Open post

Historyczna Biało-Czerwona Niedziela – 11 Listopada

11 listopada to data niezwykle istotna dla każdego Polaka, chociaż wydaje się, że nie wszyscy do końca zdają sobie sprawę z doniosłości tego święta. Fakt wyzwolenia się po 123 latach z niewoli mocarstw zaborczych oraz powrót na mapę Europy powinien być należycie i wspólnie świętowany w całej Polsce każdego roku. W bieżącym roku gdy przypadła okrągła 100 rocznica odzyskania przez Polskę niepodległości jubileusz i towarzyszące uroczystości były szczególne. Osobiście od dawna planowałem uczcić obchody odzyskania niepodległości w wyjątkowy sposób. Będąc dumny z bycia Polakiem, szanując historię i polskich bohaterów a także czynnie zajmując się sportem postanowiłem wziąć udział w biegu oraz marszu niepodległości w Warszawie.

1) BIEG NIEPODLEGŁOŚCI W WARSZAWIE – w setną rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości przypadł również okrągły jubileusz 30 biegu niepodległości w Warszawie. To biegowa impreza na dystansie 10 kilometrów, która na sportowo upamiętnia wydarzenia z 1918 roku. Otoczka i atmosfera panująca dookoła tego przedsięwzięcia jest wspaniała. Niemal 20 tysięcy biegaczy ustawiających się na starcie w białych oraz czerwonych koszulkach stworzyło żywą biało-czerwoną flagę. Mnóstwo osób, po za wspomnianymi koszulkami przygotowanymi przez organizatorów biegu, miało także własne symbole narodowe. Przed biegiem odśpiewaliśmy hymn Polski i o szczególnej godzinie 11:11 ruszyła pierwsza strefa z najszybszymi biegaczami. Tuż za nią ruszył wielotysięczny tłum pozostałych biegaczy zalewając bielą i czerwienią centrum Warszawy. Równolegle w czasie trwania biegu do Warszawy zjeżdżały się tysiące ludzi na popołudniowy marsz niepodległości. Także sami warszawiacy tłumnie zaczęli wychodzić na ulice stolicy. To wszystko sprawiło, że na trasie biegu, jak i dookoła panował biało-czerwony klimat. W takiej patriotycznej scenerii nie było innego wyjścia jak przełamanie własnych słabości i poprawienie „życiówki” na dystansie 10 km. W tłumie niekiedy biegnie się ciężko, ale ten tłum też niesie do przodu. Mnie poniósł na linię mety z czasem 42 minut i 10 sekund – co jest moim oficjalnym, aktualnym rekordem na tym dystansie. Na mecie na każdego biegacza czekały oczywiście piękne, tematyczne medale nawiązujące do święta niepodległości. Pierwszy raz zdarzyło się w moich ulicznych biegach wpaść na metę, gdy inni biegacze z ostatnich stref startowych jeszcze nie wystartowali 🙂 .

 

2) MARSZ NIEPODLEGŁOŚCI W WARSZAWIE – to manifestacja, która budziła niejednokrotnie sporo kontrowersji. Mimo różnych problemów natury organizacyjnej demonstracja ukazująca przywiązanie do polskiej tradycji i patriotyzmu doszła do skutku. Początek przemarszu ulicami Warszawy był zaplanowany na godzinę 15 z ronda Dmowskiego przy Pałacu Kultury i Nauki. Dochodząc do centralnego miejsca wydarzeń w oczy rzucały się dwie rzeczy: ogromny tłum ludzi oraz ocean biało-czerwonych flag. Wrażenie piorunujące. Obserwując innych uczestników marszu można było z całą pewnością stwierdzić, że byli tam ludzie z każdego zakątka Polski. Były tam pojedyncze osoby, rodziny z dziećmi, mniejsze grupki znajomych aż po duże zorganizowane grupy z innych miast. Sporą część uczestników marszu stanowiły środowiska kibicowskie z całej Polski, tego dnia idąc ramię w ramię z pozostałymi. Rozpiętość wiekowa uczestników była równie ogromna, od dzieci w wózkach po osoby w podeszłych latach. Oczywiście przeważali ludzie młodzi i w średnim wieku, co też dobrze prognozuje na przyszłość, że Polacy nie zapomną o takich uroczystościach.

Bardzo ciężko oszacować ilość ludzi w tak ogromnym skupisku. Według większości informacji szacuje się, że było około 250 tysięcy ludzi, którzy ruszyli z ronda Dmowskiego, przez Aleje Jerozolimskie i most Poniatowskiego na błonia Stadionu Narodowego. Trasa ta wynosi niecałe 4 kilometry, ale w tak ogromnym tłumie cały przemarsz trwał około 4 godzin. Pod stadionem zorganizowano koncert artystów wyznających patriotyczne wartości. W trakcie występów muzycznych z centrum miasta wybrzmiewał całkiem pokaźny i długi pokaz fajerwerków.

Podczas marszu mimo potężnego natłoku oraz różnych osób z różnych środowisk wśród uczestników z całej Polski nie dochodziło do większych ekscesów. Zjednoczony, patriotyczny marsz Polaków przeszedł wyznaczoną trasą skupiając się głównie na świętowaniu 100 lat od odzyskania niepodległości. W trakcie marszu krążyła ogromna kilkudziesięciometrowa flaga Polski, niesiona przez uczestników. Śpiewom wielbiących Polskę nie było końca. Wraz z oceanem biało-czerwonych flag często i hucznie odpalano czerwone race, co razem tworzyło przepiękną oprawę tego święta.

Ciekawy był także powrót do Poznania. Wracaliśmy pociągiem, który jechał z Warszawy aż do Świnoujścia, zabierając tym samym ze sobą pół Polski 🙂 . Razem z nami podróżowali ludzie z Torunia, Poznania, Gorzowa, Stargardu, Szczecina i Świnoujścia. Nie wiem czy bardziej były zapchane przedziały czy korytarze. W każdym razie wiele osób musiało zostać w Warszawie bo po prostu nie zmieścili się w pociągu. Dojście do ubikacji było wyzwaniem niemal niemożliwym i większość nawet nie podejmowała takiej próby. Nie uświadczyliśmy także przez całą trasę obecności konduktora, gdyż zapewne nie mógł się wydostać ze swojej kanciapy 🙂 . Chociaż w tak „ciasnym” pociągu nigdy nie jechałem to podróż wspominam bardzo przyjemnie, głównie dzięki dwóm gościom z Poznania i ze Stargardu, którzy umilali nam podróż jak mogli.

Bardzo polecam, aby choć raz uczestniczyć w tak ogromnym patriotycznym przedsięwzięciu i samemu to przeżyć oraz ocenić jak to naprawdę wygląda.

Open post

“Jedz i Biegaj” Scott Jurek

Historie zawarte w książce “Jedz i biegaj” to losy Scotta Jurka, nieśmiałego i przeciętnego niegdyś dzieciaka, który zamarzył o czymś, czego nie potrafił nawet nazwać.

“To opowieść o każdym, kto kiedyś poczuł, że utknął w miejscu, kto marzył, by dokonać czegoś więcej, by stać się kimś więcej, niż jest”

W życiu ultramaratończyka nic nie liczy się bardziej niż jego umysł. Musi być pewny siebie, a zarazem pokornie podchodzić do wyzwań. Tego najdotkliwiej uczy Badwater ultramarathon – 217 km po Dolinie Śmierci w skwierczącym żarze słońca.

Dla Scotta Jurka maratony były jedynie wstępem do “prawdziwego” biegania. Trzymał się on surowej zasady: biegnij do ostatku sił a potem jeszcze trochę. Ta zasada skutkowała tym, że kiedy inni się zatrzymywali, on biegł dalej. Był z tego powodu znany, sławny i doceniany w środowisku biegowym. W życiu, jak w ultramaratonie parł do przodu. W Badwater jednak i on się zatrzymał. Ale zanim do tego doszło ……

Rodzina Scotta za jego dzieciństwa uczyła go współzawodnictwa, cierpliwości i wytrzymałości w codziennych przydomowych pracach. Problemy finansowe rodziny, problemy zdrowotne matki oraz surowa postawa ojca kształtowały u Scotta dyscyplinę.

“Nie wiesz, jak jesteś silny, dopóki nie masz innego wyjścia, jak tylko być silnym”

Scott zaczął biegać m.in. dlatego, że jego rodziców nie było stać na sprzęt sportowy potrzebny do innych dyscyplin. W dzieciństwie towarzyszyło mu wysokie ciśnienie, które potrafił jednak sam normować. Umysłem był w stanie kontrolować ciśnienie krwi, co potwierdzał u lekarzy. Rozmyślał nad tym, że ta umiejętność w przyszłości może mu się przydać do czegoś więcej niż do unikania lekarstw. A lubił poczucie ruchu i rozwoju ciała i psychiki. Przekonywał się też, szczególnie na różnych obozach jak istotna w życiu sportowca, ale też po prostu człowieka jest odpowiednia dieta. Ważne dla niego było aby się jakoś wyróżniać, pomagać innym. Uważał, że każdy ma coś w sobie co może wykorzystać i trzeba korzystać z młodości. W młodzieńczych latach Scott miał kolegę Dustiego – łobuza i lekkoducha, który miał jednak niespotykane predyspozycje do sportów: był szybki, silny i wytrzymały, a przy tym swobodny i zabawny. Ze strony Scotta była lekka zazdrość, ale też miał się na kim wzorować sportowo. Przy Dustym miał odskocznię od codziennych problemów. Jeździli razem na nartach, rowerze, później też biegali. Scott zawsze biegł za nim, ale podobało mu się to. Na jednych z renomowanych zawodów biegowych Scott wyprzedził Dustiego, który miał problemy na trasie. Zaczął utwierdzać się w przekonaniu, że potrafi przyspieszyć gdy inni zwalniają. To były początki jego ultramaratońskiej przygody.

“Rób zawsze to, czego boisz się zrobić”

Z biegiem czasu i treningów zdawał sobie sprawę, że to co jemy jest kwestią życia i śmierci. Nasze ciała co prawda dysponują zdolnością dbania o siebie, o ile my sami ich nie zaniedbamy i nie zatrujemy. Można jeść mądrzej, biegać mądrzej, żyć mądrzej – nie chodzi wcale o to aby było ciężej, a właśnie mądrzej, świadomie.

Rywalizacja przysparzała Scottowi dreszczyk emocji, jednak o wiele ważniejsze dla niego było zatracenie się w biegu, zapomnienie o zmartwieniach, spokój i błogość.

“Kiedy biegniesz po ziemi i biegniesz razem z ziemią, możesz biec bez końca”

Zagłębiając się coraz bardziej w środowisko biegowe Scott poznawał mnóstwo grup biegaczy. Najciekawszą z nich była grupa etniczna – Tarahumara – meksykańscy Indianie, nieustająco biegający setki mil, nic się przy tym nie pocąc, żyjący głównie na diecie roślinnej. Scott pokonując na trasach biegowych takich konkurentów coraz bardziej utwierdzał się, że jest godzien należeć do elity ultramaratończyków na świecie. Radził sobie z trudnościami w biegu, z nieuniknionym bólem. Umiał go wykorzystywać jako narzędzie. Przypominał również o tym, że co prawda nogi są napędem dla biegaczy, ale bez mocnego korpusu, napęd ten nie będzie odpowiednio spożytkowany.

“Rozwijasz się jako człowiek jedynie wtedy, gdy znajdujesz się poza własną strefą komfortu”

 

Ciężkie treningi, podbiegi i nowe trasy utwierdzały Scotta w przekonaniu, że żadnego wyścigu długodystansowego nie biegnie się za jednym zamachem, trzeba go zdobyć kawałek po kawałku. W tym wszystkim chodzi o to aby być tu i teraz, odsunąć przeszłość i przyszłość, skupić się na chwili obecnej. Jedną z jego rad jest zwiększenie liczby interwałów i ich długości. Preferuje on stosunek wysiłku do odpoczynku 5:1, co się przekłada na minutę odpoczynku po 5 minutach forsownego biegu.

“jeśli nie stoisz na krawędzi, zajmujesz zbyt dużo miejsca”

Przyszedł oczekiwany dzień startu w Western States, morderczego biegu po kanionach na 160 km, w którym brali udział najlepsi z najlepszych, przygotowani na najgorsze górscy ultramaratończycy, a wśród nich niedoceniony przybysz z “równin” Scott Jurek. Od początku biegu i przez kolejne dziesiątki kilometrów Scott prowadził w wyścigu, ale zamiast uznania spotykał się na trasie raczej z komentarzami typu: za szybko wystartował, niedoświadczony, nie da rady tak do końca, spuchnie.

Krótkie biegi sprawiają, że człowiek czuje się lepiej, mordercze dystanse, sprawiają niemały ból doprowadzając jednak do stanu, w którym poznaje się inny świat, z takimi szczegółami, że blednie twoja cała przeszłość. Widzisz, słyszysz i czujesz inaczej.

W trakcie takiego biegu trzeba dopilnować przyjmowania wystarczającej ilości wody i soli, aby uniknąć rozkojarzenia całego organizmu. Przy tak wielkim wysiłku nic jednak nie jest w stanie zapewnić spokojnego biegu przez cały dystans. Scottowi takze przytrafiały się liczne problemy żołądkowe i chwile zwątpienia. Mimo to finalnie Scott wygrał ten wyścig, prowadząc nieustannie od startu do mety.

“Wielu ludzi nie robi w swoim życiu niczego wielkiego. Wielu w ogóle nie próbuje. Tymczasem ultramaratończycy dokonali jednego i drugiego”

Chociaż Scott wygrał ten prestiżowy ultramaraton, ciągnęło go dalej. Chciał dowiedzieć się więcej o swoim ciele i własnej woli. Dodatkowo jeszcze bardziej pracował nad swoim warsztatem biegowym. Dowiadywał się co jeszcze może poprawić i udoskonalić. Zaczął więcej ćwiczyć górną część ciała, która miała napędzać zmęczone nogi. Dbał o elastyczność i świadomość własnego ciała. To wszystko po to aby udowodnić, że zwycięstwo w Western States nie było dziełem przypadku. Ponadto chciał być pierwszym, który obroni wywalczony tytuł. I tak się też stało. Po tym wyczynie stał się dla wielu postacią kultową, a nie przypadkowym zwycięzcą. Scott nie zamierzał spoczywać na laurach, eksperymentował w czym się dało aby ciągle rozwijać swoje sportowe życie. Dawno temu przeszedł na weganizm, teraz testował nawet tylko i wyłącznie surowe jedzenie. Przystąpił niedługo potem do kolejnej edycji Western States, wygrywając ją trzeci raz z rzędu, pomimo poważnej kontuzji, przechodząc tym samym do historii ultramaratonu i stając się ikoną tego sportu.

Rada Scotta: głębszy i wydajniejszy oddech – przeponą a nie płucami! naucz się tez oddychać nosem albo nosem wdech, ustami wydech. Oddychanie nosem nawilża i oczyszcza powietrze.

“Nie dąż do wolności, niech samo dążenie będzie wolnością”

Bezgraniczna determinacja, wytrzymałość, zawzięcie, właściwa dieta doprowadziła Scotta do kolejnych zwycięstw (7!) w Western States i innych biegach.
Potrzebne było inne wyzwanie. Padło na Badwater Ultramarathon – 217 km z początkiem trasy niemal 100 metrów poniżej poziomu morza a metą na szczycie, na wysokości 2500 metrów. Medialnie wyścig ten uznawany jest za najtrudniejszy na świecie. Przebiega przez upalną dolinę śmierci. Ludzie, którzy kończyli w przeszłości ten wyścig mówili, że pierwszą połowę Badwater przebiegniesz nogami, drugą sercem.

Scott posiadał i wytrzymałe nogi i mocne serce, czegoś jednak zabrakło. Takich problemów jak w tym wyścigu jeszcze nie miał nigdy – z temperaturą ciała i powietrza, z żołądkiem, z mięśniami, z głową. Pomimo tego wszystkiego wygrał ten wyścig, uzyskując rekord trasy – 24 godziny i 36 minut na 217 km.

Kolejnym wyzwaniem dla Scotta była potyczka z plemieniem Tarahumara – gośćmi z głębokich gór, którzy nie biegali dla medali, zwycięstw i chwały. Nie wiedzieli co to interwały i mierzenie tempa, nie liczyli kalorii i nie spożywali suplementów. Jedli i biegali, żeby przeżyć. To stanowiło fundament ich życia, nie było to ich pasją, a całym życiem. Działają wydajnie, ekonomicznie w każdym aspekcie życia, nie zastanawiając się za bardzo nad tym. Są oazą spokoju i ikoną prostoty życia. Tarahumara to plemię całkiem inne od zachodniego świata – długowiecznego, ale schorowanego gatunku. Ich życie toczy się płynnie, spokojnie z harmonią, w ruchu i w oparciu o jedzenie z ich własnego środowiska naturalnego. Ekipa goszcząca na terenach Tarahumara utwierdzała się w przekonaniu, że ludzie nie zostali stworzeni do przesiadywania całych dni. Nasze ciała potrzebują zróżnicowanego, solidnego ruchu aktywizującego cały organizm. Patrząc na lud Tarahumara przynajmniej to wydawało się kluczem do ich zdrowego i płynnego życia. Ich tryb życia doprowadził do sytuacji, w której Scott Jurek musiał w końcu uznać wyższość innego ultramaratończyka (choć oni sami siebie pewnie za zawodników się nie uważali). Dla nich to było bardziej codzienne życie a nie zawody i treningi. Pogromcą Scotta okazał się najsilniejszy wódz tego plemienia. Rok później jednak Scott wziął udany rewanż i zwyciężył.

Na zawodach, w których Scott nie uczestniczył jako zawodnik był niekiedy zającem dla swoich znajomych, co paradoksalnie nie okazywało się wcale prostszym zadaniem. Prowadzenie innego człowieka w trudnym, długim biegu niejednokrotnie bywało trudniejsze aniżeli prowadzenie samego siebie. Przekonał się o tym dobitnie prowadząc po zwycięstwo swojego kumpla Briana, który przebywszy ultramaraton na pierwszym miejscu, 300 metrów przed metą, już na samym stadionie padł na bieżnię i nie wstał już o własnych siłach. Zostawszy doprowadzony do mety, został zdyskwalifikowany za pomoc osób trzecich, w tym Scotta. Umysł dał sygnał, że to już meta i ciało Briana się wyłączyło, przewidywał później Scott.

Scott ciągle powtarzał, że dla niego ultramaraton to sport umysłowy, a bieganie to kontrolowany upadek z zachowaniem lekko pochylonej pozycji ciała. Cały czas przypominał także o ważności jedzenia, które było dla niego samego zarówno energią jak i lekarstwem. Po niezliczonej liczbie zawodów w Ameryce i również imponującej liczbie zwycięstw w tych zawodach, kolejny traf padł na Grecję, gdzie odbywa się Spartathlon (245 km ) a także najsłynniejszy, kultowy, rdzenny maraton z Maratonu do Aten. Maraton ten nosi taką nazwę na cześć wysiłku posłańca, który niegdyś przebiegł dokładnie dystans 42 km i 195 metrów pomiędzy tymi miastami z informacją o zwycięstwie Greków nad Persami. Po dostarczeniu informacji, zmarł z wycieńczenia.

“Będąc ultramaratończykiem, masz do wyboru: walczyć z naturą lub współpracować z nią”

Scott trzymał się tej drugiej opcji wygrywając dwa Spartathlony z rzędu. Zwracał uwagę też na to, że bieganie nie powinno być przykrym obowiązkiem a frajdą. Dlatego w ramach treningów możesz zdjąć całą elektronikę, pobiegać z psem czy z inną osobą lub inną trasą i inaczej spojrzeć na bieganie.

Po całym szeregu sukcesów u Scotta coś się wyłączyło. Nie było radości z biegania, nie było też tej świeżości i zauroczenia bieganiem. W tym samym czasie nie układało się też jego życie osobiste: rozwód, problemy finansowe itd. Chciał skończyć z bieganiem, jednak dotarło do niego wtedy, że właśnie w tym sporcie poznał swoich najlepszych przyjaciół. Spróbował jeszcze raz swoich sił w Western States i nie ukończył tych zawodów …… robiąc sobie kąpiel w rzece, w trakcie ich trwania. Następnie poszedł kibicować pozostałym zawodnikom. Cieszył się zawodami, rozmawiał z innymi weteranami tego sportu, którzy mu tłumaczyli, że właśnie takie ciężkie chwile najwięcej uczą i czynią sportowca silniejszymi. Scott uciekał się później także do innych aktywności typu: slacklining – równoważne chodzenie po taśmie. Tutaj odpowiednia synchronizacja umysłu i ciała była jeszcze istotniejsza niż w biegach długodystansowych. Taśma dla początkujących jest bezlitosna i zrzuca raz za razem, o ile nie uświadomi się, że samemu wprawia się ją w drżenie. To właśnie to jak radzimy sobie z trudnościami i porażkami nas definiuje. Nie zawsze przecież walczymy z innymi, ale zawsze ze samym sobą. Dlatego droga do celu jest równie ważna jak osiągnięcie tego celu.

“Rób co masz robić”!

Open post

Głucho-ciemna Helena Keller “Historia mojego życia”

Helena Keller urodziła się w 1880 roku w północnej Alabamie. Jak sama mówiła początki jej życia nie były skomplikowane i raczej normalne, jak u innych dzieci. Szybko naśladowała otoczenie, wypowiadała pierwsze słowa i robiła pierwsze samodzielne kroki. Ten stan nie trwał jednak długo. Mając dopiero 19 miesięcy przyszła choroba, która zamknęła jej oczy i uszy, pogrążając ją w mroku nieświadomości. Stopniowo przyzwyczajała się do wszechogarniającej ją ciszy i ciemności, powoli zapominając, że kiedyś było inaczej. Choroba z gorączką co prawda w niedługim czasie ustąpiły. Pozostawiły jednak po sobie bolesną szkodę w postaci głuchoty i ślepoty u młodej Heleny. Od tego czasu rzeczy poznawała przede wszystkim poprzez węch, dotyk, gesty oraz dzięki mądrości swojej matki, a później dzięki geniuszowi jej nauczycielki Anny Sullivan. Przed przybyciem tej ostatniej i po uświadomieniu sobie pewnej ułomności Helena wielokrotnie doprowadzała się do stanu szału i irytacji. Na swój sposób wywierała na towarzyszach także władcza presję, bowiem była silna i obojętna na konsekwencje. Dowiedziawszy się jak działają niektóre przedmioty, wykorzystywała je do swoich wybryków. Jednego razu zastosowała właściwości klucza i zamknęła na parę godzin swoją matkę w spiżarni. To był moment przełomowy, w którym rodzice Heleny postanowili dla swojego niesfornego dziecka ściągnąć specjalny nadzór.Narastały problemy komunikacyjne oraz frustracja tym spowodowana, aż stało się to smutną codziennością. Helena wraz z rodzicami bezskutecznie ujeżdżała po lekarzach i specjalistach, aż znaleziono dla niej kogoś specjalnego, z powołaniem – nauczycielkę Annę Sullivan. Stało się to przed 7 urodzinami Heleny i było przewrotnym momentem w życiu młodej dziewczynki.

Tym samym w ich domu pojawiła się Anna Sullivan, którą na początku znajomości z Heleną spotykały także różne mało przyjemne niespodzianki. Od razu zaczęła uczyć dziewczynkę poznawać świat przez dotyk, uświadamiając ją, że każda rzecz ma nazwę i ucząc ją pisać te nazwy. Helena naśladowała “grę palców” nauczycielki po dłoni. W ten sposób uczyła się i poznawała podstawowe słowa. Nie wszystko jednak szło prosto. Wciąż przytrafiały się akty desperacji i zniecierpliwienia przekładające się na wściekłość i agresję ze strony małej Heleny. Anna Sullivan nie rezygnowała jednak z nauk i jeśli coś nie było skuteczne próbowała to przekazać w inny sposób, ucząc w ten sposób Helenę coraz to nowych rzeczy. To z kolei sprawiało chęć do dalszej nauki poznawania świata przez Helenę. W każdej rzeczy zaczęła odczuwać wartość i życie. Poznawanie świata tak pochłonęło Helenę, żę w przypływie euforii decydowała się nawet samodzielnie wspinać na drzewo, na którym czuła cudowną radość i niezwykłość swoich czynów.

Choć poznawanie świata i słów nie przychodziło tak łatwo i szybko jak wśród jej pełnosprawnych rówieśników Helena robiła spore postępy i była coraz bardziej zafascynowana światem, choć ten nie raz ją zaskakiwał i kłopotał. Nie potrafiła jeszcze pojąć słów niedotykalnych takich jak miłość. Porównywała to jedynie do ciepłych promieni słońca. Pierwszą abstrakcyjna rzeczą, którą pojęła było świadome zrozumienie słowa “myśl”. Nastąpiło to po szeregu błędów popełnianych przez Helenę w robótkach ręcznych i reakcji nauczycielki, która stuknęła ją w czoło a na jej ręce napisała właśnie słowo “myśl”. Wtedy Helena zrozumiała, że nie chodzi o taką rzecz fizyczną, jakie dotychczas poznawała, a o proces zachodzący w jej głowie. W analogiczny sposób rozpracowała też słowo “miłość”. Zaczęła także wyczuwać niewidzialne więzy pomiędzy ludźmi.

Nauczycielka od samego początku nauki prowadziła ją w taki sposób jakby przemawiała do słyszącego dziecka, z jedną oczywistą różnicą, że zamiast mowy, pisała słowa i zdania na ręce Heleny. Następnym etapem po nauce podstawowego pisania, była nauka czytania z pasków kartonu z wypukłym drukiem. To co dla wielu sprawnych dzieciaków jest udręką, tj. gramatyka czy rachunki dla Heleny było swoistą zabawą i ciekawym sposobem poznawania świata. Ogromny udział w tym oczywiście nauczycielka Anna Sullivan, która przedstawiała naukę w sposób przyjemny i przystępny. Ucząc geografii sporządzała np. mapy plastyczne z gliny, aby Helena mogła wyczuć palcami góry, doliny i koryta rzek. Korzystała w swojej edukacji tez z każdej naturalnie nadarzającej się sposobności by ukazywać piękno świata, wykorzystując w tym celu choćby otaczające rośliny i zwierzęta. Nie tylko uczyła dziewczynkę poznawać świat, ale także zachęciła ją do nauki i sprawiła, że życie rozżalonej głucho-ciemnej dziewczynki zmieniło się w radosną pasję poznawania świata. Niekiedy szło to w sposób trudny i mozolny, ale przenikający pięknem i radością. Przede wszystkim za to później Helena była wdzięczna swojej nauczycielce. Ukazała jej inną, lepszą drogę życia w niepełnosprawności i wskrzesiła do życia.

Innym ważnym punktem w nowym życiu Heleny było poznanie innych niewidomych dzieci, które tak jak ona posługiwały się ręcznym alfabetem, dzięki czemu mogła po raz pierwszy porozmawiać z rówieśnikami swoim własnym językiem. Rozpoczęły się też pierwsze dalsze podróże Heleny i nowe odkrycia jak np. słona morska woda nowe gatunki zwierząt. Świat dla innych normalny, był dla Heleny światem fascynującym, w którym mnóstwo radości i satysfakcji przynosiło zwykłe spacerowanie czy zbieranie owoców.

Nadszedł także czas na naukę mówienia bez słyszenia słów! nauka polegająca na dotykaniu ręką twarzy nauczycielki i naśladowanie tego przynosiło fascynujące efekty i zrozumianą tylko dla głuchego dziecka ekscytację z wydostania się z więziennej ciszy. To jednak kosztowało Helenę ogrom pracy i poświęcenia, pracujące dnie i noce nad tym aby najbliżsi byli w stanie ją zrozumieć. Wystarczy wyobrazić sobie naukę czytania mowy za pomocą dotyku aby zauważyć skalę trudności. Z racji nietypowej nauki, Helena często nieświadomie używała słów i całych zwrotów innych autorów. Napisała nawet jedną opowiastkę, która okazała się niemal w całości plagiatem. Nie wiedziała do końca co jest jej myślami, a co zostało przez nią wchłonięte z zewnątrz.

Helena miała pragnienie aby studiować w normalnym college’u, razem z widzącymi i słyszącymi osobami. Przez cały czas chodziła na różne zajęcia i wykłady ze swoją opiekunką, która cierpliwie przedkładała usłyszane wiadomości Helenie, pisząc na jej rękach co mówili wykładowcy. Kilku innych nauczycieli także próbowało , niczym panna Sullivan, nauczyć się alfabetu przekazywanego palcami, z szczerą chęcią delikatnego wyręczenia opiekunki dziewczyny. Jednak, mimo wielu chęci i dobrych zamiarów, tylko ta jedna ręka była w stanie przekazywać Helenie wszystkie wiadomości prawidłowo i z przyjemnością. Były jednak przedmioty, których Helena musiała uczyć się w inny sposób. Matematyki, szczególnie geometrii uczyła się np. dzięki rozkładaniu drutów na poduszce. Pomimo wielu kłopotów komunikacyjnych, szczególnie z nowymi nauczycielami, którzy nie do końca rozumieli “ograniczenia” Heleny, dziewczyna miała wielką satysfakcję, że dawała radę ze stawianymi przez nią przeszkodami.

Po upragnionym wstąpieniu do wymarzonego college’u jej wyobrażenia o nowych wrotach na świat i pasjonujących możliwościach, stopniowo malały. Helena stwierdziła wręcz, że do tego miejsca wstępuje się po to, aby się uczyć, a nie myśleć. Rozumiała jednak przy tym, że chcąc posiąść wiedzę i się rozwijać, droga nie będzie prosta. Jak na każdy szczyt, trzeba się dostać drogą krętą i trudną. Nikt tego chyba lepiej nie rozumiał niż ona sama. Niezachwianie wierzyła, że wiedza dotycząca postępu człowieka na przestrzeni stuleci pozwala na zrozumienie harmonii życia i dążenia ku niebu. Wielki udział w jej edukacji miały książki, które początkowo czytała bez większego zrozumienia, a po czasie przynosiły jej przyjemność i wiedzę. Wspomina też gorące pragnienie przezwyciężenia przeszkody w czytaniu, jaką była jej ślepota. Nie chciała też polegać w tym aspekcie jedynie na swojej nauczycielce.

Samemu poznając świat, filozofię i postacie dochodziła do fascynujących odkryć, porównań czy stwierdzeń. Porównywała między innymi Judasza czy Diabła do złamanych szprych w wielkim kole Dobra 🙂 Jej świat wyobraźni różnił się znacząco od innych ludzi. Jak sama powtarzała obcowanie z autorami tekstów, które czytała sprawiało jej największą radość, bez żadnego skrępowania i pośpiechu. Autorów tych nazywała swoimi książkowymi przyjaciółmi i w każdym z nich widziała coś pięknego i inspirującego.

Mimo, że nie widziała świata, całe jej ciało reagowało na otoczenie. Czuła przestrzeń i na ogół wiedziała gdzie się znajduje. To niesamowite jak ta dziewczyna ogarniała świat. Nie wiedząc nic o śmierci i pochówkach, będąc pierwszy raz na cmentarzu wzruszyła się i napełniła nostalgią.

Posiadała też wiele pasji: żeglarstwo, spacery, zabawy, czytanie, poznawanie przyrody. Potrafiła też rozbawiać dzieci i z radością bawić się z nimi godzinami. Jako pierwsza na świecie głuchociemna uzyskała wyższe wykształcenie. Choć początkowe jej wypowiedzi i listy były nieskładne, praktyka i pragnienie normalnego życia działały cuda. Dzisiaj jest wzorem dla wielu pełnosprawnych i niepełnosprawnych, jako ta, która przezwyciężyła swoje ułomności i stała się znaną pisarką, pedagogiem oraz działaczką społeczną.

Jej świat nie był ograniczony ani zakłócony przez czynniki zewnętrzne jak mogłoby się zdawać. Był prawdziwy. Cieszyło ją poznawanie świata, dzieliła się swoimi małymi i dużymi sukcesami z przyjaciółmi i nauczycielami, chętnie pisała listy do ludzi. Nie miała wzroku, ale miała wizję!

Open post

“Umarłem cztery razy” dziarskie życie Piotra Pogona

Piotr Pogon był dzieckiem uzdolnionym, ale niesfornym. Mimo dobrych ocen, ciągnęło go do podróży, harcerstwa, ale też do wygłupów. Wszędzie go było pełno. Prowadził aktywny styl życia i bagatelizował jakiekolwiek symptomy niemocy. Mając niespełna 17 lat zdiagnozowano u niego guza w gardle. To nie były jeszcze czasy skutecznej medycyny, która mogłaby efektywnie powstrzymać rozwój tej wyniszczającej i niekontrolowanej maszyny, zwanej nowotworem. Przeżywalność dzieci z nowotworem nie przekraczała 1/3 przypadków. Przy podjęciu jednego z badań nastąpiła u Piotra śmierć kliniczna. Obudził się w innym miejscu po kilku godzinach, cierpiąc w samotności. Dla wielu osób stał się, w obliczu choroby, nieobecny. Jego szpitalnymi sąsiadami byli równie schorowani, ale o wiele starsi mężczyźni, często narzekający na swoje życie i los. Po czasie nadeszła jeszcze gorsza diagnoza: nowotwór złośliwy, na skutek, którego aplikowano Piotrowi potężne napromieniania i podawano chemię. Efektów ubocznych tych zabiegów było mnóstwo, z uszkodzeniem słuchu włącznie.

Piotr wychowany przez ojca na silnego, zaradnego chłopaka nie miał zamiaru się w życiu poddawać. Podjął studia, ożenił się, podejmował się różnych prac, w tym w charakterze drwala czy opiekuna bizonów w ZOO, a także jako pośrednik sprzętu elektronicznego na linii Berlin – Moskwa. W tej ostatniej profesji na Piotra czekało bardzo wiele doświadczeń, szczególnie na granicach. Jednego dnia został zawrócony z Moskwy do Berlina, gdzie wtenczas runął mur. Ludzie wyszli na ulice świętować. Okazało się, że wśród świętujących był też pan z przechowalni bagażu, którego nie było przez następne 3 dni, a właśnie w tym czasie wszystkie rzeczy Piotra znajdowały się w bagażowni. Przez te 3 dni Piotr jednak nie próżnował. Włócząc się po Berlinie zauważył, coś czego w ówczesnej Polsce jeszcze nie było. Były to kubki z reklamowymi nadrukami. Pomyślał wówczas, że mogłoby się to przyjąć i w Polsce. Nie spodziewał się jednak, że to on sam będzie prekursorem tych rzeczy na naszym rynku. Po zarobieniu wystarczającej kwoty pieniędzy na ślub, wesele i skromny start nowego życia, wszystko zaczęło się pomału stabilizować i układać.

W 1991 roku, mając 24 lata otrzymał jednak drugi cios od tego samego przeciwnika. Przerzut nowotworu na płuco. Zgodnie z panującymi wówczas zasadami zalecono wycięcie dużej części zainfekowanego organu, czyli w tym przypadku wycięcie całego płuca. Tak też się stało. Według lekarzy nie było żadnych szans na normalne życie, o jakimkolwiek wysiłku fizycznym nie wspominając. Przez 3 dni Piotr leżał zrozpaczony. Czwartego dnia przejechał 40 km na rowerze, po czym rzygał i spał przez dwie kolejne doby. Po przebudzeniu poczuł jednak, że życie się wcale nie skończyło i będzie jeszcze w stanie normalnie żyć. Włączyło się u niego, jak to później “fachowo” zdefiniował jeden z lekarzy, onkologiczne ADHD.

Jego zegar zaczął tykać szybciej

Rok później na świecie pojawił się syn Piotra, Szymon. Piotr zajmował się rodziną, jak potrafił najlepiej. Swojemu dziecku wszczepiał pasję życia a rodzinie zapewniał godny byt. Stał się ważną osobą w nowej spółdzielni dla niepełnosprawnych w Krakowie. Pełnił funkcję rzecznika i spotykał się z wieloma wpływowymi politykami. Jeździł także po różnych instytucjach i telewizjach, w celu promocji inicjatywy. Poznał w ten sposób wielu wpływowych ludzi i założył spółkę z jednym z biznesmenów. Popadł w wir pracy. Zachłyśnięty dobrymi obrotami w firmie, pracował jak szalony. Specjalizował się przede wszystkim w wyrobie drobnej i artystycznej ceramiki, podejrzanej niegdyś w Berlinie. Polacy pokochali kolorowa porcelanę i kubeczki z nadrukami, a Piotrowi i jego rodzinie powodziło się coraz lepiej. Swoją pracowitość nagradzał coraz to nowszymi i lepszymi gadżetami, atrakcjami i … smakołykami. Równolegle dużo, przybywało pieniędzy na koncie, jak i kilogramów na wadze. Niepełnosprawnych pracowników stopniowo zastępował pełnosprawnymi, gdyż tego wymagała sytuacja i ogromny popyt na jego produkty. W tym czasie zajmował się głównie … bogaceniem.

W 2000 roku postanowił oderwać się na chwilę z wiru pracy i wyjechać z rodziną na narty na Słowację. W trakcie tej podróży otrzymał telefon o problemach zdrowotnych swojego, starszego brata Krzysztofa, który był uważany za wzór do naśladowania.  Brat nigdy niesprawiający problemów i szanowany przez ludzi. Miał problem tylko z jedną rzeczą – własnym sercem. Chciał wejść w nowe milenium naprawiony i podjął się operacji. Sama operacja przebiegła pomyślnie, ale osłabione serce później nie dawało sobie rady w trudniejszych aspektach codziennego życia. W końcu zapadł w śpiączkę. Niedługo potem odszedł na zawsze. Nie mogąca się z tą stratą pogodzić rodzina była w żałobie. Najbardziej ekspresyjny w rozpaczy był Piotr, który “pogniewał” się wówczas Boga, za to co się stało. Część ludzi myślała, że chodzi właśnie o niego, a nie jego “idealnego” i “zdrowszego” brata.

Od tego wydarzenia wiele się zmieniło w życiu Piotra. Nie był już skupiony na biznesie, jego myśli krążyły gdzieś indziej. Z tego powodu we firmie powstawały różne niedociągnięcia i błędy, które skutkowały podupadaniem firmy. Firma gasła, a Piotr razem z nią. Chcąc pospłacać wszystkich kontrahentów wyprzedawał składniki firmy, a niedługo potem sprzedał całą firmę za bezcen. Miał w niej co prawda dalej piastować funkcję dyrektora, ale został oszukany. W tym czasie wróciły też objawy nowotworu, a jego małżeństwo się rozpadło. Stracił kontrolę nad własnym życiem i został bezdomnym. Nie szukał już nawet schronienia u rodziców, którzy pogrążeni w rozpaczy i tak nie rozumieli jego “nowego” sposobu życia. W krótkim okresie czasu stracił dom, rodzinę i pracę. Wstydził się tej porażki, ale nie chciał się do niej przyznawać. Czas spędzał od tej pory głównie, z innymi biedakami. Jednak w przeciwieństwie do nich znał smak pieniądza, miał dobre wykształcenie z pedagogiki socjalnej i wiedział jak się robi biznes. Pozostały też jakieś biznesowe kontakty. To właśnie one pozwoliły mu spotkać się z Anną Dymną, prezesem Fundacji “Mimo Wszystko”, która uwierzyła w niego i obiecała pomóc. Piotr był niecodziennym potrzebującym bo nie szukał ryby, tylko wędkę. Nie chciał pieniędzy, tylko pracę. Nie szukał litości, a zaufania. Skierowano go do Fundacji Świętego Alberta, gdzie miał się zajmować osobami z ciężkim upośledzeniem umysłowym, za mizerną pensję. Taka perspektywa nie napawała go wielkim optymizmem, ale z braku lepszych rozwiązań podjął tę pracę. Pomimo wielu niekomfortowych obowiązków Piotr szybko związał się z podopiecznymi i polubił tę pracę. Co ważne, ze wzajemnością. Jego podopieczni go uwielbiali, ostentacyjnie mu to okazując na każdym kroku. On miał tych ludzi rozwijać, tymczasem to oni otwierali mu oczy na wiele spraw. Zauważył, że jego upośledzeni podopieczni często mają większą radość życia niż ci niby normalni i lepiej się w tym życiu czują. Przytoczył wspaniałe świadectwo dziewczynki, która miała namalować drzewo, widziane zza okna. W jej “widzeniu” miało ono sześć kolorów. Jego podopieczni zachwycali się elementami przyrody na jakie rzadko, który “normalny” patrzy. Takimi zjawiskami dla nich były chociażby zwykłe liście.

Po kilku miesiącach owocnej pracy ze swoimi podopiecznymi, zadowoleni pracownicy fundacji postanowili powierzyć Piotrowi inną, stałą pracę, w charakterze fundraisera. Na początku nie wiedział nawet co to jest, ale szybko się okazało, że to zajęcie idealne dla niego. Zajmował się “żebraniem” na rzecz fundacji i organizacji pozarządowych. Organizował catering, logistykę i promocję imprez dla niepełnosprawnych. Miał sprawiać radość na twarzach niepełnosprawnych. Załatwiał im potrzebny sprzęt i spełniał inne marzenia i potrzeby. W trakcie jednego z takich zadań spotkał dziewczynę, Anię, która sprawiła, że lekko odżył. Mieszkała jednak kilkadziesiąt kilometrów od niego. Nie mając nadal pieniędzy, dojeżdżał do niej na rowerze. W podobnym czasie spotkał pod sklepem pewnego drwala, który w prosty, ale niezwykle intrygujący sposób odpowiedział mu na jego narzekania i problemy życiowe. Porównał ów drwal problemy życia do węzełków na linie. Można się po nich tylko ześlizgiwać, ale wtedy dupa mocno zaboli, a można też te węzełki wykorzystywać, coby wyżej wejść, wyjaśniał. Piotr pomału odnajdywał sens w tym wszystkim. Nie trwało to długo i pojawił się kolejny guz, tym razem na czole. Pojawiło się też przeziębienie i zainfekowane zatoki.

Efektem ubocznym tego przypadku było pogorszenie się wzroku, słuchu i poczucia smaku. Piotr się jednak nie poddał. Dalej prowadził różne projekty na rzecz fundacji. Zaczął inicjować i realizować też własne pomysły. Z czasem były one coraz śmielsze. Jedną z takich idei była wyprawa na Kilimandżaro z niepełnosprawnymi osobami. Było to ogromne wyzwanie dla niego, ale ten wielki cel go napędzał. W końcu wejście na tę górę z ekipą niepełnosprawnych amatorów, w której każdy potrzebował specjalnej opieki i przygotowania byłoby ewenementem na skalę światową. Właśnie to łamanie barier napędzało tych ludzi najbardziej. Z Piotrem na czele, chcieli udowodnić sobie, że mogą robić wielkie rzeczy, a innym dać nadzieję i inspirację. W 2008 roku 9 osobowa ekipa wyprawy “każdy ma swoje Kilimandżaro” wyruszyła z niezwykłą misją. W tej niesamowitej drużynie po za koordynatorem całego zamieszania Piotrem Pogonem, byli:
– niewidomy od urodzenia Łukasz
– znany z innych niezwykłych wyczynów podróżniczych, dwudziestoletni wówczas Jasiek Mela, któremu amputowano rękę i nogę
– dwóch Krzyśków mocno przywiązanych w swoim życiu do wózka i kul, ale też do sportu
– dwóch śmiałków bez nóg: Piotrek i Jarek
– były też przedstawicielki płci pięknej: Angelika z dystrofią mięśniową i Kasia bez kończyn górnych.
Wielu z nich odnosiło i odnosi nadal wspaniałe wyniki sportowe, nawet na arenie międzynarodowej. Pieczę nad nimi sprawowali GOPR-owiec Boguś i sponsor Jacek. Jechało z nimi także całe zaplecze medialne i techniczne. Wszystkim powyższym śmiałkom przyświecał jeden główny cel – pokazać sobie i innym, że można. Pragnęli przetrzeć szlaki innym, jechali na żywioł, bez dokładnego sprawdzenia możliwości technicznych. Mieli być w końcu tymi pierwszymi. Przedtem tego wysiłku podejmowały się jedynie mniejsze i profesjonalniej przygotowane grupy z niepełnosprawnymi na pokładzie. Wszyscy byli świadomi trudności, ale też gotowi się z nimi zmierzyć. A problemy pojawiły się już bardzo szybko. Opóźniony lot, “bieganie” niepełnosprawnych po lotnisku, na którym mieli przesiadkę czy poważne uszkodzenia 3 wózków inwalidzkich członków załogi w transporcie to tylko wstęp do poważniejszych komplikacji. W rzeczy samej nie zaczęła się nawet wspinaczka na szczyt, a problemów już było sporo. Zdarzały się jednak też “cuda”. Na początku szlaku znaleźli porzucony wózek alpejski, który zastąpił jednemu z uczestników jego zepsuty sprzęt. W tej wyprawie było wiele niepełnosprawności; wiele ograniczeń fizycznych, wiele problemów technicznych, wiele przeszkód zewnętrznych, ale ekspedycja ciągnęła do przodu. Jeden pomagał drugiemu jak mógł. Nie obyło się, jak to w tak dużym przedsięwzięciu bywa, bez nerwowych sytuacji i krytycznych momentów. Z biegiem czasu, załoga zaczęła się dzielić na mniejsze  grupy, dopasowane do możliwości. Niektórzy fizycznie lub technicznie nie byli w stanie kontynuować wyprawy. Przesłanie wyprawy “każdy ma swoje Kilimandżaro” było w tym przypadku trafione idealnie w punkt. Niektórzy rezygnowali bardzo blisko szczytu. Inni na wysokościach nie byli już w stanie pomagać pozostałym, ledwo radząc sobie samemu. Przekraczając pułap 5 000 metrów nad poziomem morza nikomu nie jest łatwo, ale byli tacy herosi jak Piotr Pogon, który mimo, że bez płuca na tak olbrzymiej wysokości sam ledwo łapał oddech, przejął prowadzenie niewidomego Łukasza. Krótko przed samym szczytem już sam nie dawał rady. Łukasza musiał przejąć miejscowy tragarz. Piotra motywował cel zrobienia czegoś wielkiego po tych wszystkich życiowych problemach, porażkach i błędach. Z tej całej beznadziei wykrzesał ogromne pokłady siły. Dotarł na sam szczyt wraz z kilkoma innymi osobami. Niewidomy Łukasz humorystycznie skwitował na miejscu: “czy oby na pewno są na szczycie?, bo przynajmniej on nic nie widzi” 🙂 Byli wyczerpani, ale szczęśliwi.

Po powrocie z wyprawy na ekipę spadła lawina gratulacji i podziękowań. Ta misja spełniła swój cel – tchnęła nadzieję i wiarę w inne niepełnosprawne osoby, które zainspirowane historią bohaterów ekspedycji na Kilimandżaro, same zaczęły wyznaczać swoje cele. Najbardziej poruszył Piotra list od chłopca z ciężkim porażeniem kończynowym, który dziękując za to świadectwo przełamywania barier niepełnosprawności, powiedział, że kiedyś sam zdobędzie swoje “Kilimandżaro”, dochodząc samodzielnie do umywalki.

Praca Piotra w Fundacji “Mimo Wszystko” dobiegła końca. Dynamiczne, samodzielnie podejmowane a czasami nieobliczalne rozwiązania Piotra, nie wszystkim przypadały do gustu. On sam jednak ze swoim bagażem doświadczeń nie miał zamiaru tracić czasu i wchodzić w ciągłe kompromisy.

Postanowił, że zacznie coś od nowa. W tym zawsze był mocny

Zgadał się z Jaśkiem Melą. Stworzyli duet niezwykłego doświadczenia życiowego z młodzieńczą energią i fantazją. Razem tworzyli żywy dowód na to, że można spełniać swoje największe marzenia, niezależnie od warunków życiowych. Chcieli aktywizować niepełnosprawnych do normalnego życia. Tak powstała Fundacja “Poza Horyzonty”, która istnieje do dziś pod przewodnictwem Jaśka Meli. Piotr dostawał też różne propozycje sportowe, często związane z celami charytatywnymi. W ten sposób trafił na maraton Safaricom w Kenii. Jeden z najpiękniejszych na świecie, ale także najniebezpieczniejszych z powodu występujących na trasie biegu groźnych zwierząt: lwów, nosorożców czy bawołów afrykańskich. Oprócz niebezpiecznej zwierzyny i samego dystansu, dodatkowymi trudnościami były: upał, pył i znaczna wysokość nad poziomem morza (2 000 m.n.p.m). Do tego biegu trzeba było się odpowiednio przygotować, szczególnie osobie bez jednego płuca. Przygotowywał się do tego biegu z wielkim zapałem i konsekwencją. Bezpieczeństwa zawodników strzegły helikoptery. Piotr wspomina, że na żadnym innym biegu zawodnicy nie załatwiają tak szybko swoich potrzeb z obawy przed niespodziewanym zwierzęciem z zarośli. Maraton w tych warunkach zgotował Piotrowi prawdziwe piekło. Wlewał w siebie litry wody i wyparowywał ją, na zmianę. Ten jak i inne biegi Piotra przybierały wymiar charytatywny. Każdy przebiegnięty kilometr przekładał się na pewną sumę pieniędzy od sponsorów na szczytne cele. Ta myśl zawsze pomagała mu dotrzeć do upragnionej mety. Za linią mety Safaricom spotkał Piotra nie byle jaki honor. Podszedł do niego Paul Tergat, legenda maratonów, który dowiedziawszy się o problemach zdrowotnych Piotra, a także o jego wyczynach sportowych pragnął wyrazić swój podziw i szacunek.

W głowie Piotra gotowało się ponownie, ale tym razem od kolejnych pomysłów. Jednym z nich była Korona Ziemi – zdobycie najwyższych szczytów, każdego kontynentu. Śmiałości w mówieniu o tak wielkich rzeczach, dodawał fakt, że ludźmi, którzy zapoczątkowali zdobywanie Korony Ziemi było dwóch pięćdziesięcioletnich biznesmenów, amatorów górskich. Jeden z nich był pierwszym zdobywcą Korony Ziemi na świecie. Za kolejny cel obrał Elbrus. Zebrano sprawdzoną ekipę z Kilimandżaro, w której skład wchodzili Piotr, Jasiek Mela i niewidomy Łukasz oraz dwóch przewodników, jedna dziewczyna i prezenter telewizyjny. Elbrus okazał się wyzwaniem równie ciężkim jak Kilimandżaro, szczególnie dla Piotra. Na tej wyprawie stwierdził, że to niewidomy Łukasz otworzył mu oczy na świat.

Kolejne zadanie na liście Piotra to maraton w Nowym Jorku. Największa tego typu impreza świata, przy której żyje całe miasto a atmosfery sportowego święta nie ma końca. To był jednak ostatni wspólny projekt Piotra Pogona i Jaśka Meli, między którymi dochodziło do coraz większych różnic. Piotr założył własną działalność, która nadal miała służyć potrzebującym. Fundacja “Poza Horyzonty” pozostała w rękach Jaśka Meli.

Następną wyprawą Piotra, łamiącą bariery, była ta na szczyt Aconcagui, najwyższego wzniesienia Ameryk. Na tę wyprawę wziął ze sobą ponownie niewidomego Łukasza. Jak sam mówił z Łukaszem nie ma żadnych problemów bo on nie widzi przeszkód 🙂 A góry ogląda po swojemu: zapachem, słuchem, dotykiem ….
Współtowarzyszył im także poprzedni przewodnik Bogdan oraz podróżnik Arkadiusz. Ta czwórka robiła furorę na szlaku, głównie za sprawą Łukasza, który zakładał chustę na całą głowę, chcąc się chronić przed słońcem. Wyglądał dla innych wspinaczy, co najmniej fantazyjnie. Szczyt Aconcagui zdobyli, ale przypłacili to niesamowicie zdrowiem. Przy zejściu wezwali ratowników, nie mieli sił na nic. Uratował ich pewien schron, zafundowany i zbudowany przez rodziców zaginionej kobiety na tej górze, właśnie z przeznaczeniem dla takich sytuacji i potrzeb. Na kolejnej bazie Łukasza już transportowano helikopterem z powodu silnej hipotermii. Mimo oporów, taki sam los spotkał też Piotra, którego strasznie dotknął fakt, że nie poradził sobie sam i musiał skorzystać z pomocy innych. Po tej wspinaczce, zrobili sobie dłuższą przerwę od gór. Piotr jednak nie zwalniał tempa na innych płaszczyznach – kolejny cel maraton w Tokio dla niepełnosprawnego Brunona. Jak przy zresztą, każdym szalonym projekcie Piotra lekarze pukali się w czoło. On jednak robił swoje. Nie inaczej było i tym razem.

Spotyka się czasami z głosami, że jest “onkocelebrytą” i lansuje się na nieszczęściu innych. On spokojnie jednak wyjaśnia, że nic tak nie pomaga potrzebującym, jak rozgłoszona akcja charytatywna, za którą idą większe pieniądze. Dlatego często występuje w mediach i chętnie opowiada o różnych projektach.

Kolejnym takim “niemożliwym” projektem stał się dla Piotra IronMan! W życiu człowiekiem z żelaza był już na pewno. Teraz chciał to potwierdzić jeszcze na gruncie sportu. Trasa IronMana to 4 km pływania, 180 km roweru i 42 km biegu. Nie wytrzymują tego najlepsi sportowcy, a spróbować zamierzał “onkocelebryta” bez płuca 🙂 i oczywiście spróbował, z powodzeniem. Po raz kolejny w swoim życiu przesunął osobistą granicę “niemożliwości” oraz udowodnił swoją wartość.

Został pierwszym IronManem bez płuca

Został legendarnym herosem, który w odległej przeszłości powiedziałby – “to niemożliwe”! Nie było już rzeczy niemożliwych dla Piotra, szydził sobie ze śmierci, zapisywał się na kolejne zawody. Pojawiła się też kolejna partnerka życiowa, kolejne dziecko, a pomoc charytatywna trwała ciągle. W 2015 roku pojechał na IronMana do Hiszpanii, ale został tam zdyskwalifikowany przez sędziów za skrajne wyczerpanie i krwawienie z ust. Na tych zawodach umarł w Piotrze sportowy duch. Przeżył dużą, sportową porażkę. To były jego ostatnie, profesjonalne zawody sportowe, na tak morderczym poziomie. Niedługo później rozszedł się z partnerką. Przeszedł też kolejną operację – usunięcia tarczycy.

Sam przyznaje, że jest trudny do zniesienia przez innych bo ma wielkie wizje, które chce od razu realizować. Po tym co w życiu przeszedł, nie może się godzić na bylejakość i przeciętność. Potrafił się odbić, z każdej koszmarnej sytuacji życiowej i robić piękne rzeczy dla siebie i innych. Podobnie będzie już do końca 🙂

Open post

“Potęga Optymizmu” – Alan Loy McGinnis

Zastanawiałeś się dlaczego dla jednych trudności to wyzwania, a dla innych to przeszkody nie do pokonania?

Różnica tkwi w w sposobie podejścia do problemu a także w kwestii wiary w powodzenie takiego postępowania. Nierozsądne jest myślenie, że w życiu wszystko będzie pomyślne. Trzeba się raczej przygotować na pewne trudności. Nie będziemy wtedy rozczarowani zrządzeniem losu i będziemy gotowi podjąć odpowiednie reakcje. W tym świetle, to co dla jednego będzie bolesną porażką, dla innego może być tylko drobnym niepowodzeniem. Powinniśmy stawiać czoła problemom i uważać się za ludzi, którzy mogą tego dokonywać. Przy napotkanej przeszkodzie nie możemy ulec, co najwyżej zrobić kilka kroków wstecz, szukając innego rozwiązanie i obejścia przeszkody. Ważny jest też sposób myślenia o problemach. Wielcy przedsiębiorcy raczej nie mówią o klęskach, zamiast tego posługują się innymi zwrotami typu: pomyłki, błędy czy niedociągnięcia. Wszystko to jest dla nich cennym doświadczeniem, przybliżającym do osiągnięcia celu. Dobrym rozwiązaniem wydaje się być poszukiwanie i dysponowanie wieloma pomysłami i rozwiązaniami. Nie zawsze przecież wypali ten jeden jedyny plan i co wtedy dalej? Optymiści próbują, eksperymentują i szukają do skutku. W sposób elastyczny dopasowują się do sytuacji.

Sławne przypadki:
Julio Iglesias był za młodu dobrze zapowiadającym się piłkarzem, któremu wróżono międzynarodową karierę. Jego plany pokrzyżował wypadek samochodowy. Przebywając w szpitalu dostał przypadkowo gitarę dla zabicia czasu a teraz znany jest jako gwiazda muzyki POP.
Tomasz Edison wykonywał tysiące prób, które nie przynosiły żadnych efektów w pracach nad wynalezieniem żarówki. Mówił przy tym, że jest coraz bliżej wielkiego odkrycia bo wiedział już co na pewno nie działa.

Problemy trzeba niejako przewidywać, aby nie dochodziło do zbyt wielu nieoczekiwanych rozczarowań. Optymista zadaje dużo wnikliwych pytań aby móc unikać lub zwalczać przeszkody. Optymiści otwarcie mówią o negatywnych odczuciach. Nie tłumią ich w sobie – to droga do depresji, a nie do rozwiązania problemu. Gdy spłonęło laboratorium Edisona, On rzekł krótko “Nieszczęście ma wielką wartość. Spłonęły wszystkie nasze błędy. Dzięki Bogu, możemy wszystko zacząć od nowa”. Inny przedsiębiorca w czasie branżowej recesji jako jedyny nie uległ negatywnym działaniom w swojej branży i jako jedyny na tym nadal zarabiał. Nie przyjął jak reszta negatywnej postawy, odstraszając klientów, za to w sposób przekonywujący i entuzjastyczny dokonywał z nimi transakcje. Nie ma co jednak popadać w sztuczny entuzjazm, a ból i cierpienie należy zaakceptować jako część życia. Idąc za słowami Clare Bootha Luce’a “nie ma w życiu beznadziejnych sytuacji, są tylko ludzie, którzy stali się bezradni wobec nich”.

Z naukowych obserwacji nad  optymistami wynika, że są to ludzie CZYNU! Nawet wtedy gdy nie znają pełnego rozwiązania problemu, rozwiązują go częściowo. Działa to też w drugą stronę. Kiedy masz wielki cel, staje się on łatwiejszy w realizacji gdy rozbijesz go na mniejsze części. Krok po kroku dążysz do celu. Powolutku aż do skutku. Rób to co jest słuszne, nawet jak nie przynosi to natychmiastowych korzyści. To z kolei poprowadzi Cię do kolejnych rozwiązań.

“Zostaw niemożliwe Bogu, a sam weź się za to, co możliwe”

Postaw ten pierwszy krok i za słowami Goethe daj szansę rozwinąć się Twojej koncepcji życia:
“Co możesz zrobić lub o czym śnić, zaczynaj
w odwadze jest geniusz, magia i siła
zakrzątnij się tylko i zagrzewaj swój umysł
zacznij, by dzieło twe mogło dojrzewać”

Ważne jest przy tym wyzbycie się przesadnego perfekcjonizmu, który często doprowadza do tego, że w ogóle nie podejmujemy działania, jeśli uważamy, że nie będzie to zrobione doskonale. Osiaga się wtedy przeważnie o wiele mniej. Traci się za to czas na zamartwianie i przeżywanie tego co się ewentualnie może wydarzyć. Gdy jest chociażby cień szansy na powodzenie należy działać! Z takim nastawieniem zdobywa się najwięcej. Optymiści mają wręcz nonszalancki stosunek do klęski. To o tyle istotne, że gdy podejmujesz wiele działań, wiele Ci się nie uda. To jednak konieczna droga do tego aby Ci się wiele udało! Optymiści wierzą, że sami decydują o swojej przyszłości. Są w stanie oprzeć się przeciwnościom losu i nie przyjmować biernej i bezradnej postawy wobec problemów. Są przekonani, że mają kontrolę nad własnym życiem. Dla przykładu, często przytaczany Edison, zanim stał się legendarnym wynalazcą, w szkole przez nauczycieli był uważany za tępy i beznadziejny przypadek. Podobne opinie towarzyszyły również Albertowi Einsteinowi w latach dzieciństwa. Ich dalsza działalność świadczy o determinacji i kontroli nad własnym życiem, pomimo złych prognoz ze strony ich pierwszych “autorytetów”. Szczere, wewnętrzne pragnienie może się niekiedy okazać jedyną, ale wystarczającą zaletą aby dokonać czegoś ponadprzeciętnego!

Czasami konieczne i wręcz wskazane będzie rozpoczęcie wszystkiego od początku. Przy takich zmianach warto otaczać się ludźmi równie entuzjastycznie nastawionymi do zmian i rozwoju. Nie należy jednak zapominać o głodzie nauki oraz stymulacji swojej wewnętrznej wiary. Tak jak narodzone dzieci odradzają ten świat na nowo, podobnie my możemy zrobić z naszym życiem, doświadczając czegoś nowego. Przy tym wszystkim powinno się pamiętać o koniecznym odpoczynku dla duszy i ciała aby nie zagubić w gonitwie świata prawdy o sobie a także po to, aby przyjąć nowe siły życiowe. W tym ostatnim pomocne mogą się okazać nowe kontakty z ludźmi w różnym wieku i z innych kręgów, mających inne doświadczenia i wartości. Nie zamykaj się na możliwości i ludzi.

Abraham Lincoln powiadał, że ludzie są na tyle szczęśliwi, na ile  się zdecydują tacy być. Idzie to w parze z założeniem, że nasze myśli, a nie wydarzenia zewnętrzne, kształtują nastroje wśród ludzi. Zalecane jest tutaj nie dopuszczanie do siebie najgorszych scenariuszy (czarnych myśli) i kontrolowanie swoich myśli. Ważnym elementem jest upewnienie się czy automatyczne myśli, którymi się kierujemy są na pewno nasze, a nie przypadkiem narzucone na nas przez otoczenie na przestrzeni lat. Z wielką dozą prawdopodobieństwa może się okazać, że dla człowieka wychowanego wśród ludzi, dla których wszystko jest trudne i ciężkie – też to wszystko takie będzie. Ktoś kiedyś napisał, że ból w życiu jest nieunikniony, ale cierpienie jest nadobowiązkowe. Ile razy nam się zdarza tragizować albo wyszukiwać negatywów, kiedy jest to całkowicie nieuzasadnione i po prostu zbędne. Często komplementy przyjmujemy zdawkowo, zaś krytykę całym sobą. W związku z powyższym pesymizm i bezradność stają się odruchową reakcją niczym tik nerwowy. Nie trzeba chyba tłumaczyć, że taka postawa do niczego nas nie zaprowadzi, ani nie polepszy sytuacji życiowej. Niektórzy psychologowie aby uświadomić swoim pacjentom jak często powtarzają się u nich negatywne myśli polecają im zakładać gumkę na przegub dłoni, strzelając nią za każdym razem, gdy przyłapią się na takich myślach. Uświadomienie sobie tego w ten lub inny sposób jest o tyle ważne, że jesteśmy tym, czym są nasze myśli. Najlepszym rozwiązaniem byłoby postrzeganie każdej sytuacji w możliwie jak najlepszym świetle i wynoszenie z nich możliwie najwięcej pozytywnej wartości.

Ludzie, którzy wiele przeżyli lub posiadają pozytywne nastawienie do życia potrafią być wdzięczni za coś co dla kogoś innego będzie tragedią bo wiedzą, że są gorsze rzeczy a także, że to oni sami definiują tak a nie inaczej daną sytuację. Nie zapominaj zatem o dziękowaniu. Czyż nie wspaniale byłoby mieć taki dar i mądrość, aby cieszyć się z tego co mamy? Powinniśmy myśleć o tym co mamy, a nie czego nam brakuje. Będąc w nie najlepszym położeniu możemy docenić coś co dla wszystko mającego sąsiada będzie niczym.

“Dopiero kiedy się ściemni, można zobaczyć gwiazdy”

Optymista nie wyklucza zatem złych rzeczy. Co więcej, potrafi na swój sposób przekuć je w takie dobro na ile się tylko da. Chcąc odnieść sukces korzysta również z siły własnej wyobraźni, uzmysławiając sobie idealne rozwiązanie problemu w swojej dziedzinie. Zdaje sobie sprawę z trudnej drogi, ale ma wizję i cel, który go prowadzi. Pomocnym, a niekiedy bardzo skutecznym działaniem jest “zobaczenie i poczucie siebie” dobrze wykonującego zadanie, do którego się przygotowujemy, przed jego realną próbą. Procesy te zachodzą oczywiście w naszych głowach, gdzie zaczyna się przewaga nad tymi, którzy posiadając podobne umiejętności nie mają takich pozytywnych myśli na swój temat. Takie zabiegi często są stosowane przez trenerów sportowych, którzy wszczepiają swoim zawodnikom smak zwycięstwa, jeszcze przed zawodami. Pomagają im poczuć atmosferę sukcesu po zwycięstwie: zadowolenie bliskich, gratulacje, podziękowania, itd.

Wyobraźnię można jednak wykorzystać także w sposób zły, zalewając się strumieniem niepokoju. Taka postawa prowadzi do analizowania wszystkich potencjalnych i negatywnych sytuacji, które w rzeczywistości w ogóle się nie zdarzą albo nie będą tak wyolbrzymione jak w naszych myślach. W ten sposób paradoksalnie można mieć w głowie wiele problemów, które nie istnieją. O potędze wyobraźni niech świadczą słowa Alberta Einsteina, który stwierdził niegdyś, że “wyobraźnia jest ważniejsza od wiedzy”. Z takim właśnie nastawieniem wśród zwykłych ludzi wyłaniają się przywódcy, którzy na pustym polu potrafią dostrzec piękny budynek i pociągają za swoją wizją innych. W bardziej ekstremalnych sytuacjach, wyobrażenie lepszych czasów, nadzieja i wiara w to pozwalały niejednemu człowiekowi przetrwać najgorsze. Uwzględniając w to nawet tak skrajne przypadki jak tortury wojenne czy ciężkie choroby. Przyznasz, że znasz takich ludzi, którzy są radośni nawet pomimo wielu życiowych problemów. To wszystko kwestia myśli i nastawienia. Nie każdy tak samo będzie reagował na tę samą sytuację. W obliczu podobnej, zniechęcającej sytuacji jeden się podda, drugi zacznie krytykować całe otoczenie a trzeci podejmie rękawice. Zbawienne może się okazać umiarkowane i zdystansowane zaprzeczanie sobie przebywania w trudnej sytuacji. Zawsze to lepsze rozwiązanie niż uznanie takiego stanu rzeczy za codzienność i pogłębianie się w nurcie beznadziejności.

Pewna, mocno doświadczona przez życie, kobieta w podeszłym wieku na pytanie jak radzi sobie z trudnościami swojego życia odpowiedziała: ” zawsze wierzyłam, że Bóg nigdy nie daje do niesienia krzyża cięższego nad ten, który możemy unieść”.

Co może nam zatem jeszcze pomóc w zachowaniu pogody ducha na co dzień oprócz naszych myśli i nastawienia? Jest kilka uniwersalnych, powszechnych porad, które jednak w swojej prostocie sprawdzają się nadzwyczaj dobrze. Po pierwsze trzeba dobrze zacząć dzień! Lekkie ćwiczenia umysłu i ciała z rana na pewno nie zaszkodzą. Idąc dalej w tym kierunku, za sentencją Arystotelesa, że “śmiech jest cennym dla zdrowia ćwiczeniem fizycznym” jak najbardziej wskazany jest szeroki uśmiech oraz zdrowy dystans do siebie i otoczenia. Celebracja każdej wolnej minuty życia pozwoli Tobie wyrobić nawyk wdzięczności. Niezłym pomysłem na poprawę nastroju będzie np. spokojny spacer, zamiast zażycia kolejnej używki czy leku. Wykorzystuj też siłę i właściwości muzyki.

Ludzie optymistycznie nastrojeni, niezależnie od wieku uważają, że najlepsze wciąż jeszcze przed nimi. Wierzą niezachwianie we własny rozwój i posiadanie umysłu zdolnego do realizacji wielkich rzeczy. W związku z powyższym słuszna wydaje się sentencja, że “nikt nie starzeje się osiągając pewną liczbę lat, ludzie starzeją się, porzucając swoje ideały”. Optymiści to przy tym osoby, które wnoszą miłość i dobro w otaczający ich świat za sprawą wielbienia przyrody, sportu, muzyki czy innych ludzi. Badania potwierdzają, że przebywanie z innymi ludźmi ma obustronne korzyści dla zdrowia i ducha. Helen Keller powiedziała, że “życie to pasjonujące zajęcie – szczególnie, gdy można je przeżyć dla innych”. Nie chodzi tu jedynie o miłość, ale także o przyjaźń, co jest fundamentem relacji, gdy przychodzą negatywne emocje i ciężkie wydarzenia, które jak wiemy przyjdą na pewno. Jedną z takich sytuacji jest np. wrogość do drugiej osoby, zamiast wczucia się w jej sytuację i przynajmniej podjęcie próby zrozumienia i rozwiązania ewentualnych konfliktów. Często wystarczy okazanie zainteresowania potrzebującemu. W przeprowadzonych testach badawczych odkryto, że formuła poświęcania uwagi osobie w potrzebie wraz z aplikowaniem placebo działa podobnie jak bardziej złożone medyczne lub psychologiczne terapie. Świadczy to, o tym, że potrzebującemu najbardziej może pomóc drugi człowiek a nie żaden lek.

Oparcie na wierze, nadziei i miłości jest dobrą drogą do wypracowania i zachowania w sobie ducha optymizmu. Optymiści lubią także powtarzać dobre nowiny i podsycać entuzjazm wśród otoczenia. Wielu liderów uważa, że w spotkaniach międzyludzkich nie zawsze chodzi o to aby roztrząsać jakiś problem, ale o to aby zwiększać wspólną energię działania. Np. mówiąc bez przerwy, że źle się czujemy, nic nie wskóramy a jedynie pogorszymy nasz stan. Lepszym wariantem będzie zatem poszukanie: realnej pomocy u specjalistów, wiedzy, motywacji czy inspiracji, pozwalającej wyjść z kryzysu. Odnośnie potęgi myśli i słów krąży w branży psychologicznej pewna, stara historia o sile sugestii, mówiąca o tym, że w pewnej firmie “witano” nowych pracowników ten sposób, że co chwilę ktoś ze starych pracowników podchodził do aplikanta i mówił, że źle wygląda, po chwili drugi pytał się czy się źle czuje bo słabo wygląda itd. Mimo początkowych zapewnień nowicjuszy, że wszystko w porządku, rzadko który wytrzymywał do końca swojej pierwszej zmiany. To klasyczny przykład działania manipulacji i sugestii. Pamiętaj, że na wiele rzeczy masz duży wpływ, ale działa to w dwie strony, dlatego też inni mogą mieć duży wpływ na Ciebie. Jeśli coś nieprzyjemnego wydarzyło się w Twoim życiu, nie zmienisz tego. Możesz to zaakceptować i iść dalej, być może naprawiając skutki tej sytuacji. Samego wydarzenia z przeszłości jednak nie zmienisz. Tracenie energii i czasu na rozpamiętywanie i biadolenia nad przeszłością i napotkaną teraźniejszością nie ma żadnego sensu. Niczego w ten sposób nie naprawisz, jedynie możesz zagłębić się w marazmie. Nie wszystko na tym świecie musi być dla nas dobre i właściwe, dlatego nie ma się co rozczulać nad pojedynczymi niepowodzeniami. Szczęśliwi ludzie wykazują się niezwykłą sztuką adaptacji, dzięki czemu potrafią dostosowywać się do bezustannie poszukiwanych nowych rzeczy i w nich odnajdywać swoje życiowe pasje.

“Zmień, co możesz, a zaakceptuj to, czego zmienić się nie da”

“Możesz zmienić każdą sytuację, zmieniając stosunek do niej”

Pamiętaj: jesteśmy wolni a wyboru życiowej postawy nikt za nas nie dokona! 🙂

 

Open post

BIOGRAFIA BENJAMINA FRANKLINA

W tym blogu przede wszystkim chodzi o inspiracje, rozwój i poznawanie dróg osób, które odniosły lub odnoszą szeroko pojęte sukcesy. W związku z tym nierzadko będę przybliżał ciekawe i inspirujące postacie, niekiedy również kontrowersyjne, które w jakiś sposób wyróżniały się z tłumu. Nie mam żadnej ustalonej hierarchii co do kolejności opisywanych osób, tak więc po prostu czerpmy co najlepsze z ich doświadczenia i wdrażajmy to w życie.

Pierwszy traf padł na Benjamina Franklina – amerykańskiego polityka, przedsiębiorcę, uczonego i wynalazcę z XVIIIw., jednego z inicjatorów Stanów Zjednoczonych.

Swoją autobiografię spisał między innymi dla swojego syna i przyszłych pokoleń, co jak twierdził powinno być dla nich ciekawe i powinni zrobić z tego właściwy użytek. Przy okazji skorzystamy i my. Tym bardziej będzie to ciekawa i zachęcająca historia, że sam Benjamin Franklin mówił, że swoją drogę z nędzy do dobrobytu powtórzyłby jeszcze raz tak samo, nanosząc jedynie pojedyncze poprawki do swojego autentycznego życia.

Benjamin, urodzony w Bostonie, był najmłodszym synem, wśród siedemnaściorga rodzeństwa. Od chłopięcych lat pomagał ojcu w wytwarzaniu świec i mydła. Jego ojciec chociaż prowadził ten mało dochodowy interes, był osobą szanowaną, udzielającą rozsądnych rad i lubiącą rozmawiać o użytecznych kwestiach, co miało także wpływać na jego dzieci, w tym Benjamina. Benjamin był zanurzony w książkach, czemu poświęcał ogrom czasu, w zasadzie każdą wolną chwilę. Tym bardziej spodobała mu się kolejna praca jako pomocnik swojego brata w drukarni, gdzie miał dostęp do większego zbioru wartościowych książek i ludzi zainteresowanych tym czym on. Pożyczane książki nierzadko czytał nocami aby rano je oddać w nienaruszonym stanie.

Benjamin miał także inne zainteresowania jak pisanie własnych utworów czy co znacznie oryginalniejsze prowadzenie wyniosłych dyskusji, które miały na celu pogrążenie rozmówcy, nie tylko siłą argumentów ale także sposobem ich prezentowania. Co ciekawe wyznawał on raczej zasadę braku kategorycznych stwierdzeń, co skutkowało dłuższymi dyskusjami, na których mu w pewien sposób zależało.

Dalej były burzliwe relacje z bratem, chwilowe zarządzanie lokalną gazetą, następnie rozłąka z bratem i załatwienie przez brata “wilczego biletu” w pobliskich drukarniach dla Benjamina. Tym samym ambitny i dobrze zapowiadający się, siedemnastoletni wówczas Benjamin wypłynął do Nowego Yorku. Daleko od domu, bez znajomości, referencji i pieniędzy ale za to z wiarą, umiejętnościami i wiedzą drukarską. W nowym miejscu nie dostał pracy ale dowiedział się o możliwości podjęcia takowej w Filadelfii dokąd z wieloma przeszkodami na trasie i wytężonym wysiłkiem fizycznym dotarł niebawem. Zmęczony wiosłowaniem, głodny, brudny i ubrany na roboczo młody Benjamin dotarł do celu swojej podróży z nędzną ilością pieniędzy i bez innych swoich rzeczy, które miały zostać mu dosłane później. Pierwsze co zrobił to skierował się do piekarni gdzie poprosił o jedzenie za 3 pensy. Dostał za to 3 bułki, z czego dwie z nich oddał kobiecie z dzieckiem, którzy razem z nim przypłynęli do Filadelfii. Mimo, że sprawiał wrażenie zbiegłego sługi o dziwacznym, podejrzanym wyglądzie wciąż wykazywał się hojnością i dobrocią.

Na początku i tutaj nie znalazła się dla niego praca w drukarni, jednak za jedzenie i dach nad głową imał się pomniejszych prac, mimo, że uważał tutejszych drukarzy za słabo przygotowanych do ich zawodu. Po dosłaniu kufra z rzeczami Benjamin zaczął sprawiać lepsze wrażenie na ludziach i spędzać z nimi więcej czasu. Niedługo później o młodym chłopaku dowiedział się gubernator prowincji, który widząc potencjał w Benjaminie i brak perspektyw dla Niego w Jego branży w Filadelfii zaproponował Jemu założenie własnej drukarni a ze swojej strony należytą pomoc i wsparcie rządowe. W tym samym czasie doszły Benjamina głosy, że jego rodzina i przyjaciele są zaniepokojeni Jego zniknięciem i w dobrej wierze chcą Jego powrotu do Bostonu. Ustalono zatem, że przy pierwszej okazji Benjamin wróci do Bostonu posiadając ze sobą pisemną rekomendację od samego Gubernatora w sprawie założenia własnej działalności. Zabieg ten miał przekonać rodzinę, szczególnie Ojca Benjamina do idei założenia nowej drukarni w Filadelfii.

Po powrocie do Bostonu, wszyscy znajomi, oprócz skłóconego brata, byli zadowoleni i zaciekawieni podróżą Benjamina a Ojciec dodatkowo zszokowany listem referencyjnym. Co prawda propozycji zawartej w liście nie przyjął ale był zadowolony z syna, że ten tak dobrze wypadł w oczach ważnej osobistości. Co więcej widząc, że syn dobrze sobie radzi w Filadelfii a tutaj nie ma nici porozumienia z bratem tym razem za zgodą i z poparciem rodziców Benjamin wrócił do Filadelfii. Na miejscu Gubernator nie uznał odmowy Ojca Benjamina za słuszną więc postanowił w całości pomóc chłopakowi. Zaaranżował między innymi podróż do Londynu, w którym to młody chłopak miał pozałatwiać sobie potrzebne rzeczy, materiały i nawiązać branżowe znajomości.

Niczego nie podejrzewający Benjamin po pewnym czasie znalazł się w Londynie, jednak jak się na miejscu okazało nie doszły żadne listy referencyjne zachęcające do współpracy ani listy kredytowe od Gubernatora. Okazało się, że Gubernator chcąc zadowalać wszystkich wokoło siebie tak naprawdę nie miał nic do zaoferowania. Składał jedynie wielkie obietnice.

Tym samym Benjamin musiał podjąć jakąkolwiek pracę i zarobić na życie w Londynie oraz zacząć zbierać pieniądze na ewentualny powrót do Filadelfii. Zmieniał prace i znajomych, nie zmieniał jednak swoich wartości czy to mentalnych czy żywieniowych. Nie dopasowywał się do miejscowych zwyczajów np. do powszechnie panującego spożywania piwa w dużych ilościach. Co więcej wprowadzał swoje zmiany, które większość współpracowników przyjmowała z aprobatą. Poznawał po drodze mnóstwo wartościowych ludzi także po za pracą i ich fascynujące historie. W Londynie nie powiększył znacząco swojego majątku, za to znacznie rozbudował swoją sieć kontaktów i co za tym idzie nowych możliwości. Jedną z nich była dogadana współpraca z poznanym kupcem po powrocie do Filadelfii.

Po powrocie do Filadelfii Benjamin zajmował się zatem handlem i po niedługim czasie stał się specjalistą w sprzedawaniu towarów. Współpraca nie trwała jednak za długo, co było spowodowane śmiercią wspólnika. Spore umiejętności oraz bystry i oczytany umysł nie pozwoliły pozostawać za długo Benjaminowi bez zajęcia. Przyciągał on do siebie ważnych ludzi i oferty współpracy.

Wierny był wciąż swoim wpojonym wartościom, że prawda, szczerość i rzetelność są gwarantem szczęścia w życiu gdy otaczasz się ludźmi. Na bazie tych wartości wspólnie ze swoimi najbardziej uzdolnionymi kolegami założył nawet klub samodoskonalenia, który był najlepszą szkołą filozofii i etyki w okolicy. Co więcej członkowie klubu wykorzystywali swoje wpływy i możliwości do rekomendacji działalności Benjamina.

Kolejna próba rozkręcenia własnej drukarni z pomocą finansową innego wspólnika dzięki niezwykłej pracowitości i zaradności Franklina zyskiwała coraz większe uznanie w oczach ludzi. Po jakimś czasie Jego wspólnik nie posiadający przygotowania i pasji do tego zawodu, na zasadzie obustronnej umowy, odstąpił swoje udziały w drukarni, pozostawiając Benjaminowi cały interes. Wszystkie zaległości i zobowiązania były spłacane a interes rozkwitał do tego stopnia, że postanowiono powierzyć Franklinowi druk banknotów rządowych. Dochody były coraz większe wobec tego były także podejmowane nowe inwestycje jak otwarcie sklepu piśmienniczego czy zatrudnianie nowych pracowników. Nadal Benjamin żył jednak skromnie i przedsiębiorczo, wykonując wiele czynności osobiście. Po drodze odnowił też swoją znajomość z pewną wcześniej poznaną dziewczyną i wziął z nią ślub.

Kolejnym przedsięwzięciem wymyślonym przez Benjamina była publiczna prenumerowana biblioteka.

Do Benjamina w trakcie jego rozwijającej się kariery dochodziło coraz więcej sygnałów, aby dzielił się swoją wiedzą i doświadczeniem, gdyż jego narzędzia są proste i prawdziwe a czym prędzej wpłynie się świadomie na życie innych tym lepiej ponieważ później ten zapał jest coraz słabszy wśród ludzi. To w młodości podejmowanych jest wiele kluczowych decyzji. Argumentowano również, że czerpanie przykładu z Niego będzie przyśpieszać rozwój innych ludzi. Stanie się również kluczem do ich progresu zawodowego i wzorem tego, że nie potrzeba wiele na starcie by wiele osiągnąć. A fundamentem mogą być dobre: nawyki, myśli i natura oraz cechy takie jak: pracowitość, oszczędność i umiarkowanie a także wolność.

13 cnót BENJAMINA FRANKLINA:
UMIARKOWANIE w jedzeniu i piciu
MILCZENIE, mów z pożytkiem, unikaj próżnych rozmów
­ – PORZĄDEK, niech wszystko ma swoje miejsce i czas
POSTANOWIENIA, czyń to co powinieneś
OSZCZĘDNOŚĆ, wydatkuj rozsądnie, nie marnuj niczego
PRACOWITOŚĆ, nie trać czasu, działaj produktywnie i pożytecznie
SZCZEROŚĆ, nie zniżaj się do oszust
SPRAWIEDLIWOŚĆ, działania podejmuj uczciwie i obiektywnie
POWŚCIĄGLIWOŚĆ, unikaj skrajności
CZYSTOŚĆ, nie toleruj nieczystości cielesnej i materialnej
SPOKÓJ, nie denerwuj się drobiazgami i sprawami powszechnymi
SUROWOŚĆ CIELESNA, rozsądnie korzystaj ze swojej płciowości
POKORA, naśladuj Jezusa i Sokratesa

Benjamin postanowił wdrażać te nawyki pojedynczo. Kiedy skupił się i opanował jedną cnotę przechodził do następnej i tak do opanowania całego zestawienia cnót. Nieprzypadkowa jest tu też kolejność wymienionych cnót dlatego, że nabycie pewnych cnót pomaga w realizowaniu kolejnych. Jednocześnie sformułowane cnoty były zharmonizowane z chęcią pozyskiwania wiedzy, którą nabywał raczej słuchając aniżeli mówiąc. W celu usprawnienia i kontroli swoich poczynań Benjaminowi pomagała książeczka, w której zapisywał plany i ich realizacje. Zgodnie z cnotą porządku Benjamin miał ułożony szablonowy plan dnia, który zaczynał się wcześnie rano modlitwą oraz rozważaniami dotyczącymi nadchodzącego dnia, następnie pracą z krótką przerwą na posiłek i czytanie oraz wieczorna rozrywka (muzyka, rozmowa) i podsumowanie dnia. Rano zadawał sobie pytanie co dobrego dzisiaj uczynić, natomiast w wieczornym podsumowaniu zastanawiał się czego dobrego w tym dniu dokonał. Sam wspominał, że nie osiągnął perfekcji w cnotach, ale już sam proces czynił Go lepszym człowiekiem. Chociażby skromniejszy sposób, w jaki zaczął przedstawiać swoje opinie powodował lepsze ich przyjęcie i napotykał na mniejszy opór rozmówców. Wypracowanie niektórych cnót wymaga wiele czasu i poświęcenia nad odrzuceniem naturalnych, niedobrych skłonności. Za najtrudniejszą do poskromienia Benjamin uważał pychę.

Franklin obserwując ówczesną scenę polityczną zauważył, że kiedy jakaś partia osiągnie sukces, członkowie tej partii zaczynają zajmować się własnymi interesami i korzyściami co finalnie skutkuje zamętem, podziałami w partii i brakiem dobra na rzecz społeczeństwa. Chodziła Mu po głowie idea aby założyć towarzystwo oparte na nauce Jego autorskich cnót i w ten sposób wypuszczałby na świat dobrych i sprawiedliwych obywateli. Był bowiem zdania, że nawet jeden człowiek, z dobrze sformułowanym celem i planem i o odpowiednich predyspozycjach, może dokonać znaczących zmian w społeczeństwie kiedy bezgranicznie i bezwarunkowo podejmie się tego przedsięwzięcia. Wielość innych spraw nie pozwoliła Jemu jednak zrealizować tej idei.

Zajmując się innymi biznesami doświadczał osobiście prawdziwości w twierdzeniu, że łatwiej pomnożyć pewną sumę pieniędzy niż zdobyć pierwszą równowartość tej sumy.

Dzięki dobrej opinii jaką się cieszył wśród społeczeństwa był wybierany i mianowany na różne ważne stanowiska w zgromadzeniach, radach i komisjach, w ogóle o to nie prosząc! Ponadto ludzie tak cenili zdanie Franklina, że dopiero po jego aprobatach konkretnych projektów publicznych zaczęli się na nie przychylniej patrzeć i wspierać te idee.

Wtedy gdy Benjamin nie mógł wspierać jakiegoś projektu własną osobą, proszony o rady, służył nimi, dając wartościowe sugestie, które w swojej prostocie nierzadko były bardzo skuteczne. W jednym przypadku poradził szukającemu datków na projekt publiczny aby zaczął zbiórkę od tych ludzi, którzy znani są z hojności i przychylności, następnie zwrócił się do tych mniej przekonanych, przekonując ich listą osób, które już wsparły projekt z poprzedniej grupy a na koniec nie lekceważył tych, na których liczył najmniej. Poskutkowało to bardzo dobrze.

Za sprawą Franklina zaczęto również brukować i sprzątać chodniki i ulice, dzięki Jego odpowiednim właściwie dobieranym argumentom z korzyścią dla wszystkich mieszkańców, czyli ogólnego dobra (czystość, przyjemność, itd.). Był, w swoim rejonie, prekursorem niektórych rozwiązań technologicznych. Dbał o kwestie czysto techniczne i strategiczne takie jak wyższość jednego rynsztoku nad dwoma na ulicach, co skutkowało silniejszym strumieniem wody i efektywniejszym zmywaniem napotkanego błota i brudu.

Strategicznie podchodził do problemów, w czasie wojny i zagrożeń rozsądnie rozdysponowywał pracami odpowiednimi dla mężczyzn, kobiet czy dzieci. Utrzymując ich tym samym w gotowości, pracy i bezpieczeństwie co skutkowało ogólną przychylnością i korzyściami.

Pasjonował się także naukami przyrodniczymi, w tym atmosferą i elektrycznością czego owocem było wynalezienie piorunochronu.

Życie Benjamina Franklina było legendarne i inspirujące. Uważam, że najlepiej do Jego osoby pasuje stwierdzenie, że to człowiek, który ujarzmił pioruny i Amerykanów.

Open post

MOJA INSPIRACJA

Do niniejszego przedsięwzięcia (czytaj bloga i całego projektu NowaPasja.pl) przede wszystkim zainspirowało mnie moje własne życie. Życie dotychczas przeciętne z lepszymi i gorszymi momentami.
Życie, w którym studiowałem niezamierzony kierunek, chodziłem do przypadkowych prac, zajmowałem się głównie zabijaniem czasu bez większego celu i planu na przyszłość.
Jednocześnie coś mi się ciągle nie zgadzało, czegoś brakowało. Czułem potencjał, jednak nie potrafiłem go wdrożyć w życie.
Tutaj upatruję źródła tego największego bo wewnętrznie powstałego ognia do działania, do zmian. Nie bez znaczenia były również czynniki zewnętrzne,
wypływające bezpośrednio z otaczającego mnie świata, czyli od ludzi i sytuacji życiowych. Każdy człowiek doświadcza na swojej drodze niepowtarzalnych rzeczy, przecież nikt inny na całym świecie nie przeżyje dokładnie tych samych wydarzeń, w tej samej kolejności, w tym samym miejscu i czasie co Ty. Nikt nie spotka przez cały swój żywot dokładnie tylu i takich samym ludzi co Ty. Jednym zdaniem: nikt nie przeżyje swojego życia tak samo jak Ty! zastanów się nad tym – masz w sobie pewną wyjątkowość, którą możesz się podzielić, zainspirować.

A nigdy nie wiadomo kto, gdzie i kiedy może Cię zainspirować czy wlać nutkę nadziei w Twoje poczynania. Nikt też nie będzie odczuwać, nawet podobnych rzeczy, tak samo jak Ty.
Choć w wielu aspektach jesteśmy do siebie podobni to na pewno nie jesteśmy tacy sami. Między innymi w tym doszukuję się idei czerpania inspiracji zewsząd, czasami nawet z najmniej oczekiwanych stron. Jak się chce to można konstruktywne wnioski wyciągnąć z każdej historii, gdzie często ten potencjalnie negatywny epizod ku przestrodze może przynieść więcej korzyści i dobra niż się spodziewamy.

Szukając niedawno inspiracji znalazłem w internecie dwa niesamowite fragmenty, które wskrzesiły moją wewnętrzną wolę zmiany. Pierwszą sentencję przypisuje się Benjaminowi Franklinowi a jego myśl przewodnia brzmiała:

większość ludzi umiera w wieku 25 lat, ale czekają z pochówkiem aż do starości

Niezwykle mocno te słowa uderzają w człowieka takiego jak ja kiedy widzi taką myśl mając akurat te przysłowiowe 25 lat i zastanowi się chwilę jak to przekłada się na jego życie. U mnie było to po prostu brutalne i bezlitosne uderzenie prawdy w oczy. Widmo młodej osoby świeżo po studiach (czyli po etapie zakończenia jakiejkolwiek edukacji przez większość osób) pracującej na niekoniecznie wymarzonym etacie, na którym będzie wykonywać powtarzalną pracę przez dni, tygodnie, miesiące, lata aż do nieuchronnej starości skutecznie mnie przebudziło i postawiło w stan czujności. Uważam, że określenie tego wieku na 25 rok życia jest jak najbardziej adekwatne z racji właśnie ukończenia przez większość osób właśnie w tym wieku swojej edukacji oraz wyboru swojej dalszej ścieżki kariery czy po prostu dalszej drogi życia, co w wielu przypadkach może opierać się na chęci łatwej egzystencji co paradoksalnie może przynieść całkowicie odwrotny skutek od zamierzonego. Wszyscy na pewno umrzemy ale czy wszyscy aby na pewno żyjemy? Żyjemy własnym życiem? I czy długość tej kalendarzowej egzystencji pokrywa się z rzeczywistym, świadomym życiem?

 

Drugim zapłonem godnym refleksji było w zasadzie całe życie Helen Keller, kobiety, która w wieku niespełna dwóch lat na skutek choroby straciła wzrok, słuch i w znacznym stopniu mowę. Pomimo wydawałoby się tak wielkich przeciwności nie poddała się i poznawała świat jedynie za pomocą pozostałych zmysłów. To nie przeszkodziło Jej stać się szanowaną, międzynarodową pisarką i działaczką społeczną oraz dożyć sędziwego wieku w szczęściu. Jak sama mówiła:

gorsze od niewidzenia byłoby życie ze wzrokiem ale bez wizji

Takich historii jak te dwie powyższe jest mnóstwo, ludzi którzy inspirują i zarażają pozytywną energią i nastawieniem, również. Najpiękniejsze jest to, że czerpać możemy w zasadzie od każdego od kogo tylko będziemy chcieli coś wynieść. Nieważne czy będzie to jak B. Franklin jedna z donioślejszych postaci w historii Stanów Zjednoczonych czy jak H. Keller niepełnosprawna kobieta (która na swój sposób była o wiele sprawniejsza od innych ludzi). Te dwie postacie (mimo pewnych zastrzeżeń, które generalnie można mieć do każdej jednej osoby na tym świecie) wskrzesiły mój potencjał i chęć podjęcia pewnego ryzyka związanego z nowym, całkowicie odmiennym rozdziałem w moim życiu pod szyldem NowejPasji.pl.

Powyżej wspomniałem osoby, które do działania mnie wskrzesiły, i których życiorysem zajmę się szczegółowiej w pierwszej kolejności. Jednak punktów zapalnych było sporo. Zawsze wizualizowałem sobie, że zrobię coś “większego” albo zainspiruję się czymś i wszystko się nagle zmieni. Tak było np. z przebiegniętym maratonem, na który się rzuciłem bez większego przygotowania z dotychczasowym, jednorazowym rekordem długości biegu liczącym dystans półmaratoński. Granice po takim wyczynie co prawda się rozmazują a umysł otwiera na inne wyzwania ale myślę, że to kwestia bardziej złożona aniżeli jednej rzeczy. To kwestia szukania i inspirowania się ludźmi, książkami, muzyką, sportem, otoczeniem i wydarzeniami.

Więcej konkretów wkrótce w artykułach o mojej drodze na bloga, spotkanych “inspiracjach” i przełomowych wydarzeniach 🙂

Nic złego w procesie odkrywania i budowania prawdziwego „ja” nie może się stać, a dobre rzeczy pojawiają się już na starcie, chociażby w kwestii nastawienia, nadziei i ciekawości podejmowanych wyzwań. Powyższa przygoda zapowiada się obiecująco!