Open post

Spokój i rozwój w czasie Pandemii. Czy to możliwe?

W obliczu różnych chorób, kryzysów czy żywiołów poszczególne grupy ludzi są (w pewnych zakresach) ograniczone zewnętrznie. Nierzadko jednak zdarza się też, że ograniczamy się my sami. Co więcej odgradzamy się też od innych, i nie chodzi tu tylko o zachowanie bezpiecznych odległości od siebie w czasie pandemii. Ciekawe spostrzeżenia na ten temat ma dwóch przyjaciół, którzy tworzą wspólnie bloga https://www.theminimalists.com/ i podcasty z nim związane. W podcaście zatytułowanym “How to Live Through This” Joshua Fields Millburn i Ryan Nicodemus przedstawiają swój pogląd na życie w czasie pandemii.

PODCAST w PIGUŁCE:

POŻĄDANE ASPEKTY ZACHOWAŃ W CZASIE PANDEMII (według autorów):

  • Nie chodzi tylko o przetrwanie pandemii w domu. Można w tym czasie zrobić ogrom konstruktywnych rzeczy, także tych nowych dla samego siebie. Autorzy twierdzą, że czas ten jest dobry aby wyjść ze swojej strefy komfortu i nie obumierać wewnętrznie.
  • Większość ludzi musi zmieniać swoje życiowe plany, ale nie jest to powód do panikowania i popadania w depresje. Co więcej w tym czasie w swoim życiu można wiele zmienić na lepsze. Nie wykluczone jest też odnalezienie sobie ….. nowej pasji.
  • Nieocenieni w trudnych czasach są ludzie, którzy wykazują spokój i opanowanie, a także pozytywne nastawienie.

    ” kiedy zatłoczona uciekinierami łódź napotka sztorm lub piratów i każdy będzie spanikowany, wszyscy będą straceni. Jeśli choć jedna osoba zachowa spokój to wystarczy, aby pokazało to drogę do ocalenia” – to refleksyjna myśl, która padła w trakcie podcastu.

  • Podziękowanie pracownikom sklepu (apteki) za to, że są w tych trudnych czasach dla nas, wykonując swoją pracę – daje nadzieję na przyszłość im i nam wszystkim. W tłumie egoistycznie i chaotycznie działających ludzi jest to działanie niezwykle budujące.
  • Prospołeczne podejście do drugiego człowieka z życzliwością, opanowaniem i wdzięcznością podtrzymuje na duchu wszystkich dookoła.
  • Ludzie w przyjaznej atmosferze chętniej pomagają sobie wzajemnie, tworząc wspólnotę! Jeśli masz nadmiar jakiegoś produktu to podziel się z najbliższymi lub potrzebującymi.

    “Zanim kupisz 67 rolek papieru dla siebie, pomyśl o innych!”

NIEPOŻĄDANE ASPEKTY ZACHOWAŃ W CZASIE PANDEMII (według autorów):

  • Mało solidarnym zachowaniem jest gromadzenie jak największej ilości potrzebnych rzeczy tylko dla siebie. Nie twórzmy fortecy z papieru toaletowego czy jedzenia i nie odgradzajmy się w ten sposób od innych.
  • Najgorsze co można robić to panikować i reagować na tę panikę. Panika nakręca panikę. Dotyczy to zarówno mediów i jak życia społecznego.

Jakie Zmiany Nas Czekają?

Problem sprzedaży produktów i usług jest już aktualny, ale jeszcze bardziej się rozszerza. Co więcej nie wiadomo jak dużo firm nie otworzy się z powrotem po kryzysie gospodarczym. Powinniśmy być bardzo wdzięczni za to co mamy teraz, bo może za chwilę nam tego zabraknąć albo znacząco się zmienić. Niektóre rzeczy doceniamy dopiero po czasie. Trzeba być na to wszystko przygotowanym, ale żyć w miarę możliwości rozsądnie. Ciężko powiedzieć jak długo będą trwały zmiany w gospodarce i życiu codziennym ludzi. Autorzy przewidują czas od kilku tygodni do kilkunastu miesięcy. Tak naprawdę gotowym i elastycznym trzeba być na wszystko.

Dla wielu ludzi to czas nowych adaptacji w ekonomii, medycynie czy technologii.

Jak można wykorzystać okres w czasie pandemii?

  • To czas, który można wykorzystać naprawdę mądrze i twórczo!
    • zabierz się za czytanie zalegających książek na Twojej półce, na które wcześniej nie miałeś czasu
    • jeśli masz takie ambicje i chęci napisz własną książkę lub poradnik
    • uruchom własnego bloga albo naucz się jak to zrobić
    • nagraj swoje podcasty – tematyka nieskończona
    • naucz się nowych umiejętności: nauka gry na gitarze czy praktykowanie jogi
    • w produktywny sposób zapoznaj się z nowoczesnymi technologiami – to może okazać się bardzo przydatne w najbliższych czasach
  • Masz teraz prawdopodobnie więcej czasu – wykorzystaj to!
    • brak czasu to powszechna wymówka – teraz nie masz tej wymówki
    • możesz siedzieć na Netflixie całe dnie, ale co z tego będziesz miał?
    • spróbuj przynajmniej wykreować coś nowego
  • Uważaj na to co czytasz! Autorzy Podcastu zalecają bycie świadomym co dzieje się na świecie, ale nie wpadać w otchłań negatywnych informacji związanych z pandemią. Pojedyncze informacje (z rana lub wieczora) wystarczą. Natomiast ciągłe i przeważnie negatywne wiadomości “z ostatniej chwili” mogą Cię załamać. Mamy być jedynie poinformowani, a nie zatopieni w tych wiadomościach.

Ciekawostka Podcastu:

Może potrzebujemy jako ludzkość takiego resetu, takiego globalnego wyzwania? Może potrzebujemy odnalezienia się w nowej rzeczywistości i wyjścia po za strefę dotychczasowego komfortu?

Kiedy jak nie teraz zatrzymać się na chwilę, wraz z całym światem i przemyśleć wszystko od nowa?

Myśl Podcastu:

Minimalizm informacyjny (medialny), Maksymalizm twórczy (budujący)!

To nie czas na panikę, ale czujność oraz świadome i odpowiedzialne działanie! Rozsądnie dysponując tym czasem można nawet odnaleźć swoją …… nową pasję!

Materiał napisany na podstawie podcastu “How to Live Through This” – link TUTAJ!

Michał Schlegel / TreningSportowy.pl

Open post
kryzys gospodarczy

Wirus w Gospodarce! Jak przetrwać kryzys?

Wirus w gospodarce sieje równie wielkie spustoszenie jak w zdrowiu ludzi. Dbając o swoje zdrowie, zadbajmy także o swoją higienę finansową! Sytuacja z globalną pandemią koronawirusa dotyka nas wszystkich. Jest to sytuacja skrajnie bezprecedensowa. Każdy człowiek, wszystkie firmy, instytucje i państwa, całe kontynenty odczuwają skutki tego co się dzieje dookoła. Jedni radzą sobie lepiej, drudzy gorzej. Dbając teraz głównie o zdrowie swoje i swoich bliskich nie możemy też zapominać o innych obszarach życia. Świat musi jakoś funkcjonować. Załamania w gospodarce są nieuniknione, ale to nie oznacza, że mamy się temu bezczynnie przyglądać!

W zrozumieniu obecnej sytuacji, gdzie wirus w gospodarce mocno namieszał, pomoże nam Podcast: Finanse Bardzo Osobiste z 26 marca 2020 r. pt. “Gospodarka w czasach koronawirusa. Co będzie dalej?” link do całego podcastu TUTAJ! Autorem podcastu jest Marcin Iwuć: ekonomista, przedsiębiorca, doświadczony menedżer i publicysta w zakresie rynków kapitałowych i finansów osobistych. Prowadzi także bloga o finansach: https://marciniwuc.com/

PODCAST w PIGUŁCE. Strategiczne Informacje:

  • Na podstawie przeszłych kryzysów można przewidywać ewentualne następstwa w dzisiejszym kryzysie gospodarczym związanym z Koronawirusem.
  • Zawsze po upadkach gospodarczych następowało upragnione odbicie (kwestia czasu i specyfiki kryzysu).
  • Złoto to zawsze mocne “aktywo”. Kryzys dla złota nie jest taki straszny, nawet na etapie trwania spadku gospodarczego.
  • Umiarkowany dodruk pieniędzy (“naprawczy” sposób finansowania) w kryzysie wcale nie musi prowadzić do niebezpiecznej inflacji.

Możliwe scenariusze dla sytuacji “wirus w gospodarce”:

  • Pozytywny: szybkie lub powolne odbicie gospodarki do góry po sięgnięciu tzw. “dołka”. Scenariusze te przybierają obrazowo kształty liter kolejno V lub U.
  • Średni: wychodzenie z dołka, ale z nawrotem epidemii. Kształt litery W.
  • Negatywny: upadek gospodarczy przez dłuższy czas. Litera L.

    Kristalina Georgieva, dyrektor International Monetary Fund (Międzynarodowego Funduszu Walutowego) mówi, że “globalna recesja w tym roku będzie co najmniej tak dotkliwa jak w czasie ostatniego wielkiego kryzysu finansowego”. Poprawa sytuacji jest przewidywana na 2021 rok – dodaje. Link do rozmowy TUTAJ.

Fazy cyklu gospodarczego w sytuacji “wirus w gospodarce”:

  1. Panika i niepewność w gospodarce. Spadki na rynkach finansowych.
  2. Przestoje finansowo – zobowiązaniowe w firmach. Gorsze nastroje społeczne. Ceny akcji spadają (nadal).
  3. Zapewnianie płynności w gospodarce. Próby zahamowania bankructw i bezrobocia.
  4. Stopniowe wychodzenie z kryzysu.
  5. Stopniowy powrót do prawidłowo funkcjonującej gospodarki. Zmierzenie się z wcześniejszymi zadłużeniami państwa.

Jak zachowują się popularne aktywa w czasie kryzysów:

  • Akcje – mocno spadają na początku, ale po odbiciu od “dołka” mocno się odbijają
  • Surowce Przemysłowe oraz Obligacje Korporacyjne – zachowują się podobnie jak akcje, ale wahania są mniejsze
  • Złoto – trzyma się dobrze w każdej fazie kryzysu. Jest to “bezpieczna przystań” w każdych warunkach.
  • Nieruchomości oraz waluty główne (np. dolar, euro) – nieznaczne zmiany wartości, w miarę stabilne.

Jak przetrwać sytuację “wirus w gospodarce”?

  • przejrzeć swoje wydatki domowe i zrezygnować z tych niepotrzebnych
  • kryzys w gospodarce to nie jest dobry czas aby nadpłacać zaciągnięte kredyty
  • trzymać pieniądze, mieć przepływy pieniężne. Chodzi o posiadanie Cashflow, aby mieć za co żyć na bieżąco.

    Nie wiadomo jak będzie za kilka tygodni/miesięcy wyglądać sytuacja na rynku. Nikt tego w 100% nie wie! Nie bawmy się w proroków, ale korzystając z doświadczeń z minionych kryzysów można pewne następstwa przewidzieć z większą dozą prawdopodobieństwa.

Czy grozi nam hiperinflacja?

Nie powinno się tak zdarzyć. Większość transakcji na rynku to kredyty, więc jeśli dodrukowana gotówka będzie uzupełniać ubywające kredyty, których banki nie będą udzielać już tak chętnie to balans finansowy powinien zostać utrzymany.

Poziom cen = ilość pieniądza / ilość dóbr i usług

Ciekawostka Podcastu:

“Helicopter Money” – obrazowa idea rozrzucenia dodrukowanych pieniędzy z “helikoptera” jako koło ratunkowe dla pogrążonej w kryzysie ludności. Ludzie dostając dodatkowe pieniądze mogliby je zacząć na nowo wydawać na produkty i usługi, co powierzchownie mogłoby ruszyć gospodarkę do przodu. Jest to jednak koncepcja pozbawiona długofalowego i głębszego spojrzenia na kryzys.

Myśl Podcastu:

“Spokój (także finansowy) wynika z szerszej perspektywy patrzenia na świat!”

Artykuł napisany na podstawie Podcastu: Finanse Bardzo Osobiste z dnia 26 marca 2020 r. pt. “Gospodarka w czasach koronawirusa. Co będzie dalej?”.


Michał Schlegel / TreningSportowy.pl

Open post
korzyści treningu sportowego , spotykanie znanych ludzi, Adam Małysz

(Nie)oczywiste korzyści Treningu Sportowego!

Każdy z nas wie, że uprawianie sportu lub po prostu bycie aktywnym w codziennym życiu daje mnóstwo korzyści zdrowotnych. Większość ludzi dla tego powodu też trenuje. Niektórzy bo chcą, niektórzy bo muszą. Po za pożytkiem zdrowotnym jest też szereg innych zalet prowadzenia sportowego życia. Ostatnio coraz częściej zauważam korzyści treningu sportowego, także w aspekcie społecznym i psychicznym. Na początek przypomnimy sobie jednak te fundamentalne “oczywistości”.

Zdrowotne korzyści treningu sportowego:

1) Sylwetka (wygląd), którą sami tworzymy według swojego upodobania, wiedzy i możliwości, a nie według dzieła “przypadku”. Spalanie tkanki tłuszczowej, budowanie mięśni czy modelowanie ciała to mniej lub bardziej czasochłonny proces, wymagający minimalnej dyscypliny.

2) Lepsza kondycja (forma). Przekłada się na życie codzienne, w którym mniej się męczysz, poprawiasz swoją wydolność, masz większą odporność.

3) Z punktu medycznego obniżenie ciśnienia krwi, wydajniejsza praca serca i układu krwionośnego, a także zapobieganie chorobom cywilizacyjnym.

4) Sprawność ogólna. Jesteś w stanie więcej zrobić z własnym ciałem. Więcej Twoich mięśni, kości, stawów jest “pobudzonych” do życia.

korzyści sportu TreningSportowy.pl

 

Społeczne korzyści treningu sportowego:

1 ) Poznajesz znanych oraz inspirujących ludzi sportu i nie tylko. Tak, główne zdjęcie odnosi się właśnie do tego punktu. Na swojej sportowej ścieżce poznałem już wielu sportowców, ale jeszcze żadnego tak znanego jak Adam Małysz, w tak oryginalnym miejscu, jak środek powiatowej drogi, w otoczeniu pola rzepaku 🙂 . Miało to miejsce w ramach biegu Wings for Life.

2) Otaczasz się na co dzień ludźmi, którzy mają sportową pasję, podobną do Twojej. Spędzasz z nimi aktywnie czas, motywujecie się wzajemnie i robicie szybszy progres w fajnej atmosferze wsparcia i zdrowej rywalizacji.

3) Bierzesz udział w fajnych wydarzeniach i akcjach sportowych. Poznajesz mnóstwo nowych osób, polepszasz swój warsztat sportowy (umiejętności i wiedzę), a także nabywasz niezastąpione doświadczenie. Nie rzadko można też podpiąć się i wspomóc akcje charytatywne, przy okazji trochę się ruszając (#walczJasiu).

walcz Jasiu

wspólna zabawa korzyści treningu sportowego

korzyści Treningu Sportowego

 

Psychiczne korzyści treningu sportowego:

1 ) Dobre samopoczucie (psychiczne). Jest to mocno skorelowane z korzyściami zdrowotnymi. Rozładowanie negatywnych emocji, czystość myślenia i lepsze nastawienie do codziennych spraw pomoże naszej głowie zrobić porządek z napięciami i stresem.

2) Automotywacja do działania i satysfakcja, napędzana osiąganymi wynikami i efektami. Wypływają z tego też dodatkowe pokłady energii – chce Ci się po prostu więcej

3) Masz lepszy nastrój, praca mózgu jest bardziej twórcza a koncentracja wzmożona co sprawia, że Twoje horyzonty się poszerzają. 

4) Masz się w życiu czym zająć 🙂 Czy to w wolnych chwilach czy bardziej profesjonalnie. Pomaga to w uniknięciu wielu psychicznych przypadłości, jak choćby stanów depresyjnych. 

Amatorski sport to ogrom profitów zdrowotnych, społecznych i psychicznych. Nie sposób je wszystkie wymienić. Ważne jednak aby opierały się one na podstawowej wiedzy sportowej i dobrej zabawie 🙂

Wszystko o treningu sportowym, diecie i inspiracji znajdziesz na: TreningSportowy.pl – moim głównym projekcie sportowym! Gdzie w prosty i zrozumiały sposób wejdziesz w świat treningu 🙂

WWW: https://treningsportowy.pl/

Facebook: https://www.facebook.com/treningsportowy/

Instagram: https://www.instagram.com/treningsportowy.pl/

#pokonajlenia
Michał Schlegel

korzyści Treningu Sportowego

 

Open post

Miej Odwagę Zwyciężać!

Strach to często główny powód, który nie pozwala nam podjąć działania wymierzonego w określony cel. Boimy się niepowodzenia, odrzucenia, opinii innych oraz wchodzenia w coś nowego, nieznanego. Głównie to blokuje nas w realizacji własnych marzeń, ale potencjalnych powodów jest znacznie więcej. Jestem zbyt niski / wysoki, słabo / dobrze wykształcony, biedny / bogaty – wygodną wymówkę znajdziemy wszędzie. Przecież można powiedzieć, że jest się bogatym, dobrze wykształconym, więc po co robić coś WIĘCEJ ? Usprawiedliwień jest nieskończenie wiele. Mało kto się przyzna, że tak naprawdę boi się porażki lub …. sukcesu. Paradoksalnie to właśnie ewentualny sukces może nas paraliżować. Razem z nim pojawią się przecież nowe obowiązki m.in. wystąpienia przed tłumem ludzi czy zarządzanie jakimś większym projektem czy większymi pieniędzmi. Stając się osobą bardziej medialną trzeba będzie sobie poradzić z prasą, reflektorami a już na pewno z krytyką. Myśląc w kategoriach obawy przed tym wszystkim, powstrzymujemy się sami. Nie ogranicza nas wcale tak bardzo świat zewnętrzny i nasze cechy. Największym problemem są nasze myśli.

Bardzo przypadło mi do gustu rozbicie angielskiego słowa FEAR (strach, lęk) jako wyrażenia “False Evidence Appearing Real” – fałszywe dowody wyglądające na prawdziwe. Ten strach nie pozwala nam podejmować prób, przez co nie ruszamy się z miejsca. Strach często odbiera pewność siebie i sprawia, że jesteśmy przekonani o naszym mizernym przeznaczeniu. Jeśli on będzie wiodącą cechą w naszym życiu, nie odważymy się zwyciężać. Dopiero gdy zdamy sobie sprawę, że główne źródło strachu jest w nas, a szukanie zewnętrznych usprawiedliwień nie ma sensu – wówczas będzie mógł nastąpić przełom. Przełom polegajacy na realizacji swoich marzeń. O tym czy życie Cię niszczy czy wzmacnia decydujesz Ty sam.

Podjęcie działania często oznacza nowe problemy, ale czy to źle? Tylko ludzie na cmentarzu ich nie mają. PROBLEMY TO OZNAKA ŻYCIA ! Jeśli je masz to znaczy, że żyjesz i jesteś częścią tego świata. Co więcej rozwiązując problemy i potrafiąc się z nimi obchodzić stajemy się silniejszymi osobami. Ciężkie chwile często stwarzają nowe perspektywy. Można wówczas odbić się od przysłowiowego dna, a nie kurczowo trzymać się mielizny. Może to początek nowego (lepszego) rozdziału w życiu i szansa na zmianę? Trzeba na to patrzyć z dystansem. Każdy z nas ma jakieś problemy. Różnica tylko w tym, że są one bardziej lub mniej widoczne.

porażki dane są zwykłym ludziom po to, by uczynić ich ludźmi niezwykłymi

Ile jest świadectw zwykłych ludzi, którzy po jakimś przykrym incydencie w życiu stali się osobami niepełnosprawnymi, co paradoksalnie polepszyło ich życie w późniejszym czasie. Odnaleźli się oni w całkowicie innej dziedzinie, niż dotychczas.

człowiek ma w życiu albo wymówki, albo wyniki

Ludzie sami kreują swój wizerunek, niezależnie od zarobków, urody czy zdrowia, ale od tego jak sami się postrzegają. Esencją tego zagadnienia jest myśl Henry Forda

gdy myślisz, że coś możesz lub czegoś nie możesz, za każdym razem masz rację

Od Ciebie zależy czy jedna, dwie albo nawet pasmo porażek przerwie Twoją drogę do realizacji marzeń czy może każdy błąd będzie nauką i krokiem w przód do czegoś większego. Wyobraź sobie Thomasa Edisona, ponadczasowego wynalazcy, który popełniał tysiące nieudanych prób, zanim wynalazł żarówkę i stał się legendą. Dla niego to nie były porażki, lecz eksperymenty, z których wyciągał wnioski. Nie rezygnował po nieudanej próbie, wręcz przybliżał się do celu. Wiedział bowiem, że to nie działa, dlatego trzeba wypróbować coś innego. Problemy mogą nas zmusić do takich zmian do jakich by normalnie nie doszło. Nie podejmowanie prób/zmian to najprostsza i najpewniejsza droga do zapewnienia sobie porażki.

Każdy człowiek od urodzenia wyposażony jest w drogocenne bogactwo jakim jest mózg. Dobrze ukierunkowane komórki mózgowe doprowadzą nas dokąd tylko zechcemy. Trzeba mieć zatem w życiu cel albo kilka celów. Nasza świadomość decyduje “co” robimy, a podświadomość “jak” to robimy. Jeśli nie wprowadzimy tego “co” to podświadomość nie musi się męczyć szukając “jak”. Tym samym ciągle zostajemy w tym samym miejscu. Dlatego tak ważne jest zadanie sobie pytania, czego tak naprawdę chcesz. Jeszcze lepiej jest to sobie zapisać i wracać do tego co jakiś czas, jak do życiowego drogowskazu. Po za tym pisząc kreujesz myśli, cele, emocje. Zapisuj wiele celów bo mają one różne okresy “wylęgania”. Toteż jedne przyjdą (zrealizują się) szybciej, drugie wolniej. Wszystko ma swój czas. Gdy tylko zaczniesz osiągać swoje cele, ludzie przekonają się do czego jesteś zdolny i będą twierdzić, że jesteś wybitny, niezwykły i oryginalny. Niech Twoje wyniki i działania mówią za Ciebie.

Cele wyznaczamy sobie dobrowolnie, ale zobowiązująco. Dobrze byłoby mieć też jeden nadrzędny cel życia, do którego prowadzą pośrednio lub bezpośrednio cele cząstkowe. Na przykład życiowym celem Disneya było “czynić ludzi zadowolonymi i radosnymi”. Cel o nazwie “służenie ludziom” przeważnie jest celem do ostatniego dnia życia. Zanim odpowiemy sobie na pytanie co i jak chcemy robić warto zadać sobie pytanie dlaczego chcemy to robić. To jest wartość, która będzie nami przewodzić w trudnych momentach. Mając jasno określony cel, nie ma czasu na pierdoły, złe nawyki i negatywne myślenie. Brnie się po prostu do przodu. Skup umysł na celu. Dołóż ciężką pracę i sprawdź co się stanie. Wizualizuj swoje działanie / przyszłość – mózg pomoże Tobie osiągnąć cel. Wielkie marzenia nie kosztują więcej niż małe.

Świat, w którym żyjemy, jest kombinacją obrazów wytworzonych we wszystkich ludzkich umysłach

To od nas zależy jak postrzegamy nasze otoczenie. Jeśli źle będzie źle, jeśli dobrze tak też będzie. Pozytywne myślenie przyciąga ludzi, którzy również cenią sobie pozytywną, twórczą energię. Łącząc takie siły robi się fantastyczne rzeczy. Zatem zaprogramuj się pozytywnie i mów o tym głośno. Umysł jest w stanie osiągnąć wszystko, co potrafi wymyślić i w co potrafi uwierzyć. Nie analizuj wszystkiego. Działaj. Komplementuj też innych i podnoś ich na duchu.

Życie jest jak chodzenie po linie. Człowiek w każdej chwili może upaść, ale cały czas stara się iść naprzód, dążąc do swojego życiowego celu. Osiąga po drodze także cele cząstkowe. Jeśli nie potrafimy złapać równowagi życiowej to nie jesteśmy w stanie posuwać się dalej naprzód po linie życia. Problemy finansowe lub inne nie mogą nas wstrzymywać i zabierać mnóstwa czasu. Zawieszamy się wówczas na tej przysłowiowej linie życia i nie idziemy do przodu. Wyłącznie od nas zależy czy pójdziemy po linie życia dalej czy będziemy zwisać w jednym miejscu, aż lina się urwie. Nikt inny za nas życia nie przeżyje i nie podejmie decyzji co zrobimy z własną drogą.

sukces jest przeważnie zwieńczeniem procesu przezwyciężania porażek

Musisz uświadomić sobie, jaki element Twojego życia zakłóca równowagę i jak ten element zharmonizować z innymi. Każda droga zaczyna się od myśli, pomysłu, które trzeba wprowadzić w życie. Zapisuj pomysły bo zanikają. Skąd brać pomysły?  Ano najlepiej z codzienności i codziennych problemów. Rozpoznawalna na cały świat tabliczka samochodowa “Baby on Board” została wymyślona przez kobietę, która bała się o swoje dziecko w trakcie jazdy w samochodzie. W ten sposób komunikowała innym uczestnikom ruchu, że jedzie z nią dziecko. Patent przyjął się na szeroką skalę. Tak też może być z Twoim pomysłem, który możesz sprzedać do realizacji. Wykorzystuj w kreatywności codzienność, ciężkie sytuacje, problemy – wszystko. Aby coś było pożyteczne zadowolone powinny być wszystkie strony. Zasiej ziarno i bądź cierpliwy. Zrób coś dobrego dla świata. Odwdzięcz się za to, że na nim jesteś.

Na świecie jest mnóstwo gór, zostań królem jednej z nich i pomagaj innym. Znajdą się ludzie, których nie zainteresuje Twoja droga, ale będą też tacy, dla których Twoja droga będzie inspiracją. Będą tacy, którzy Cię wyśmieją, skrytykują, ale także Ci, którzy pomogą. Aby dojść do zwycięstw trzeba odnieść pasmo porażek, problemów, które w trudzie doprowadzą nas do wymarzonego miejsca. Do tego właśnie potrzebna jest odwaga zwyciężania.

Często jednak sami nie wiemy co jest tym naszym “wymarzonym miejscem”. Przydatne w tym zakresie może okazać się zadawanie sobie wielu pytań, typu: na co czekam? jaki mam talent? co chce mieć? co lubię robić? jaki mam atut? Warto w swoje rozważania wpleść także ćwiczenia fizyczne. Zintegruje to ciało i ducha, dając całościowe poczucie siebie. Nieocenione mogą okazać się zwykłe spacery, na których po za ruchem, chłoniesz wszystko na co patrzysz. Szukaj piękna, zachwytu. Ludzie, których spotykasz powinni działać na Ciebie inspirująco i ekscytująco. Bądź też taki dla innych. Poznawaj ludzi, stwarzaj sobie nowe możliwości. Prawo przyciągania mówi, że doświadczysz wszystkiego o czym myślisz wystarczająco długo i intensywnie. Wypadałoby jednak w tym kierunku jeszcze długo i intensywnie działać, nie tylko o tym myśleć.

To o czym myślimy i co dostarczamy swojemu umysłowi jest równie ważne jak to co dostarczamy swojemu żołądkowi w pokarmie. Skoro staramy się unikać śmieciowego jedzenia, dlaczego by nie unikać śmieciowych informacji? Gdy będziesz mieć ukierunkowaną drogę na cel, najlepiej taki, który służy ludzkości, nie będziesz przejmować się byle jakimi rzeczami. Skupisz się na swoim życiowym celu i przestaniesz się chaotycznie poruszać w gąszczu niepotrzebnych informacji. Filtruj odpowiednią wiedzę i wartości z książek, kursów, szkoleń, rozmów z ludźmi. Dziel się myślami, wiedzą, doświadczeniem.

Gdy ktoś jest w ciemności, niech zapali od Ciebie światło ze świeczki. Ty nic nie stracisz a płomień pójdzie dalej i rozświetli czyjeś życie.

Twój umysł jest najpotężniejszym narzędziem we wszechświecie. Wykorzystaj to zmieniając świat w lepsze miejsce. Podłącz się pod siłę wszechświata. Miej odwagę zwyciężać!

 

Open post

PODSUMOWANIE 2018 ROKU

Rok 2018 się kończy trzeba się więc rozliczyć z postawionych sobie publicznych celów na ten rok 🙂

1) KORONA MARATONÓW ze średnią poniżej 4 godzin na bieg – 100%

* zadanie wykonane zgodnie z założonym planem
* w roku kalendarzowym 2018 przebiegłem maratony w: Dębnie, Krakowie, Wrocławiu, Warszawie i w Poznaniu
* trzy maratony pokonałem poniżej 4 godzin, dwa powyżej, średnia na bieg wyszła poniżej 4 godzin na bieg
* szczegóły tutaj: https://nowapasja.pl/moja-droga-po-korone-maratonow-2018/

2) Przebiec ULTRAmaraton górski 100 km – 120%

* największe jednorazowe wyzwanie biegowe tego roku
* pierwsze moje zawody powyżej 42 kilometrów oraz pierwsze na górskim terenie
* dystans 100 km pokonany w dobrej formie + 9 km dodatkowe od organizatora 🙂
* zdobyty tytuł ultramaratończyka 🙂
* pokonana bariera 100 km
* wygrana w kategorii wiekowej M20 🙂
* bardzo udane zawody, szczegóły tutaj: https://nowapasja.pl/jak-zostac-ultramaratonczykiem-100-km-moja-historia/

3) Ukończyć SURVIVAL RACE MACHINE 12 KM – 100%

* był to mój debiut na tego typu zawodach przeszkodowych i od razu wybrany największy i najtrudniejszy dystans
* 12 km biegu z 50 przeszkodami na trasie
* różne przeszkody, pokonywane radośnie razem z moją drużyną V-Cross, praca zespołowa nie raz popłacała 🙂
* szczegóły tutaj: https://nowapasja.pl/survival-race/

4) złamać 3:30 na maratonie – 70%

* cel założony w ramach korony maratonów
* w trakcie przygotowań zrozumiałem, że nie pogodzę tego też np. z mocnymi treningami na siłowni
* nie było też od samego początku dużego ciśnienia na życiówki w maratonie, o wiele bardziej lubię krótkie i szybkie biegi
* moją życiówkę na maratonie 3:52:00 z Krakowa i tak uznaję za przyzwoitą 🙂

5) 5 km biegu poniżej 19:30 z oficjalnym pomiarem czasu – 50%

* największy mój sportowy zawód tego roku
* na bieżni elektrycznej życiówki oscylowały nawet koło 18 minut, ale w terenie życiówka z tego roku to 20:06
* jest to wynik gorszy nawet od życiówki sprzed roku
* no cóż, maratonom i ultramaratonowi nie było po drodze z szybkością 🙂

6) wyścig 120 km Bike Challenge poniżej 4 godzin – 80%

* czas ostateczny 4:46, kiepski, ale byłem z siebie zadowolony
* jechałem na pożyczonym w ostatniej chwili rowerze (za małym, na szerokich oponach i pedałach spd – w normalnym obuwiu)
* tego dnia wiał silny wiatr i była ulewa
* mimo wszystkich przeciwności i słabego czasu byłem z siebie zadowolony 🙂

7) wyprawa rowerowa powyżej 1 000 km w 5 dni – 120%

* dla wielu osób był to mój najbardziej atrakcyjny cel na ten rok
* trasa Poznań – Zakopane – Poznań
* w sumie 1085 km w 5 dni na rowerze – jest to wynik oficjalnie potwierdzony, było tego trochę więcej 🙂
* dla mnie była to wspaniała przygoda z mnóstwem atrakcji po drodze
* szczegóły tutaj: https://nowapasja.pl/ponad-1000-km-rowerem-5-dni/

8) 5 nowych państw z Nową Pasją – 40%

* zabrakło środków i czasu, ale wiadomo to nie jest żadne wytłumaczenie 🙂
* było mało, ale konkretnie (tylko 2 z 5 zamierzonych państw)
* Szkocja i Włochy to przecudne miejsca, które polecam każdemu
* szczegóły Włochy: https://nowapasja.pl/pompeje-neapol-wlochy-panstwo-nr-6/
* szczegóły Szkocja: https://nowapasja.pl/edynburg-szkocja-panstwo-nr-7/

9) Artykuły z 3 nowo przeczytanych książek – 30%

* mało przemyślany sposób na realizację tego celu
* nie miałem pomysłu na materiały, a nie chciałem robić streszczeń 😛
* w nowym roku będzie więcej osobistych spostrzeżeń i rozmyślań
* artykuł tylko 1 z 3 zaplanowanych, ale wartościowy pod kątem ultramaratonu 🙂
* artykuł z tego roku: https://nowapasja.pl/jedz-biegaj-scott-jurek/

10) Systematyczne prowadzenie bloga i social mediów – 90%

* jest znacznie lepiej niż w zeszłym roku
* rozwijam i nadal uczę się nowych rzeczy
* coraz więcej artykułów, postów i zdjęć
* otrzymuję też sporo pozytywnych wiadomości o projekcie NowaPasja.pl

Jak widać nie wszystko wychodzi idealnie, ale wychodzi bardzo wiele rzeczy 🙂
Potrzebny jest cel, determinacja i troszeczkę włożonego wysiłku 🙂

SUBIEKTYWNA OCENA POWYŻSZYCH CELÓW: 800 pkt / 1000 pkt = 80 %

TO BYŁ DOBRY ROK 🙂

 

Open post

Historyczna Biało-Czerwona Niedziela – 11 Listopada

11 listopada to data niezwykle istotna dla każdego Polaka, chociaż wydaje się, że nie wszyscy do końca zdają sobie sprawę z doniosłości tego święta. Fakt wyzwolenia się po 123 latach z niewoli mocarstw zaborczych oraz powrót na mapę Europy powinien być należycie i wspólnie świętowany w całej Polsce każdego roku. W bieżącym roku gdy przypadła okrągła 100 rocznica odzyskania przez Polskę niepodległości jubileusz i towarzyszące uroczystości były szczególne. Osobiście od dawna planowałem uczcić obchody odzyskania niepodległości w wyjątkowy sposób. Będąc dumny z bycia Polakiem, szanując historię i polskich bohaterów a także czynnie zajmując się sportem postanowiłem wziąć udział w biegu oraz marszu niepodległości w Warszawie.

1) BIEG NIEPODLEGŁOŚCI W WARSZAWIE – w setną rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości przypadł również okrągły jubileusz 30 biegu niepodległości w Warszawie. To biegowa impreza na dystansie 10 kilometrów, która na sportowo upamiętnia wydarzenia z 1918 roku. Otoczka i atmosfera panująca dookoła tego przedsięwzięcia jest wspaniała. Niemal 20 tysięcy biegaczy ustawiających się na starcie w białych oraz czerwonych koszulkach stworzyło żywą biało-czerwoną flagę. Mnóstwo osób, po za wspomnianymi koszulkami przygotowanymi przez organizatorów biegu, miało także własne symbole narodowe. Przed biegiem odśpiewaliśmy hymn Polski i o szczególnej godzinie 11:11 ruszyła pierwsza strefa z najszybszymi biegaczami. Tuż za nią ruszył wielotysięczny tłum pozostałych biegaczy zalewając bielą i czerwienią centrum Warszawy. Równolegle w czasie trwania biegu do Warszawy zjeżdżały się tysiące ludzi na popołudniowy marsz niepodległości. Także sami warszawiacy tłumnie zaczęli wychodzić na ulice stolicy. To wszystko sprawiło, że na trasie biegu, jak i dookoła panował biało-czerwony klimat. W takiej patriotycznej scenerii nie było innego wyjścia jak przełamanie własnych słabości i poprawienie „życiówki” na dystansie 10 km. W tłumie niekiedy biegnie się ciężko, ale ten tłum też niesie do przodu. Mnie poniósł na linię mety z czasem 42 minut i 10 sekund – co jest moim oficjalnym, aktualnym rekordem na tym dystansie. Na mecie na każdego biegacza czekały oczywiście piękne, tematyczne medale nawiązujące do święta niepodległości. Pierwszy raz zdarzyło się w moich ulicznych biegach wpaść na metę, gdy inni biegacze z ostatnich stref startowych jeszcze nie wystartowali 🙂 .

 

2) MARSZ NIEPODLEGŁOŚCI W WARSZAWIE – to manifestacja, która budziła niejednokrotnie sporo kontrowersji. Mimo różnych problemów natury organizacyjnej demonstracja ukazująca przywiązanie do polskiej tradycji i patriotyzmu doszła do skutku. Początek przemarszu ulicami Warszawy był zaplanowany na godzinę 15 z ronda Dmowskiego przy Pałacu Kultury i Nauki. Dochodząc do centralnego miejsca wydarzeń w oczy rzucały się dwie rzeczy: ogromny tłum ludzi oraz ocean biało-czerwonych flag. Wrażenie piorunujące. Obserwując innych uczestników marszu można było z całą pewnością stwierdzić, że byli tam ludzie z każdego zakątka Polski. Były tam pojedyncze osoby, rodziny z dziećmi, mniejsze grupki znajomych aż po duże zorganizowane grupy z innych miast. Sporą część uczestników marszu stanowiły środowiska kibicowskie z całej Polski, tego dnia idąc ramię w ramię z pozostałymi. Rozpiętość wiekowa uczestników była równie ogromna, od dzieci w wózkach po osoby w podeszłych latach. Oczywiście przeważali ludzie młodzi i w średnim wieku, co też dobrze prognozuje na przyszłość, że Polacy nie zapomną o takich uroczystościach.

Bardzo ciężko oszacować ilość ludzi w tak ogromnym skupisku. Według większości informacji szacuje się, że było około 250 tysięcy ludzi, którzy ruszyli z ronda Dmowskiego, przez Aleje Jerozolimskie i most Poniatowskiego na błonia Stadionu Narodowego. Trasa ta wynosi niecałe 4 kilometry, ale w tak ogromnym tłumie cały przemarsz trwał około 4 godzin. Pod stadionem zorganizowano koncert artystów wyznających patriotyczne wartości. W trakcie występów muzycznych z centrum miasta wybrzmiewał całkiem pokaźny i długi pokaz fajerwerków.

Podczas marszu mimo potężnego natłoku oraz różnych osób z różnych środowisk wśród uczestników z całej Polski nie dochodziło do większych ekscesów. Zjednoczony, patriotyczny marsz Polaków przeszedł wyznaczoną trasą skupiając się głównie na świętowaniu 100 lat od odzyskania niepodległości. W trakcie marszu krążyła ogromna kilkudziesięciometrowa flaga Polski, niesiona przez uczestników. Śpiewom wielbiących Polskę nie było końca. Wraz z oceanem biało-czerwonych flag często i hucznie odpalano czerwone race, co razem tworzyło przepiękną oprawę tego święta.

Ciekawy był także powrót do Poznania. Wracaliśmy pociągiem, który jechał z Warszawy aż do Świnoujścia, zabierając tym samym ze sobą pół Polski 🙂 . Razem z nami podróżowali ludzie z Torunia, Poznania, Gorzowa, Stargardu, Szczecina i Świnoujścia. Nie wiem czy bardziej były zapchane przedziały czy korytarze. W każdym razie wiele osób musiało zostać w Warszawie bo po prostu nie zmieścili się w pociągu. Dojście do ubikacji było wyzwaniem niemal niemożliwym i większość nawet nie podejmowała takiej próby. Nie uświadczyliśmy także przez całą trasę obecności konduktora, gdyż zapewne nie mógł się wydostać ze swojej kanciapy 🙂 . Chociaż w tak „ciasnym” pociągu nigdy nie jechałem to podróż wspominam bardzo przyjemnie, głównie dzięki dwóm gościom z Poznania i ze Stargardu, którzy umilali nam podróż jak mogli.

Bardzo polecam, aby choć raz uczestniczyć w tak ogromnym patriotycznym przedsięwzięciu i samemu to przeżyć oraz ocenić jak to naprawdę wygląda.

Open post

“Jedz i Biegaj” Scott Jurek

Historie zawarte w książce “Jedz i biegaj” to losy Scotta Jurka, nieśmiałego i przeciętnego niegdyś dzieciaka, który zamarzył o czymś, czego nie potrafił nawet nazwać.

“To opowieść o każdym, kto kiedyś poczuł, że utknął w miejscu, kto marzył, by dokonać czegoś więcej, by stać się kimś więcej, niż jest”

W życiu ultramaratończyka nic nie liczy się bardziej niż jego umysł. Musi być pewny siebie, a zarazem pokornie podchodzić do wyzwań. Tego najdotkliwiej uczy Badwater ultramarathon – 217 km po Dolinie Śmierci w skwierczącym żarze słońca.

Dla Scotta Jurka maratony były jedynie wstępem do “prawdziwego” biegania. Trzymał się on surowej zasady: biegnij do ostatku sił a potem jeszcze trochę. Ta zasada skutkowała tym, że kiedy inni się zatrzymywali, on biegł dalej. Był z tego powodu znany, sławny i doceniany w środowisku biegowym. W życiu, jak w ultramaratonie parł do przodu. W Badwater jednak i on się zatrzymał. Ale zanim do tego doszło ……

Rodzina Scotta za jego dzieciństwa uczyła go współzawodnictwa, cierpliwości i wytrzymałości w codziennych przydomowych pracach. Problemy finansowe rodziny, problemy zdrowotne matki oraz surowa postawa ojca kształtowały u Scotta dyscyplinę.

“Nie wiesz, jak jesteś silny, dopóki nie masz innego wyjścia, jak tylko być silnym”

Scott zaczął biegać m.in. dlatego, że jego rodziców nie było stać na sprzęt sportowy potrzebny do innych dyscyplin. W dzieciństwie towarzyszyło mu wysokie ciśnienie, które potrafił jednak sam normować. Umysłem był w stanie kontrolować ciśnienie krwi, co potwierdzał u lekarzy. Rozmyślał nad tym, że ta umiejętność w przyszłości może mu się przydać do czegoś więcej niż do unikania lekarstw. A lubił poczucie ruchu i rozwoju ciała i psychiki. Przekonywał się też, szczególnie na różnych obozach jak istotna w życiu sportowca, ale też po prostu człowieka jest odpowiednia dieta. Ważne dla niego było aby się jakoś wyróżniać, pomagać innym. Uważał, że każdy ma coś w sobie co może wykorzystać i trzeba korzystać z młodości. W młodzieńczych latach Scott miał kolegę Dustiego – łobuza i lekkoducha, który miał jednak niespotykane predyspozycje do sportów: był szybki, silny i wytrzymały, a przy tym swobodny i zabawny. Ze strony Scotta była lekka zazdrość, ale też miał się na kim wzorować sportowo. Przy Dustym miał odskocznię od codziennych problemów. Jeździli razem na nartach, rowerze, później też biegali. Scott zawsze biegł za nim, ale podobało mu się to. Na jednych z renomowanych zawodów biegowych Scott wyprzedził Dustiego, który miał problemy na trasie. Zaczął utwierdzać się w przekonaniu, że potrafi przyspieszyć gdy inni zwalniają. To były początki jego ultramaratońskiej przygody.

“Rób zawsze to, czego boisz się zrobić”

Z biegiem czasu i treningów zdawał sobie sprawę, że to co jemy jest kwestią życia i śmierci. Nasze ciała co prawda dysponują zdolnością dbania o siebie, o ile my sami ich nie zaniedbamy i nie zatrujemy. Można jeść mądrzej, biegać mądrzej, żyć mądrzej – nie chodzi wcale o to aby było ciężej, a właśnie mądrzej, świadomie.

Rywalizacja przysparzała Scottowi dreszczyk emocji, jednak o wiele ważniejsze dla niego było zatracenie się w biegu, zapomnienie o zmartwieniach, spokój i błogość.

“Kiedy biegniesz po ziemi i biegniesz razem z ziemią, możesz biec bez końca”

Zagłębiając się coraz bardziej w środowisko biegowe Scott poznawał mnóstwo grup biegaczy. Najciekawszą z nich była grupa etniczna – Tarahumara – meksykańscy Indianie, nieustająco biegający setki mil, nic się przy tym nie pocąc, żyjący głównie na diecie roślinnej. Scott pokonując na trasach biegowych takich konkurentów coraz bardziej utwierdzał się, że jest godzien należeć do elity ultramaratończyków na świecie. Radził sobie z trudnościami w biegu, z nieuniknionym bólem. Umiał go wykorzystywać jako narzędzie. Przypominał również o tym, że co prawda nogi są napędem dla biegaczy, ale bez mocnego korpusu, napęd ten nie będzie odpowiednio spożytkowany.

“Rozwijasz się jako człowiek jedynie wtedy, gdy znajdujesz się poza własną strefą komfortu”

 

Ciężkie treningi, podbiegi i nowe trasy utwierdzały Scotta w przekonaniu, że żadnego wyścigu długodystansowego nie biegnie się za jednym zamachem, trzeba go zdobyć kawałek po kawałku. W tym wszystkim chodzi o to aby być tu i teraz, odsunąć przeszłość i przyszłość, skupić się na chwili obecnej. Jedną z jego rad jest zwiększenie liczby interwałów i ich długości. Preferuje on stosunek wysiłku do odpoczynku 5:1, co się przekłada na minutę odpoczynku po 5 minutach forsownego biegu.

“jeśli nie stoisz na krawędzi, zajmujesz zbyt dużo miejsca”

Przyszedł oczekiwany dzień startu w Western States, morderczego biegu po kanionach na 160 km, w którym brali udział najlepsi z najlepszych, przygotowani na najgorsze górscy ultramaratończycy, a wśród nich niedoceniony przybysz z “równin” Scott Jurek. Od początku biegu i przez kolejne dziesiątki kilometrów Scott prowadził w wyścigu, ale zamiast uznania spotykał się na trasie raczej z komentarzami typu: za szybko wystartował, niedoświadczony, nie da rady tak do końca, spuchnie.

Krótkie biegi sprawiają, że człowiek czuje się lepiej, mordercze dystanse, sprawiają niemały ból doprowadzając jednak do stanu, w którym poznaje się inny świat, z takimi szczegółami, że blednie twoja cała przeszłość. Widzisz, słyszysz i czujesz inaczej.

W trakcie takiego biegu trzeba dopilnować przyjmowania wystarczającej ilości wody i soli, aby uniknąć rozkojarzenia całego organizmu. Przy tak wielkim wysiłku nic jednak nie jest w stanie zapewnić spokojnego biegu przez cały dystans. Scottowi takze przytrafiały się liczne problemy żołądkowe i chwile zwątpienia. Mimo to finalnie Scott wygrał ten wyścig, prowadząc nieustannie od startu do mety.

“Wielu ludzi nie robi w swoim życiu niczego wielkiego. Wielu w ogóle nie próbuje. Tymczasem ultramaratończycy dokonali jednego i drugiego”

Chociaż Scott wygrał ten prestiżowy ultramaraton, ciągnęło go dalej. Chciał dowiedzieć się więcej o swoim ciele i własnej woli. Dodatkowo jeszcze bardziej pracował nad swoim warsztatem biegowym. Dowiadywał się co jeszcze może poprawić i udoskonalić. Zaczął więcej ćwiczyć górną część ciała, która miała napędzać zmęczone nogi. Dbał o elastyczność i świadomość własnego ciała. To wszystko po to aby udowodnić, że zwycięstwo w Western States nie było dziełem przypadku. Ponadto chciał być pierwszym, który obroni wywalczony tytuł. I tak się też stało. Po tym wyczynie stał się dla wielu postacią kultową, a nie przypadkowym zwycięzcą. Scott nie zamierzał spoczywać na laurach, eksperymentował w czym się dało aby ciągle rozwijać swoje sportowe życie. Dawno temu przeszedł na weganizm, teraz testował nawet tylko i wyłącznie surowe jedzenie. Przystąpił niedługo potem do kolejnej edycji Western States, wygrywając ją trzeci raz z rzędu, pomimo poważnej kontuzji, przechodząc tym samym do historii ultramaratonu i stając się ikoną tego sportu.

Rada Scotta: głębszy i wydajniejszy oddech – przeponą a nie płucami! naucz się tez oddychać nosem albo nosem wdech, ustami wydech. Oddychanie nosem nawilża i oczyszcza powietrze.

“Nie dąż do wolności, niech samo dążenie będzie wolnością”

Bezgraniczna determinacja, wytrzymałość, zawzięcie, właściwa dieta doprowadziła Scotta do kolejnych zwycięstw (7!) w Western States i innych biegach.
Potrzebne było inne wyzwanie. Padło na Badwater Ultramarathon – 217 km z początkiem trasy niemal 100 metrów poniżej poziomu morza a metą na szczycie, na wysokości 2500 metrów. Medialnie wyścig ten uznawany jest za najtrudniejszy na świecie. Przebiega przez upalną dolinę śmierci. Ludzie, którzy kończyli w przeszłości ten wyścig mówili, że pierwszą połowę Badwater przebiegniesz nogami, drugą sercem.

Scott posiadał i wytrzymałe nogi i mocne serce, czegoś jednak zabrakło. Takich problemów jak w tym wyścigu jeszcze nie miał nigdy – z temperaturą ciała i powietrza, z żołądkiem, z mięśniami, z głową. Pomimo tego wszystkiego wygrał ten wyścig, uzyskując rekord trasy – 24 godziny i 36 minut na 217 km.

Kolejnym wyzwaniem dla Scotta była potyczka z plemieniem Tarahumara – gośćmi z głębokich gór, którzy nie biegali dla medali, zwycięstw i chwały. Nie wiedzieli co to interwały i mierzenie tempa, nie liczyli kalorii i nie spożywali suplementów. Jedli i biegali, żeby przeżyć. To stanowiło fundament ich życia, nie było to ich pasją, a całym życiem. Działają wydajnie, ekonomicznie w każdym aspekcie życia, nie zastanawiając się za bardzo nad tym. Są oazą spokoju i ikoną prostoty życia. Tarahumara to plemię całkiem inne od zachodniego świata – długowiecznego, ale schorowanego gatunku. Ich życie toczy się płynnie, spokojnie z harmonią, w ruchu i w oparciu o jedzenie z ich własnego środowiska naturalnego. Ekipa goszcząca na terenach Tarahumara utwierdzała się w przekonaniu, że ludzie nie zostali stworzeni do przesiadywania całych dni. Nasze ciała potrzebują zróżnicowanego, solidnego ruchu aktywizującego cały organizm. Patrząc na lud Tarahumara przynajmniej to wydawało się kluczem do ich zdrowego i płynnego życia. Ich tryb życia doprowadził do sytuacji, w której Scott Jurek musiał w końcu uznać wyższość innego ultramaratończyka (choć oni sami siebie pewnie za zawodników się nie uważali). Dla nich to było bardziej codzienne życie a nie zawody i treningi. Pogromcą Scotta okazał się najsilniejszy wódz tego plemienia. Rok później jednak Scott wziął udany rewanż i zwyciężył.

Na zawodach, w których Scott nie uczestniczył jako zawodnik był niekiedy zającem dla swoich znajomych, co paradoksalnie nie okazywało się wcale prostszym zadaniem. Prowadzenie innego człowieka w trudnym, długim biegu niejednokrotnie bywało trudniejsze aniżeli prowadzenie samego siebie. Przekonał się o tym dobitnie prowadząc po zwycięstwo swojego kumpla Briana, który przebywszy ultramaraton na pierwszym miejscu, 300 metrów przed metą, już na samym stadionie padł na bieżnię i nie wstał już o własnych siłach. Zostawszy doprowadzony do mety, został zdyskwalifikowany za pomoc osób trzecich, w tym Scotta. Umysł dał sygnał, że to już meta i ciało Briana się wyłączyło, przewidywał później Scott.

Scott ciągle powtarzał, że dla niego ultramaraton to sport umysłowy, a bieganie to kontrolowany upadek z zachowaniem lekko pochylonej pozycji ciała. Cały czas przypominał także o ważności jedzenia, które było dla niego samego zarówno energią jak i lekarstwem. Po niezliczonej liczbie zawodów w Ameryce i również imponującej liczbie zwycięstw w tych zawodach, kolejny traf padł na Grecję, gdzie odbywa się Spartathlon (245 km ) a także najsłynniejszy, kultowy, rdzenny maraton z Maratonu do Aten. Maraton ten nosi taką nazwę na cześć wysiłku posłańca, który niegdyś przebiegł dokładnie dystans 42 km i 195 metrów pomiędzy tymi miastami z informacją o zwycięstwie Greków nad Persami. Po dostarczeniu informacji, zmarł z wycieńczenia.

“Będąc ultramaratończykiem, masz do wyboru: walczyć z naturą lub współpracować z nią”

Scott trzymał się tej drugiej opcji wygrywając dwa Spartathlony z rzędu. Zwracał uwagę też na to, że bieganie nie powinno być przykrym obowiązkiem a frajdą. Dlatego w ramach treningów możesz zdjąć całą elektronikę, pobiegać z psem czy z inną osobą lub inną trasą i inaczej spojrzeć na bieganie.

Po całym szeregu sukcesów u Scotta coś się wyłączyło. Nie było radości z biegania, nie było też tej świeżości i zauroczenia bieganiem. W tym samym czasie nie układało się też jego życie osobiste: rozwód, problemy finansowe itd. Chciał skończyć z bieganiem, jednak dotarło do niego wtedy, że właśnie w tym sporcie poznał swoich najlepszych przyjaciół. Spróbował jeszcze raz swoich sił w Western States i nie ukończył tych zawodów …… robiąc sobie kąpiel w rzece, w trakcie ich trwania. Następnie poszedł kibicować pozostałym zawodnikom. Cieszył się zawodami, rozmawiał z innymi weteranami tego sportu, którzy mu tłumaczyli, że właśnie takie ciężkie chwile najwięcej uczą i czynią sportowca silniejszymi. Scott uciekał się później także do innych aktywności typu: slacklining – równoważne chodzenie po taśmie. Tutaj odpowiednia synchronizacja umysłu i ciała była jeszcze istotniejsza niż w biegach długodystansowych. Taśma dla początkujących jest bezlitosna i zrzuca raz za razem, o ile nie uświadomi się, że samemu wprawia się ją w drżenie. To właśnie to jak radzimy sobie z trudnościami i porażkami nas definiuje. Nie zawsze przecież walczymy z innymi, ale zawsze ze samym sobą. Dlatego droga do celu jest równie ważna jak osiągnięcie tego celu.

“Rób co masz robić”!

Open post

Głucho-ciemna Helena Keller “Historia mojego życia”

Helena Keller urodziła się w 1880 roku w północnej Alabamie. Jak sama mówiła początki jej życia nie były skomplikowane i raczej normalne, jak u innych dzieci. Szybko naśladowała otoczenie, wypowiadała pierwsze słowa i robiła pierwsze samodzielne kroki. Ten stan nie trwał jednak długo. Mając dopiero 19 miesięcy przyszła choroba, która zamknęła jej oczy i uszy, pogrążając ją w mroku nieświadomości. Stopniowo przyzwyczajała się do wszechogarniającej ją ciszy i ciemności, powoli zapominając, że kiedyś było inaczej. Choroba z gorączką co prawda w niedługim czasie ustąpiły. Pozostawiły jednak po sobie bolesną szkodę w postaci głuchoty i ślepoty u młodej Heleny. Od tego czasu rzeczy poznawała przede wszystkim poprzez węch, dotyk, gesty oraz dzięki mądrości swojej matki, a później dzięki geniuszowi jej nauczycielki Anny Sullivan. Przed przybyciem tej ostatniej i po uświadomieniu sobie pewnej ułomności Helena wielokrotnie doprowadzała się do stanu szału i irytacji. Na swój sposób wywierała na towarzyszach także władcza presję, bowiem była silna i obojętna na konsekwencje. Dowiedziawszy się jak działają niektóre przedmioty, wykorzystywała je do swoich wybryków. Jednego razu zastosowała właściwości klucza i zamknęła na parę godzin swoją matkę w spiżarni. To był moment przełomowy, w którym rodzice Heleny postanowili dla swojego niesfornego dziecka ściągnąć specjalny nadzór.Narastały problemy komunikacyjne oraz frustracja tym spowodowana, aż stało się to smutną codziennością. Helena wraz z rodzicami bezskutecznie ujeżdżała po lekarzach i specjalistach, aż znaleziono dla niej kogoś specjalnego, z powołaniem – nauczycielkę Annę Sullivan. Stało się to przed 7 urodzinami Heleny i było przewrotnym momentem w życiu młodej dziewczynki.

Tym samym w ich domu pojawiła się Anna Sullivan, którą na początku znajomości z Heleną spotykały także różne mało przyjemne niespodzianki. Od razu zaczęła uczyć dziewczynkę poznawać świat przez dotyk, uświadamiając ją, że każda rzecz ma nazwę i ucząc ją pisać te nazwy. Helena naśladowała “grę palców” nauczycielki po dłoni. W ten sposób uczyła się i poznawała podstawowe słowa. Nie wszystko jednak szło prosto. Wciąż przytrafiały się akty desperacji i zniecierpliwienia przekładające się na wściekłość i agresję ze strony małej Heleny. Anna Sullivan nie rezygnowała jednak z nauk i jeśli coś nie było skuteczne próbowała to przekazać w inny sposób, ucząc w ten sposób Helenę coraz to nowych rzeczy. To z kolei sprawiało chęć do dalszej nauki poznawania świata przez Helenę. W każdej rzeczy zaczęła odczuwać wartość i życie. Poznawanie świata tak pochłonęło Helenę, żę w przypływie euforii decydowała się nawet samodzielnie wspinać na drzewo, na którym czuła cudowną radość i niezwykłość swoich czynów.

Choć poznawanie świata i słów nie przychodziło tak łatwo i szybko jak wśród jej pełnosprawnych rówieśników Helena robiła spore postępy i była coraz bardziej zafascynowana światem, choć ten nie raz ją zaskakiwał i kłopotał. Nie potrafiła jeszcze pojąć słów niedotykalnych takich jak miłość. Porównywała to jedynie do ciepłych promieni słońca. Pierwszą abstrakcyjna rzeczą, którą pojęła było świadome zrozumienie słowa “myśl”. Nastąpiło to po szeregu błędów popełnianych przez Helenę w robótkach ręcznych i reakcji nauczycielki, która stuknęła ją w czoło a na jej ręce napisała właśnie słowo “myśl”. Wtedy Helena zrozumiała, że nie chodzi o taką rzecz fizyczną, jakie dotychczas poznawała, a o proces zachodzący w jej głowie. W analogiczny sposób rozpracowała też słowo “miłość”. Zaczęła także wyczuwać niewidzialne więzy pomiędzy ludźmi.

Nauczycielka od samego początku nauki prowadziła ją w taki sposób jakby przemawiała do słyszącego dziecka, z jedną oczywistą różnicą, że zamiast mowy, pisała słowa i zdania na ręce Heleny. Następnym etapem po nauce podstawowego pisania, była nauka czytania z pasków kartonu z wypukłym drukiem. To co dla wielu sprawnych dzieciaków jest udręką, tj. gramatyka czy rachunki dla Heleny było swoistą zabawą i ciekawym sposobem poznawania świata. Ogromny udział w tym oczywiście nauczycielka Anna Sullivan, która przedstawiała naukę w sposób przyjemny i przystępny. Ucząc geografii sporządzała np. mapy plastyczne z gliny, aby Helena mogła wyczuć palcami góry, doliny i koryta rzek. Korzystała w swojej edukacji tez z każdej naturalnie nadarzającej się sposobności by ukazywać piękno świata, wykorzystując w tym celu choćby otaczające rośliny i zwierzęta. Nie tylko uczyła dziewczynkę poznawać świat, ale także zachęciła ją do nauki i sprawiła, że życie rozżalonej głucho-ciemnej dziewczynki zmieniło się w radosną pasję poznawania świata. Niekiedy szło to w sposób trudny i mozolny, ale przenikający pięknem i radością. Przede wszystkim za to później Helena była wdzięczna swojej nauczycielce. Ukazała jej inną, lepszą drogę życia w niepełnosprawności i wskrzesiła do życia.

Innym ważnym punktem w nowym życiu Heleny było poznanie innych niewidomych dzieci, które tak jak ona posługiwały się ręcznym alfabetem, dzięki czemu mogła po raz pierwszy porozmawiać z rówieśnikami swoim własnym językiem. Rozpoczęły się też pierwsze dalsze podróże Heleny i nowe odkrycia jak np. słona morska woda nowe gatunki zwierząt. Świat dla innych normalny, był dla Heleny światem fascynującym, w którym mnóstwo radości i satysfakcji przynosiło zwykłe spacerowanie czy zbieranie owoców.

Nadszedł także czas na naukę mówienia bez słyszenia słów! nauka polegająca na dotykaniu ręką twarzy nauczycielki i naśladowanie tego przynosiło fascynujące efekty i zrozumianą tylko dla głuchego dziecka ekscytację z wydostania się z więziennej ciszy. To jednak kosztowało Helenę ogrom pracy i poświęcenia, pracujące dnie i noce nad tym aby najbliżsi byli w stanie ją zrozumieć. Wystarczy wyobrazić sobie naukę czytania mowy za pomocą dotyku aby zauważyć skalę trudności. Z racji nietypowej nauki, Helena często nieświadomie używała słów i całych zwrotów innych autorów. Napisała nawet jedną opowiastkę, która okazała się niemal w całości plagiatem. Nie wiedziała do końca co jest jej myślami, a co zostało przez nią wchłonięte z zewnątrz.

Helena miała pragnienie aby studiować w normalnym college’u, razem z widzącymi i słyszącymi osobami. Przez cały czas chodziła na różne zajęcia i wykłady ze swoją opiekunką, która cierpliwie przedkładała usłyszane wiadomości Helenie, pisząc na jej rękach co mówili wykładowcy. Kilku innych nauczycieli także próbowało , niczym panna Sullivan, nauczyć się alfabetu przekazywanego palcami, z szczerą chęcią delikatnego wyręczenia opiekunki dziewczyny. Jednak, mimo wielu chęci i dobrych zamiarów, tylko ta jedna ręka była w stanie przekazywać Helenie wszystkie wiadomości prawidłowo i z przyjemnością. Były jednak przedmioty, których Helena musiała uczyć się w inny sposób. Matematyki, szczególnie geometrii uczyła się np. dzięki rozkładaniu drutów na poduszce. Pomimo wielu kłopotów komunikacyjnych, szczególnie z nowymi nauczycielami, którzy nie do końca rozumieli “ograniczenia” Heleny, dziewczyna miała wielką satysfakcję, że dawała radę ze stawianymi przez nią przeszkodami.

Po upragnionym wstąpieniu do wymarzonego college’u jej wyobrażenia o nowych wrotach na świat i pasjonujących możliwościach, stopniowo malały. Helena stwierdziła wręcz, że do tego miejsca wstępuje się po to, aby się uczyć, a nie myśleć. Rozumiała jednak przy tym, że chcąc posiąść wiedzę i się rozwijać, droga nie będzie prosta. Jak na każdy szczyt, trzeba się dostać drogą krętą i trudną. Nikt tego chyba lepiej nie rozumiał niż ona sama. Niezachwianie wierzyła, że wiedza dotycząca postępu człowieka na przestrzeni stuleci pozwala na zrozumienie harmonii życia i dążenia ku niebu. Wielki udział w jej edukacji miały książki, które początkowo czytała bez większego zrozumienia, a po czasie przynosiły jej przyjemność i wiedzę. Wspomina też gorące pragnienie przezwyciężenia przeszkody w czytaniu, jaką była jej ślepota. Nie chciała też polegać w tym aspekcie jedynie na swojej nauczycielce.

Samemu poznając świat, filozofię i postacie dochodziła do fascynujących odkryć, porównań czy stwierdzeń. Porównywała między innymi Judasza czy Diabła do złamanych szprych w wielkim kole Dobra 🙂 Jej świat wyobraźni różnił się znacząco od innych ludzi. Jak sama powtarzała obcowanie z autorami tekstów, które czytała sprawiało jej największą radość, bez żadnego skrępowania i pośpiechu. Autorów tych nazywała swoimi książkowymi przyjaciółmi i w każdym z nich widziała coś pięknego i inspirującego.

Mimo, że nie widziała świata, całe jej ciało reagowało na otoczenie. Czuła przestrzeń i na ogół wiedziała gdzie się znajduje. To niesamowite jak ta dziewczyna ogarniała świat. Nie wiedząc nic o śmierci i pochówkach, będąc pierwszy raz na cmentarzu wzruszyła się i napełniła nostalgią.

Posiadała też wiele pasji: żeglarstwo, spacery, zabawy, czytanie, poznawanie przyrody. Potrafiła też rozbawiać dzieci i z radością bawić się z nimi godzinami. Jako pierwsza na świecie głuchociemna uzyskała wyższe wykształcenie. Choć początkowe jej wypowiedzi i listy były nieskładne, praktyka i pragnienie normalnego życia działały cuda. Dzisiaj jest wzorem dla wielu pełnosprawnych i niepełnosprawnych, jako ta, która przezwyciężyła swoje ułomności i stała się znaną pisarką, pedagogiem oraz działaczką społeczną.

Jej świat nie był ograniczony ani zakłócony przez czynniki zewnętrzne jak mogłoby się zdawać. Był prawdziwy. Cieszyło ją poznawanie świata, dzieliła się swoimi małymi i dużymi sukcesami z przyjaciółmi i nauczycielami, chętnie pisała listy do ludzi. Nie miała wzroku, ale miała wizję!

Open post

“Umarłem cztery razy” dziarskie życie Piotra Pogona

Piotr Pogon był dzieckiem uzdolnionym, ale niesfornym. Mimo dobrych ocen, ciągnęło go do podróży, harcerstwa, ale też do wygłupów. Wszędzie go było pełno. Prowadził aktywny styl życia i bagatelizował jakiekolwiek symptomy niemocy. Mając niespełna 17 lat zdiagnozowano u niego guza w gardle. To nie były jeszcze czasy skutecznej medycyny, która mogłaby efektywnie powstrzymać rozwój tej wyniszczającej i niekontrolowanej maszyny, zwanej nowotworem. Przeżywalność dzieci z nowotworem nie przekraczała 1/3 przypadków. Przy podjęciu jednego z badań nastąpiła u Piotra śmierć kliniczna. Obudził się w innym miejscu po kilku godzinach, cierpiąc w samotności. Dla wielu osób stał się, w obliczu choroby, nieobecny. Jego szpitalnymi sąsiadami byli równie schorowani, ale o wiele starsi mężczyźni, często narzekający na swoje życie i los. Po czasie nadeszła jeszcze gorsza diagnoza: nowotwór złośliwy, na skutek, którego aplikowano Piotrowi potężne napromieniania i podawano chemię. Efektów ubocznych tych zabiegów było mnóstwo, z uszkodzeniem słuchu włącznie.

Piotr wychowany przez ojca na silnego, zaradnego chłopaka nie miał zamiaru się w życiu poddawać. Podjął studia, ożenił się, podejmował się różnych prac, w tym w charakterze drwala czy opiekuna bizonów w ZOO, a także jako pośrednik sprzętu elektronicznego na linii Berlin – Moskwa. W tej ostatniej profesji na Piotra czekało bardzo wiele doświadczeń, szczególnie na granicach. Jednego dnia został zawrócony z Moskwy do Berlina, gdzie wtenczas runął mur. Ludzie wyszli na ulice świętować. Okazało się, że wśród świętujących był też pan z przechowalni bagażu, którego nie było przez następne 3 dni, a właśnie w tym czasie wszystkie rzeczy Piotra znajdowały się w bagażowni. Przez te 3 dni Piotr jednak nie próżnował. Włócząc się po Berlinie zauważył, coś czego w ówczesnej Polsce jeszcze nie było. Były to kubki z reklamowymi nadrukami. Pomyślał wówczas, że mogłoby się to przyjąć i w Polsce. Nie spodziewał się jednak, że to on sam będzie prekursorem tych rzeczy na naszym rynku. Po zarobieniu wystarczającej kwoty pieniędzy na ślub, wesele i skromny start nowego życia, wszystko zaczęło się pomału stabilizować i układać.

W 1991 roku, mając 24 lata otrzymał jednak drugi cios od tego samego przeciwnika. Przerzut nowotworu na płuco. Zgodnie z panującymi wówczas zasadami zalecono wycięcie dużej części zainfekowanego organu, czyli w tym przypadku wycięcie całego płuca. Tak też się stało. Według lekarzy nie było żadnych szans na normalne życie, o jakimkolwiek wysiłku fizycznym nie wspominając. Przez 3 dni Piotr leżał zrozpaczony. Czwartego dnia przejechał 40 km na rowerze, po czym rzygał i spał przez dwie kolejne doby. Po przebudzeniu poczuł jednak, że życie się wcale nie skończyło i będzie jeszcze w stanie normalnie żyć. Włączyło się u niego, jak to później “fachowo” zdefiniował jeden z lekarzy, onkologiczne ADHD.

Jego zegar zaczął tykać szybciej

Rok później na świecie pojawił się syn Piotra, Szymon. Piotr zajmował się rodziną, jak potrafił najlepiej. Swojemu dziecku wszczepiał pasję życia a rodzinie zapewniał godny byt. Stał się ważną osobą w nowej spółdzielni dla niepełnosprawnych w Krakowie. Pełnił funkcję rzecznika i spotykał się z wieloma wpływowymi politykami. Jeździł także po różnych instytucjach i telewizjach, w celu promocji inicjatywy. Poznał w ten sposób wielu wpływowych ludzi i założył spółkę z jednym z biznesmenów. Popadł w wir pracy. Zachłyśnięty dobrymi obrotami w firmie, pracował jak szalony. Specjalizował się przede wszystkim w wyrobie drobnej i artystycznej ceramiki, podejrzanej niegdyś w Berlinie. Polacy pokochali kolorowa porcelanę i kubeczki z nadrukami, a Piotrowi i jego rodzinie powodziło się coraz lepiej. Swoją pracowitość nagradzał coraz to nowszymi i lepszymi gadżetami, atrakcjami i … smakołykami. Równolegle dużo, przybywało pieniędzy na koncie, jak i kilogramów na wadze. Niepełnosprawnych pracowników stopniowo zastępował pełnosprawnymi, gdyż tego wymagała sytuacja i ogromny popyt na jego produkty. W tym czasie zajmował się głównie … bogaceniem.

W 2000 roku postanowił oderwać się na chwilę z wiru pracy i wyjechać z rodziną na narty na Słowację. W trakcie tej podróży otrzymał telefon o problemach zdrowotnych swojego, starszego brata Krzysztofa, który był uważany za wzór do naśladowania.  Brat nigdy niesprawiający problemów i szanowany przez ludzi. Miał problem tylko z jedną rzeczą – własnym sercem. Chciał wejść w nowe milenium naprawiony i podjął się operacji. Sama operacja przebiegła pomyślnie, ale osłabione serce później nie dawało sobie rady w trudniejszych aspektach codziennego życia. W końcu zapadł w śpiączkę. Niedługo potem odszedł na zawsze. Nie mogąca się z tą stratą pogodzić rodzina była w żałobie. Najbardziej ekspresyjny w rozpaczy był Piotr, który “pogniewał” się wówczas Boga, za to co się stało. Część ludzi myślała, że chodzi właśnie o niego, a nie jego “idealnego” i “zdrowszego” brata.

Od tego wydarzenia wiele się zmieniło w życiu Piotra. Nie był już skupiony na biznesie, jego myśli krążyły gdzieś indziej. Z tego powodu we firmie powstawały różne niedociągnięcia i błędy, które skutkowały podupadaniem firmy. Firma gasła, a Piotr razem z nią. Chcąc pospłacać wszystkich kontrahentów wyprzedawał składniki firmy, a niedługo potem sprzedał całą firmę za bezcen. Miał w niej co prawda dalej piastować funkcję dyrektora, ale został oszukany. W tym czasie wróciły też objawy nowotworu, a jego małżeństwo się rozpadło. Stracił kontrolę nad własnym życiem i został bezdomnym. Nie szukał już nawet schronienia u rodziców, którzy pogrążeni w rozpaczy i tak nie rozumieli jego “nowego” sposobu życia. W krótkim okresie czasu stracił dom, rodzinę i pracę. Wstydził się tej porażki, ale nie chciał się do niej przyznawać. Czas spędzał od tej pory głównie, z innymi biedakami. Jednak w przeciwieństwie do nich znał smak pieniądza, miał dobre wykształcenie z pedagogiki socjalnej i wiedział jak się robi biznes. Pozostały też jakieś biznesowe kontakty. To właśnie one pozwoliły mu spotkać się z Anną Dymną, prezesem Fundacji “Mimo Wszystko”, która uwierzyła w niego i obiecała pomóc. Piotr był niecodziennym potrzebującym bo nie szukał ryby, tylko wędkę. Nie chciał pieniędzy, tylko pracę. Nie szukał litości, a zaufania. Skierowano go do Fundacji Świętego Alberta, gdzie miał się zajmować osobami z ciężkim upośledzeniem umysłowym, za mizerną pensję. Taka perspektywa nie napawała go wielkim optymizmem, ale z braku lepszych rozwiązań podjął tę pracę. Pomimo wielu niekomfortowych obowiązków Piotr szybko związał się z podopiecznymi i polubił tę pracę. Co ważne, ze wzajemnością. Jego podopieczni go uwielbiali, ostentacyjnie mu to okazując na każdym kroku. On miał tych ludzi rozwijać, tymczasem to oni otwierali mu oczy na wiele spraw. Zauważył, że jego upośledzeni podopieczni często mają większą radość życia niż ci niby normalni i lepiej się w tym życiu czują. Przytoczył wspaniałe świadectwo dziewczynki, która miała namalować drzewo, widziane zza okna. W jej “widzeniu” miało ono sześć kolorów. Jego podopieczni zachwycali się elementami przyrody na jakie rzadko, który “normalny” patrzy. Takimi zjawiskami dla nich były chociażby zwykłe liście.

Po kilku miesiącach owocnej pracy ze swoimi podopiecznymi, zadowoleni pracownicy fundacji postanowili powierzyć Piotrowi inną, stałą pracę, w charakterze fundraisera. Na początku nie wiedział nawet co to jest, ale szybko się okazało, że to zajęcie idealne dla niego. Zajmował się “żebraniem” na rzecz fundacji i organizacji pozarządowych. Organizował catering, logistykę i promocję imprez dla niepełnosprawnych. Miał sprawiać radość na twarzach niepełnosprawnych. Załatwiał im potrzebny sprzęt i spełniał inne marzenia i potrzeby. W trakcie jednego z takich zadań spotkał dziewczynę, Anię, która sprawiła, że lekko odżył. Mieszkała jednak kilkadziesiąt kilometrów od niego. Nie mając nadal pieniędzy, dojeżdżał do niej na rowerze. W podobnym czasie spotkał pod sklepem pewnego drwala, który w prosty, ale niezwykle intrygujący sposób odpowiedział mu na jego narzekania i problemy życiowe. Porównał ów drwal problemy życia do węzełków na linie. Można się po nich tylko ześlizgiwać, ale wtedy dupa mocno zaboli, a można też te węzełki wykorzystywać, coby wyżej wejść, wyjaśniał. Piotr pomału odnajdywał sens w tym wszystkim. Nie trwało to długo i pojawił się kolejny guz, tym razem na czole. Pojawiło się też przeziębienie i zainfekowane zatoki.

Efektem ubocznym tego przypadku było pogorszenie się wzroku, słuchu i poczucia smaku. Piotr się jednak nie poddał. Dalej prowadził różne projekty na rzecz fundacji. Zaczął inicjować i realizować też własne pomysły. Z czasem były one coraz śmielsze. Jedną z takich idei była wyprawa na Kilimandżaro z niepełnosprawnymi osobami. Było to ogromne wyzwanie dla niego, ale ten wielki cel go napędzał. W końcu wejście na tę górę z ekipą niepełnosprawnych amatorów, w której każdy potrzebował specjalnej opieki i przygotowania byłoby ewenementem na skalę światową. Właśnie to łamanie barier napędzało tych ludzi najbardziej. Z Piotrem na czele, chcieli udowodnić sobie, że mogą robić wielkie rzeczy, a innym dać nadzieję i inspirację. W 2008 roku 9 osobowa ekipa wyprawy “każdy ma swoje Kilimandżaro” wyruszyła z niezwykłą misją. W tej niesamowitej drużynie po za koordynatorem całego zamieszania Piotrem Pogonem, byli:
– niewidomy od urodzenia Łukasz
– znany z innych niezwykłych wyczynów podróżniczych, dwudziestoletni wówczas Jasiek Mela, któremu amputowano rękę i nogę
– dwóch Krzyśków mocno przywiązanych w swoim życiu do wózka i kul, ale też do sportu
– dwóch śmiałków bez nóg: Piotrek i Jarek
– były też przedstawicielki płci pięknej: Angelika z dystrofią mięśniową i Kasia bez kończyn górnych.
Wielu z nich odnosiło i odnosi nadal wspaniałe wyniki sportowe, nawet na arenie międzynarodowej. Pieczę nad nimi sprawowali GOPR-owiec Boguś i sponsor Jacek. Jechało z nimi także całe zaplecze medialne i techniczne. Wszystkim powyższym śmiałkom przyświecał jeden główny cel – pokazać sobie i innym, że można. Pragnęli przetrzeć szlaki innym, jechali na żywioł, bez dokładnego sprawdzenia możliwości technicznych. Mieli być w końcu tymi pierwszymi. Przedtem tego wysiłku podejmowały się jedynie mniejsze i profesjonalniej przygotowane grupy z niepełnosprawnymi na pokładzie. Wszyscy byli świadomi trudności, ale też gotowi się z nimi zmierzyć. A problemy pojawiły się już bardzo szybko. Opóźniony lot, “bieganie” niepełnosprawnych po lotnisku, na którym mieli przesiadkę czy poważne uszkodzenia 3 wózków inwalidzkich członków załogi w transporcie to tylko wstęp do poważniejszych komplikacji. W rzeczy samej nie zaczęła się nawet wspinaczka na szczyt, a problemów już było sporo. Zdarzały się jednak też “cuda”. Na początku szlaku znaleźli porzucony wózek alpejski, który zastąpił jednemu z uczestników jego zepsuty sprzęt. W tej wyprawie było wiele niepełnosprawności; wiele ograniczeń fizycznych, wiele problemów technicznych, wiele przeszkód zewnętrznych, ale ekspedycja ciągnęła do przodu. Jeden pomagał drugiemu jak mógł. Nie obyło się, jak to w tak dużym przedsięwzięciu bywa, bez nerwowych sytuacji i krytycznych momentów. Z biegiem czasu, załoga zaczęła się dzielić na mniejsze  grupy, dopasowane do możliwości. Niektórzy fizycznie lub technicznie nie byli w stanie kontynuować wyprawy. Przesłanie wyprawy “każdy ma swoje Kilimandżaro” było w tym przypadku trafione idealnie w punkt. Niektórzy rezygnowali bardzo blisko szczytu. Inni na wysokościach nie byli już w stanie pomagać pozostałym, ledwo radząc sobie samemu. Przekraczając pułap 5 000 metrów nad poziomem morza nikomu nie jest łatwo, ale byli tacy herosi jak Piotr Pogon, który mimo, że bez płuca na tak olbrzymiej wysokości sam ledwo łapał oddech, przejął prowadzenie niewidomego Łukasza. Krótko przed samym szczytem już sam nie dawał rady. Łukasza musiał przejąć miejscowy tragarz. Piotra motywował cel zrobienia czegoś wielkiego po tych wszystkich życiowych problemach, porażkach i błędach. Z tej całej beznadziei wykrzesał ogromne pokłady siły. Dotarł na sam szczyt wraz z kilkoma innymi osobami. Niewidomy Łukasz humorystycznie skwitował na miejscu: “czy oby na pewno są na szczycie?, bo przynajmniej on nic nie widzi” 🙂 Byli wyczerpani, ale szczęśliwi.

Po powrocie z wyprawy na ekipę spadła lawina gratulacji i podziękowań. Ta misja spełniła swój cel – tchnęła nadzieję i wiarę w inne niepełnosprawne osoby, które zainspirowane historią bohaterów ekspedycji na Kilimandżaro, same zaczęły wyznaczać swoje cele. Najbardziej poruszył Piotra list od chłopca z ciężkim porażeniem kończynowym, który dziękując za to świadectwo przełamywania barier niepełnosprawności, powiedział, że kiedyś sam zdobędzie swoje “Kilimandżaro”, dochodząc samodzielnie do umywalki.

Praca Piotra w Fundacji “Mimo Wszystko” dobiegła końca. Dynamiczne, samodzielnie podejmowane a czasami nieobliczalne rozwiązania Piotra, nie wszystkim przypadały do gustu. On sam jednak ze swoim bagażem doświadczeń nie miał zamiaru tracić czasu i wchodzić w ciągłe kompromisy.

Postanowił, że zacznie coś od nowa. W tym zawsze był mocny

Zgadał się z Jaśkiem Melą. Stworzyli duet niezwykłego doświadczenia życiowego z młodzieńczą energią i fantazją. Razem tworzyli żywy dowód na to, że można spełniać swoje największe marzenia, niezależnie od warunków życiowych. Chcieli aktywizować niepełnosprawnych do normalnego życia. Tak powstała Fundacja “Poza Horyzonty”, która istnieje do dziś pod przewodnictwem Jaśka Meli. Piotr dostawał też różne propozycje sportowe, często związane z celami charytatywnymi. W ten sposób trafił na maraton Safaricom w Kenii. Jeden z najpiękniejszych na świecie, ale także najniebezpieczniejszych z powodu występujących na trasie biegu groźnych zwierząt: lwów, nosorożców czy bawołów afrykańskich. Oprócz niebezpiecznej zwierzyny i samego dystansu, dodatkowymi trudnościami były: upał, pył i znaczna wysokość nad poziomem morza (2 000 m.n.p.m). Do tego biegu trzeba było się odpowiednio przygotować, szczególnie osobie bez jednego płuca. Przygotowywał się do tego biegu z wielkim zapałem i konsekwencją. Bezpieczeństwa zawodników strzegły helikoptery. Piotr wspomina, że na żadnym innym biegu zawodnicy nie załatwiają tak szybko swoich potrzeb z obawy przed niespodziewanym zwierzęciem z zarośli. Maraton w tych warunkach zgotował Piotrowi prawdziwe piekło. Wlewał w siebie litry wody i wyparowywał ją, na zmianę. Ten jak i inne biegi Piotra przybierały wymiar charytatywny. Każdy przebiegnięty kilometr przekładał się na pewną sumę pieniędzy od sponsorów na szczytne cele. Ta myśl zawsze pomagała mu dotrzeć do upragnionej mety. Za linią mety Safaricom spotkał Piotra nie byle jaki honor. Podszedł do niego Paul Tergat, legenda maratonów, który dowiedziawszy się o problemach zdrowotnych Piotra, a także o jego wyczynach sportowych pragnął wyrazić swój podziw i szacunek.

W głowie Piotra gotowało się ponownie, ale tym razem od kolejnych pomysłów. Jednym z nich była Korona Ziemi – zdobycie najwyższych szczytów, każdego kontynentu. Śmiałości w mówieniu o tak wielkich rzeczach, dodawał fakt, że ludźmi, którzy zapoczątkowali zdobywanie Korony Ziemi było dwóch pięćdziesięcioletnich biznesmenów, amatorów górskich. Jeden z nich był pierwszym zdobywcą Korony Ziemi na świecie. Za kolejny cel obrał Elbrus. Zebrano sprawdzoną ekipę z Kilimandżaro, w której skład wchodzili Piotr, Jasiek Mela i niewidomy Łukasz oraz dwóch przewodników, jedna dziewczyna i prezenter telewizyjny. Elbrus okazał się wyzwaniem równie ciężkim jak Kilimandżaro, szczególnie dla Piotra. Na tej wyprawie stwierdził, że to niewidomy Łukasz otworzył mu oczy na świat.

Kolejne zadanie na liście Piotra to maraton w Nowym Jorku. Największa tego typu impreza świata, przy której żyje całe miasto a atmosfery sportowego święta nie ma końca. To był jednak ostatni wspólny projekt Piotra Pogona i Jaśka Meli, między którymi dochodziło do coraz większych różnic. Piotr założył własną działalność, która nadal miała służyć potrzebującym. Fundacja “Poza Horyzonty” pozostała w rękach Jaśka Meli.

Następną wyprawą Piotra, łamiącą bariery, była ta na szczyt Aconcagui, najwyższego wzniesienia Ameryk. Na tę wyprawę wziął ze sobą ponownie niewidomego Łukasza. Jak sam mówił z Łukaszem nie ma żadnych problemów bo on nie widzi przeszkód 🙂 A góry ogląda po swojemu: zapachem, słuchem, dotykiem ….
Współtowarzyszył im także poprzedni przewodnik Bogdan oraz podróżnik Arkadiusz. Ta czwórka robiła furorę na szlaku, głównie za sprawą Łukasza, który zakładał chustę na całą głowę, chcąc się chronić przed słońcem. Wyglądał dla innych wspinaczy, co najmniej fantazyjnie. Szczyt Aconcagui zdobyli, ale przypłacili to niesamowicie zdrowiem. Przy zejściu wezwali ratowników, nie mieli sił na nic. Uratował ich pewien schron, zafundowany i zbudowany przez rodziców zaginionej kobiety na tej górze, właśnie z przeznaczeniem dla takich sytuacji i potrzeb. Na kolejnej bazie Łukasza już transportowano helikopterem z powodu silnej hipotermii. Mimo oporów, taki sam los spotkał też Piotra, którego strasznie dotknął fakt, że nie poradził sobie sam i musiał skorzystać z pomocy innych. Po tej wspinaczce, zrobili sobie dłuższą przerwę od gór. Piotr jednak nie zwalniał tempa na innych płaszczyznach – kolejny cel maraton w Tokio dla niepełnosprawnego Brunona. Jak przy zresztą, każdym szalonym projekcie Piotra lekarze pukali się w czoło. On jednak robił swoje. Nie inaczej było i tym razem.

Spotyka się czasami z głosami, że jest “onkocelebrytą” i lansuje się na nieszczęściu innych. On spokojnie jednak wyjaśnia, że nic tak nie pomaga potrzebującym, jak rozgłoszona akcja charytatywna, za którą idą większe pieniądze. Dlatego często występuje w mediach i chętnie opowiada o różnych projektach.

Kolejnym takim “niemożliwym” projektem stał się dla Piotra IronMan! W życiu człowiekiem z żelaza był już na pewno. Teraz chciał to potwierdzić jeszcze na gruncie sportu. Trasa IronMana to 4 km pływania, 180 km roweru i 42 km biegu. Nie wytrzymują tego najlepsi sportowcy, a spróbować zamierzał “onkocelebryta” bez płuca 🙂 i oczywiście spróbował, z powodzeniem. Po raz kolejny w swoim życiu przesunął osobistą granicę “niemożliwości” oraz udowodnił swoją wartość.

Został pierwszym IronManem bez płuca

Został legendarnym herosem, który w odległej przeszłości powiedziałby – “to niemożliwe”! Nie było już rzeczy niemożliwych dla Piotra, szydził sobie ze śmierci, zapisywał się na kolejne zawody. Pojawiła się też kolejna partnerka życiowa, kolejne dziecko, a pomoc charytatywna trwała ciągle. W 2015 roku pojechał na IronMana do Hiszpanii, ale został tam zdyskwalifikowany przez sędziów za skrajne wyczerpanie i krwawienie z ust. Na tych zawodach umarł w Piotrze sportowy duch. Przeżył dużą, sportową porażkę. To były jego ostatnie, profesjonalne zawody sportowe, na tak morderczym poziomie. Niedługo później rozszedł się z partnerką. Przeszedł też kolejną operację – usunięcia tarczycy.

Sam przyznaje, że jest trudny do zniesienia przez innych bo ma wielkie wizje, które chce od razu realizować. Po tym co w życiu przeszedł, nie może się godzić na bylejakość i przeciętność. Potrafił się odbić, z każdej koszmarnej sytuacji życiowej i robić piękne rzeczy dla siebie i innych. Podobnie będzie już do końca 🙂

Open post

“Potęga Optymizmu” – Alan Loy McGinnis

Zastanawiałeś się dlaczego dla jednych trudności to wyzwania, a dla innych to przeszkody nie do pokonania?

Różnica tkwi w w sposobie podejścia do problemu a także w kwestii wiary w powodzenie takiego postępowania. Nierozsądne jest myślenie, że w życiu wszystko będzie pomyślne. Trzeba się raczej przygotować na pewne trudności. Nie będziemy wtedy rozczarowani zrządzeniem losu i będziemy gotowi podjąć odpowiednie reakcje. W tym świetle, to co dla jednego będzie bolesną porażką, dla innego może być tylko drobnym niepowodzeniem. Powinniśmy stawiać czoła problemom i uważać się za ludzi, którzy mogą tego dokonywać. Przy napotkanej przeszkodzie nie możemy ulec, co najwyżej zrobić kilka kroków wstecz, szukając innego rozwiązanie i obejścia przeszkody. Ważny jest też sposób myślenia o problemach. Wielcy przedsiębiorcy raczej nie mówią o klęskach, zamiast tego posługują się innymi zwrotami typu: pomyłki, błędy czy niedociągnięcia. Wszystko to jest dla nich cennym doświadczeniem, przybliżającym do osiągnięcia celu. Dobrym rozwiązaniem wydaje się być poszukiwanie i dysponowanie wieloma pomysłami i rozwiązaniami. Nie zawsze przecież wypali ten jeden jedyny plan i co wtedy dalej? Optymiści próbują, eksperymentują i szukają do skutku. W sposób elastyczny dopasowują się do sytuacji.

Sławne przypadki:
Julio Iglesias był za młodu dobrze zapowiadającym się piłkarzem, któremu wróżono międzynarodową karierę. Jego plany pokrzyżował wypadek samochodowy. Przebywając w szpitalu dostał przypadkowo gitarę dla zabicia czasu a teraz znany jest jako gwiazda muzyki POP.
Tomasz Edison wykonywał tysiące prób, które nie przynosiły żadnych efektów w pracach nad wynalezieniem żarówki. Mówił przy tym, że jest coraz bliżej wielkiego odkrycia bo wiedział już co na pewno nie działa.

Problemy trzeba niejako przewidywać, aby nie dochodziło do zbyt wielu nieoczekiwanych rozczarowań. Optymista zadaje dużo wnikliwych pytań aby móc unikać lub zwalczać przeszkody. Optymiści otwarcie mówią o negatywnych odczuciach. Nie tłumią ich w sobie – to droga do depresji, a nie do rozwiązania problemu. Gdy spłonęło laboratorium Edisona, On rzekł krótko “Nieszczęście ma wielką wartość. Spłonęły wszystkie nasze błędy. Dzięki Bogu, możemy wszystko zacząć od nowa”. Inny przedsiębiorca w czasie branżowej recesji jako jedyny nie uległ negatywnym działaniom w swojej branży i jako jedyny na tym nadal zarabiał. Nie przyjął jak reszta negatywnej postawy, odstraszając klientów, za to w sposób przekonywujący i entuzjastyczny dokonywał z nimi transakcje. Nie ma co jednak popadać w sztuczny entuzjazm, a ból i cierpienie należy zaakceptować jako część życia. Idąc za słowami Clare Bootha Luce’a “nie ma w życiu beznadziejnych sytuacji, są tylko ludzie, którzy stali się bezradni wobec nich”.

Z naukowych obserwacji nad  optymistami wynika, że są to ludzie CZYNU! Nawet wtedy gdy nie znają pełnego rozwiązania problemu, rozwiązują go częściowo. Działa to też w drugą stronę. Kiedy masz wielki cel, staje się on łatwiejszy w realizacji gdy rozbijesz go na mniejsze części. Krok po kroku dążysz do celu. Powolutku aż do skutku. Rób to co jest słuszne, nawet jak nie przynosi to natychmiastowych korzyści. To z kolei poprowadzi Cię do kolejnych rozwiązań.

“Zostaw niemożliwe Bogu, a sam weź się za to, co możliwe”

Postaw ten pierwszy krok i za słowami Goethe daj szansę rozwinąć się Twojej koncepcji życia:
“Co możesz zrobić lub o czym śnić, zaczynaj
w odwadze jest geniusz, magia i siła
zakrzątnij się tylko i zagrzewaj swój umysł
zacznij, by dzieło twe mogło dojrzewać”

Ważne jest przy tym wyzbycie się przesadnego perfekcjonizmu, który często doprowadza do tego, że w ogóle nie podejmujemy działania, jeśli uważamy, że nie będzie to zrobione doskonale. Osiaga się wtedy przeważnie o wiele mniej. Traci się za to czas na zamartwianie i przeżywanie tego co się ewentualnie może wydarzyć. Gdy jest chociażby cień szansy na powodzenie należy działać! Z takim nastawieniem zdobywa się najwięcej. Optymiści mają wręcz nonszalancki stosunek do klęski. To o tyle istotne, że gdy podejmujesz wiele działań, wiele Ci się nie uda. To jednak konieczna droga do tego aby Ci się wiele udało! Optymiści wierzą, że sami decydują o swojej przyszłości. Są w stanie oprzeć się przeciwnościom losu i nie przyjmować biernej i bezradnej postawy wobec problemów. Są przekonani, że mają kontrolę nad własnym życiem. Dla przykładu, często przytaczany Edison, zanim stał się legendarnym wynalazcą, w szkole przez nauczycieli był uważany za tępy i beznadziejny przypadek. Podobne opinie towarzyszyły również Albertowi Einsteinowi w latach dzieciństwa. Ich dalsza działalność świadczy o determinacji i kontroli nad własnym życiem, pomimo złych prognoz ze strony ich pierwszych “autorytetów”. Szczere, wewnętrzne pragnienie może się niekiedy okazać jedyną, ale wystarczającą zaletą aby dokonać czegoś ponadprzeciętnego!

Czasami konieczne i wręcz wskazane będzie rozpoczęcie wszystkiego od początku. Przy takich zmianach warto otaczać się ludźmi równie entuzjastycznie nastawionymi do zmian i rozwoju. Nie należy jednak zapominać o głodzie nauki oraz stymulacji swojej wewnętrznej wiary. Tak jak narodzone dzieci odradzają ten świat na nowo, podobnie my możemy zrobić z naszym życiem, doświadczając czegoś nowego. Przy tym wszystkim powinno się pamiętać o koniecznym odpoczynku dla duszy i ciała aby nie zagubić w gonitwie świata prawdy o sobie a także po to, aby przyjąć nowe siły życiowe. W tym ostatnim pomocne mogą się okazać nowe kontakty z ludźmi w różnym wieku i z innych kręgów, mających inne doświadczenia i wartości. Nie zamykaj się na możliwości i ludzi.

Abraham Lincoln powiadał, że ludzie są na tyle szczęśliwi, na ile  się zdecydują tacy być. Idzie to w parze z założeniem, że nasze myśli, a nie wydarzenia zewnętrzne, kształtują nastroje wśród ludzi. Zalecane jest tutaj nie dopuszczanie do siebie najgorszych scenariuszy (czarnych myśli) i kontrolowanie swoich myśli. Ważnym elementem jest upewnienie się czy automatyczne myśli, którymi się kierujemy są na pewno nasze, a nie przypadkiem narzucone na nas przez otoczenie na przestrzeni lat. Z wielką dozą prawdopodobieństwa może się okazać, że dla człowieka wychowanego wśród ludzi, dla których wszystko jest trudne i ciężkie – też to wszystko takie będzie. Ktoś kiedyś napisał, że ból w życiu jest nieunikniony, ale cierpienie jest nadobowiązkowe. Ile razy nam się zdarza tragizować albo wyszukiwać negatywów, kiedy jest to całkowicie nieuzasadnione i po prostu zbędne. Często komplementy przyjmujemy zdawkowo, zaś krytykę całym sobą. W związku z powyższym pesymizm i bezradność stają się odruchową reakcją niczym tik nerwowy. Nie trzeba chyba tłumaczyć, że taka postawa do niczego nas nie zaprowadzi, ani nie polepszy sytuacji życiowej. Niektórzy psychologowie aby uświadomić swoim pacjentom jak często powtarzają się u nich negatywne myśli polecają im zakładać gumkę na przegub dłoni, strzelając nią za każdym razem, gdy przyłapią się na takich myślach. Uświadomienie sobie tego w ten lub inny sposób jest o tyle ważne, że jesteśmy tym, czym są nasze myśli. Najlepszym rozwiązaniem byłoby postrzeganie każdej sytuacji w możliwie jak najlepszym świetle i wynoszenie z nich możliwie najwięcej pozytywnej wartości.

Ludzie, którzy wiele przeżyli lub posiadają pozytywne nastawienie do życia potrafią być wdzięczni za coś co dla kogoś innego będzie tragedią bo wiedzą, że są gorsze rzeczy a także, że to oni sami definiują tak a nie inaczej daną sytuację. Nie zapominaj zatem o dziękowaniu. Czyż nie wspaniale byłoby mieć taki dar i mądrość, aby cieszyć się z tego co mamy? Powinniśmy myśleć o tym co mamy, a nie czego nam brakuje. Będąc w nie najlepszym położeniu możemy docenić coś co dla wszystko mającego sąsiada będzie niczym.

“Dopiero kiedy się ściemni, można zobaczyć gwiazdy”

Optymista nie wyklucza zatem złych rzeczy. Co więcej, potrafi na swój sposób przekuć je w takie dobro na ile się tylko da. Chcąc odnieść sukces korzysta również z siły własnej wyobraźni, uzmysławiając sobie idealne rozwiązanie problemu w swojej dziedzinie. Zdaje sobie sprawę z trudnej drogi, ale ma wizję i cel, który go prowadzi. Pomocnym, a niekiedy bardzo skutecznym działaniem jest “zobaczenie i poczucie siebie” dobrze wykonującego zadanie, do którego się przygotowujemy, przed jego realną próbą. Procesy te zachodzą oczywiście w naszych głowach, gdzie zaczyna się przewaga nad tymi, którzy posiadając podobne umiejętności nie mają takich pozytywnych myśli na swój temat. Takie zabiegi często są stosowane przez trenerów sportowych, którzy wszczepiają swoim zawodnikom smak zwycięstwa, jeszcze przed zawodami. Pomagają im poczuć atmosferę sukcesu po zwycięstwie: zadowolenie bliskich, gratulacje, podziękowania, itd.

Wyobraźnię można jednak wykorzystać także w sposób zły, zalewając się strumieniem niepokoju. Taka postawa prowadzi do analizowania wszystkich potencjalnych i negatywnych sytuacji, które w rzeczywistości w ogóle się nie zdarzą albo nie będą tak wyolbrzymione jak w naszych myślach. W ten sposób paradoksalnie można mieć w głowie wiele problemów, które nie istnieją. O potędze wyobraźni niech świadczą słowa Alberta Einsteina, który stwierdził niegdyś, że “wyobraźnia jest ważniejsza od wiedzy”. Z takim właśnie nastawieniem wśród zwykłych ludzi wyłaniają się przywódcy, którzy na pustym polu potrafią dostrzec piękny budynek i pociągają za swoją wizją innych. W bardziej ekstremalnych sytuacjach, wyobrażenie lepszych czasów, nadzieja i wiara w to pozwalały niejednemu człowiekowi przetrwać najgorsze. Uwzględniając w to nawet tak skrajne przypadki jak tortury wojenne czy ciężkie choroby. Przyznasz, że znasz takich ludzi, którzy są radośni nawet pomimo wielu życiowych problemów. To wszystko kwestia myśli i nastawienia. Nie każdy tak samo będzie reagował na tę samą sytuację. W obliczu podobnej, zniechęcającej sytuacji jeden się podda, drugi zacznie krytykować całe otoczenie a trzeci podejmie rękawice. Zbawienne może się okazać umiarkowane i zdystansowane zaprzeczanie sobie przebywania w trudnej sytuacji. Zawsze to lepsze rozwiązanie niż uznanie takiego stanu rzeczy za codzienność i pogłębianie się w nurcie beznadziejności.

Pewna, mocno doświadczona przez życie, kobieta w podeszłym wieku na pytanie jak radzi sobie z trudnościami swojego życia odpowiedziała: ” zawsze wierzyłam, że Bóg nigdy nie daje do niesienia krzyża cięższego nad ten, który możemy unieść”.

Co może nam zatem jeszcze pomóc w zachowaniu pogody ducha na co dzień oprócz naszych myśli i nastawienia? Jest kilka uniwersalnych, powszechnych porad, które jednak w swojej prostocie sprawdzają się nadzwyczaj dobrze. Po pierwsze trzeba dobrze zacząć dzień! Lekkie ćwiczenia umysłu i ciała z rana na pewno nie zaszkodzą. Idąc dalej w tym kierunku, za sentencją Arystotelesa, że “śmiech jest cennym dla zdrowia ćwiczeniem fizycznym” jak najbardziej wskazany jest szeroki uśmiech oraz zdrowy dystans do siebie i otoczenia. Celebracja każdej wolnej minuty życia pozwoli Tobie wyrobić nawyk wdzięczności. Niezłym pomysłem na poprawę nastroju będzie np. spokojny spacer, zamiast zażycia kolejnej używki czy leku. Wykorzystuj też siłę i właściwości muzyki.

Ludzie optymistycznie nastrojeni, niezależnie od wieku uważają, że najlepsze wciąż jeszcze przed nimi. Wierzą niezachwianie we własny rozwój i posiadanie umysłu zdolnego do realizacji wielkich rzeczy. W związku z powyższym słuszna wydaje się sentencja, że “nikt nie starzeje się osiągając pewną liczbę lat, ludzie starzeją się, porzucając swoje ideały”. Optymiści to przy tym osoby, które wnoszą miłość i dobro w otaczający ich świat za sprawą wielbienia przyrody, sportu, muzyki czy innych ludzi. Badania potwierdzają, że przebywanie z innymi ludźmi ma obustronne korzyści dla zdrowia i ducha. Helen Keller powiedziała, że “życie to pasjonujące zajęcie – szczególnie, gdy można je przeżyć dla innych”. Nie chodzi tu jedynie o miłość, ale także o przyjaźń, co jest fundamentem relacji, gdy przychodzą negatywne emocje i ciężkie wydarzenia, które jak wiemy przyjdą na pewno. Jedną z takich sytuacji jest np. wrogość do drugiej osoby, zamiast wczucia się w jej sytuację i przynajmniej podjęcie próby zrozumienia i rozwiązania ewentualnych konfliktów. Często wystarczy okazanie zainteresowania potrzebującemu. W przeprowadzonych testach badawczych odkryto, że formuła poświęcania uwagi osobie w potrzebie wraz z aplikowaniem placebo działa podobnie jak bardziej złożone medyczne lub psychologiczne terapie. Świadczy to, o tym, że potrzebującemu najbardziej może pomóc drugi człowiek a nie żaden lek.

Oparcie na wierze, nadziei i miłości jest dobrą drogą do wypracowania i zachowania w sobie ducha optymizmu. Optymiści lubią także powtarzać dobre nowiny i podsycać entuzjazm wśród otoczenia. Wielu liderów uważa, że w spotkaniach międzyludzkich nie zawsze chodzi o to aby roztrząsać jakiś problem, ale o to aby zwiększać wspólną energię działania. Np. mówiąc bez przerwy, że źle się czujemy, nic nie wskóramy a jedynie pogorszymy nasz stan. Lepszym wariantem będzie zatem poszukanie: realnej pomocy u specjalistów, wiedzy, motywacji czy inspiracji, pozwalającej wyjść z kryzysu. Odnośnie potęgi myśli i słów krąży w branży psychologicznej pewna, stara historia o sile sugestii, mówiąca o tym, że w pewnej firmie “witano” nowych pracowników ten sposób, że co chwilę ktoś ze starych pracowników podchodził do aplikanta i mówił, że źle wygląda, po chwili drugi pytał się czy się źle czuje bo słabo wygląda itd. Mimo początkowych zapewnień nowicjuszy, że wszystko w porządku, rzadko który wytrzymywał do końca swojej pierwszej zmiany. To klasyczny przykład działania manipulacji i sugestii. Pamiętaj, że na wiele rzeczy masz duży wpływ, ale działa to w dwie strony, dlatego też inni mogą mieć duży wpływ na Ciebie. Jeśli coś nieprzyjemnego wydarzyło się w Twoim życiu, nie zmienisz tego. Możesz to zaakceptować i iść dalej, być może naprawiając skutki tej sytuacji. Samego wydarzenia z przeszłości jednak nie zmienisz. Tracenie energii i czasu na rozpamiętywanie i biadolenia nad przeszłością i napotkaną teraźniejszością nie ma żadnego sensu. Niczego w ten sposób nie naprawisz, jedynie możesz zagłębić się w marazmie. Nie wszystko na tym świecie musi być dla nas dobre i właściwe, dlatego nie ma się co rozczulać nad pojedynczymi niepowodzeniami. Szczęśliwi ludzie wykazują się niezwykłą sztuką adaptacji, dzięki czemu potrafią dostosowywać się do bezustannie poszukiwanych nowych rzeczy i w nich odnajdywać swoje życiowe pasje.

“Zmień, co możesz, a zaakceptuj to, czego zmienić się nie da”

“Możesz zmienić każdą sytuację, zmieniając stosunek do niej”

Pamiętaj: jesteśmy wolni a wyboru życiowej postawy nikt za nas nie dokona! 🙂

 

Posts navigation

1 2