik poruszający się na wózku inwalidzkim, na którym przejechał ponad 92 kilometry! tym samym oficjalnym, globalnym zwycięzcą biegu został uczestnik, który biegać nie może! Właśnie takie historie są niesamowicie inspirujące i ujmujące, że człowiek na wózku też może robić wielkie rzeczy wśród pełnosprawnych ludzi i jak widać z najlepszym skutkiem. Z drugiej strony wielu zarzuca, że to trochę inna dyscyplina sportowa. W mojej opinii to nie są jednak mistrzostwa świata aby w ten sposób na to patrzeć, tu gra jest o znacznie wyższe cele. Ideą jest w końcu łączenie sił a nie ich dzielenie i z takim nastawieniem w samym Poznaniu wystartowało niemalże 6 tysięcy biegaczy i osób na wózkach. Jest też opcja ściągnięcia aplikacji z wirtualnym samochodem pościgowym dla tych którzy nie mają możliwości stanąć na linii prawdziwego startu w tym wydarzeniu. Jednak to nie ta sama satysfakcja co bycie dopadniętym przez prawdziwą metę na trasie. Mój udział w biegu skończył się przed 23 kilometrem i trwał niecałe 2 godziny ale fantastyczna idea i oprawa takiego wydarzenia sprawia, że myśli się już o następnych edycjach i być może innej lokalizacji a możliwości jest sporo 🙂

 

 

Open post

BIEG NA SZCZYT, czyli rozpoczynamy projekt NowaPasja.pl

Do niedawna na “szczyty” patrzyłem lekko z przymrużeniem oka. Jak na coś nieosiągalnego, wykraczającego po za moje możliwości, zarezerwowanego dla elit w swoich branżach.
Jakby się jednak bliżej przyjrzeć temu zagadnieniu “szczytami”, czyli celami dla każdego będzie coś innego w różnych dziedzinach życia, na innych poziomach zaawansowania oraz innym sposobie i czasie realizacji tych celów. Na swój sposób to nawet piękne, że mimo, że niekiedy dążymy do tego samego szczytu obieramy inne drogi, metody czy okresy, które w zamyśle mają ziścić nasze wspólne plany. Każdy ma przecież trochę inne możliwości, uwarunkowania czy ambicje. Ważne jednak aby ciągle kroczyć, iść, biec ku swoim własnym szczytom. Zdobywać je, przechodzić poziom wyżej i szukać kolejnych celów. Na tym blogu nie będziemy spoczywać na laurach. Będziemy za to ciągle inspirować się własnymi doświadczeniami, przemyśleniami i wiedzą. To fundamentalna istota NowejPasji.pl aby poszukującym swojej drogi pomóc ją odnaleźć a zdobywców wspierać w wyznaczaniu nowych celów. Tym samym pierwszy wybór padł na niekonwencjonalny bieg bo wyścig po dokładnie 836 schodach, w wieżowcu Rondo 1 w Warszawie, o wdzięcznie brzmiącej nazwie “Bieg na szczyt”. Uważam, że były to na tyle ciekawe zawody z motywującym hasłem aby od nich rozpocząć projekt NowaPasja.pl. Mimo, że zawody te odbywały się 6 miesięcy temu uznałem, że była to pierwsza ciekawsza i warta odnotowania rzecz, która spotkała mnie w czasie, w którym zacząłem poważnie myśleć nad założeniem tego bloga. Tak więc cofamy się do 11 marca 2017 roku, dnia, w którym rozpocząłem wbiegać na swój pierwszy “szczyt” 🙂

W zeszłym roku co prawda już startowałem w podobnych zawodach w Poznaniu, kiedy to w wieżowcu Collegium Altum pokonałem 17 pięter w 2 minuty i 9 sekund, niemniej jednak nie myślałem wtedy jeszcze na poważnie o blogowaniu o takich wydarzeniach, choć już wtedy zauważyłem, że niektórych zaskakiwały tego typu imprezy.

W Warszawie 11 marca czekała na mnie jednak o wiele trudniejsza przeprawa gdyż do pokonania było 38 pięter o łącznej liczbie 836 schodów. To impreza, która przyciąga sporą liczbę osób z Polski i spoza naszych granic, w tym największą światową elitę biegów po schodach, tym samym szybko wypełniając limit zapisów. Pierwszym wyzwaniem było już zatem skuteczne zapisanie się na sam bieg. Limit 500 uczestników został osiągnięty już po 12 godzinach od otwarcia zapisów. Jak widać szybkim trzeba być niekiedy nie tylko na zawodach, ale i (przede wszystkim) przed nimi jeśli chce się wziąć w nich udział 🙂 to oczywiście dotyczy także innych pożądanych przez zawodników biegów. Ten bieg cieszy się jednak szczególnym uznaniem gdyż równo rok wcześniej były tu organizowane mistrzostwa Europy w bieganiu po schodach, które wygrał Niemiec Christian Riedl, przed naszym rodakiem i etatowym mistrzem świata Piotrem Łobodzińskim. Mimo, że tegoroczne zawody nie miały rangi mistrzowskiej oby dwóch Panów ponownie można było spotkać na tej imprezie, tak samo jak pozostałą elitę zawodników tego sportu. Warte odnotowania są także wyścigi strażaków w pełnym umundurowaniu i wyposażeniu w ramach tej imprezy. Za co podwójne uznanie!

Ja bez zbędnego balastu przystępowałem do zawodów po godzinie 19, co zresztą było zamierzonym ukłonem organizatorów dla zawodników aby Ci po ukończonym biegu mogli spojrzeć na oświetloną Warszawę wieczorem z jednego z najwyższych budynków w mieście. Starty odbywały się indywidualnie w przerwach 15 sekundowych po sobie, żeby nie zapychać nadmiernie klatki schodowej i nie przeszkadzać sobie wzajemnie. Dystans 38 pięter w górę po schodach okazał się biegiem krótkim i intensywnym ale w którym trzeba rozsądniej rozkładać siły gdyż spotykałem po drodze ludzi, którzy już po 10 piętrze szybkiego wbiegu bardziej podciągali się na poręczach niż pracowali nogami 😛 mnie o dziwo jakiś szalony kryzys nie dopadł, jednak wyniku spodziewałem się o wiele lepszego. Nigdy przedtem nie pokonałem jednak więcej niż 17 pięter naraz po schodach więc jak na pierwszą próbę uważam, że było nieźle. Mój wynik z tego biegu to 5 minut i 54 sekundy. Z jedynego wcześniejszego doświadczenia w tego typu wyścigach przed tym biegiem prognozowałem, że powalczę o złamanie 5 minut, jednak brak doświadczenia na wyższych budynkach niż ten z Poznania okazał się znaczący. Swoją drogą przebiegnięcie tylu kondygnacji biegiem graniczy z cudem, dlatego radzę się przygotować na ciężki marsz od połowy takiego dystansu 🙂 W każdym razie te kilka minut spędzonych na klatce schodowej drapacza chmur to kilka najintensywniej spędzonych minut w całym roku. Jest to świetna odskocznia od zwykłego biegania, która swoją niekonwencjonalną trasą mnie przekonała i na pewno nie raz jeszcze stanę na starcie takiego biegu. Pałac Nauki i Kultury oraz Sky Tower na pewno dopisujemy do listy następnych celów 🙂

widok z zewnątrz na wieżowiec Rondo 1                                                                                        koszulka techniczna biegu i medal

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Pierwszy szczyt zaliczony, teraz długa i ekscytująca podróż na podobne i inne szczyty 🙂 a oficjalnie wśród elity udany rewanż za poprzedni rok wziął Piotr Łobodziński pokonując Tomasa Celko i ubiegłorocznego triumfatora Christiana Riedla. Chociaż zwycięzców było o wiele więcej wliczając w to biegaczy i podopiecznych SOS Wiosek Dziecięcych, dla których ten bieg się odbywał.

 

 

Posts navigation

1 2