ROWEROWE SZALEŃSTWO 2017

Rok 2017 to dla mnie spore zmiany, wyzwania i nowości. Nie inaczej w tej kwestii jest także w aspekcie rowerowym. Od zawsze pasjonował mnie rower. Połączenie aktywności fizycznej z podróżowaniem – czy jest coś fajniejszego na spędzanie wolnego czasu? nie sądzę 🙂 jednak jak dłużej się nad tym zastanowiłem to mimo wielkiego upodobania do tego sportu, jakiś spektakularnych podróży rowerowych dotąd nie zaliczałem. W zasadzie do tej pory najdalszy pokonany przeze mnie odcinek na rowerze to trasa Poznań – Częstochowa, kiedy to dwa lata temu podpiąłem się pod lokalnie organizowaną pielgrzymkę rowerową, właśnie na Jasną Górę. Z tego co pamiętam wyszło wtedy trochę ponad 300 km zrobione w 4 dni. Tempo i odległość nie były co prawda zawrotne ale za to przyjemność z jazdy już jak najbardziej. To był pierwszy zalążek nowych, rowerowych pomysłów w głowie. Po tej przygodzie kilometry się kręciło mniej lub więcej, jednak wciąż bez dłuższej wyprawy lub startu w zawodach. Na początku tego roku postanowiłem, że trzeba w końcu zaliczyć jakieś zawody i spróbować swoich sił w prawdziwym wyścigu. Lubię mocne akcenty dlatego wybór mógł być tylko jeden – 120 km w Skoda Bike Challenge. Wyścig ten zaplanowano na 10 września, a mniej więcej w połowie sierpnia doszło do mnie, że zaabsorbowany ostatnio bieganiem i robieniem korony półmaratonów, kompletnie zbagatelizowałem rower. Narodził się zatem w głowie błyskawiczny i spontaniczny pomysł aby wyskoczyć na szybki “obóz przygotowawczy” przed zawodami i po drodze zwiedzić kawałek Polski z perspektywy roweru. Spojrzałem na mapę i stwierdziłem, że przejechanie polskiego wybrzeża w 2 dni będzie stanowiło całkiem przyzwoite wyzwanie i dobry trening. W taki oto sposób narodziły się moje dwa rowerowe cele na 2017 rok, czyli przejechać: polskie wybrzeże rowerem w 2 dni oraz 120 km Skoda Bike Challenge poniżej 4 godzin (limit ustaliłem i nałożyłem na siebie uznaniowo).

POLSKIE WYBRZEŻE ROWEREM
Podróż pierwotnie zaplanowałem spod samej granicy z Niemcami w Świnoujściu po sam Hel z jednym noclegiem w okolicach Ustki. Los miał jednak inne plany. Nieoczekiwane rzeczy zaczęły dziać się już w Poznaniu. Wybierając się jedynie na kilka dni na rower i nie mając rowerowego bagażnika, stwierdziłem, że przez tak krótki okres czasu dam radę jeździć z dawno nieużywanym, dużym plecakiem na plecach oraz z ciekawości przetestuję jak się jeździ z ciężarem. Szybko ten pomysł okazał się marny ponieważ jeszcze przed samym wyjazdem na dworcu w Poznaniu, plecak postanowił się solidnie rozedrzeć. Nie zrażony jednak tym wsiadłem do pociągu i próbowałem odratować plecak. Defekt okazał się jednak na tyle poważny, że trzeba było pożegnać się z plecakiem a wszystkie rzeczy przepakować do reklamówek, które na szczęście w zanadrzu miałem. Tym samym jeszcze nie dojechałem na start swojej podróży a już nie miałem ani bagażnika, ani sakw, ani plecaka na rzeczy. Po drodze pociąg złapał jeszcze godzinne opóźnienie i sytuacja zaczynała stawać się niewesoła. Zbliżało się południe a do przejechania około 200 kilometrów rowerem. W zaistniałych okolicznościach zrezygnowałem ze startu spod samej granicy ze Świnoujścia, szczególnie, że kolejne cenne minuty zabrałaby mi przeprawa promowa. Wysiadłem zatem stację wcześniej w Międzyzdrojach i pospieszyłem do centrum na zakupy nowego, dużego i mocnego plecaka – co nie okazało się wcale zadaniem łatwym. Międzyzdroje i okolice przywitały mnie dodatkowo deszczem i silnym wiatrem. Nie tak miał wyglądać początek tej krótkiej, ale intensywnej wyprawy, jednak rozwiązując szereg napotkanych problemów wreszcie ruszyłem w kierunku Helu na wschód. Przez dużą część trasy jechałem międzynarodowym szlakiem rowerowym dookoła Bałtyku R-10. Trasa ta momentami pozostawia wiele do życzenia, nie jest zbyt szybka, a i przekraczanie tą drogą głównych ulic największych polskich kurortów wypoczynkowych nad morzem, nie sprzyjało szybkiej jeździe. Mimo to trasę uważam za dosyć przyjemną i urozmaiconą, choć niekiedy z niej zjeżdżałem i wybierałem drogi alternatywne. Finalnie pierwszy dzień po wszystkich komplikacjach i modyfikacjach zakończyłem w Koszalinie, przemierzając w tym dniu około 160 km.

W drugi dzień wyprawy trzeba było nadrobić stracony czas i kilometraż z dnia poprzedniego, dojeżdżając z Koszalina na samą Mierzeję Helską. W ten dzień niespodzianek było jeszcze więcej. Tego dnia przechodziłem prawdziwą drogę z piekła do nieba 🙂 Tuż po wyruszeniu z Koszalina na szybkim zjeździe za miastem wpadła mi pomiędzy oko a okulary pszczoła (być może osa) i nie mogąc się wydostać z kleszczy postanowiła mnie użądlić przy samym oku. Chwilę ta nierówna walka trwała bo zjeżdżając akurat z szybkiej i ruchliwej drogi nie miałem wiele manewrów do wykonania, by uwolnić insekta a przede wszystkim własne oko od gorszych konsekwencji. Tym samym oko było mocno podrażnione, a okolice oka systematycznie puchły. Trochę tę zmianę obrazują zdjęcia sprzed incydentu w Mielnie i niedługo po incydencie w Ustce.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

W każdym razie miałem przed sobą wyznaczony cel i nie zważając na kolejne przeciwności ruszyłem dalej. Kolejne przeboje zaczęły się na obrzeżach Słowińskiego Parku Narodowego, gdzie to na moim szlaku wynurzyły się bagna i mokradła. Przez pewien czas sytuację ratowały specjalne drewniane pomosty, jednak po kilku kilometrach one się skończyły a bagna nie. Szkoda mi było wracać z powrotem, szczególnie, że nie widziałem wtedy żadnej pewnej i lepszej drogi alternatywnej. Tak więc zapewniłem sobie przez kilka kilometrów Runmageddon z rowerem pod pachą. Przygoda nawet interesująca, aczkolwiek czasochłonna. Generalnie na tej wyprawie czas nie był moim sprzymierzeńcem 🙂 Po ogarnięciu takiego grzęzawiska, docenia się podwójnie byle jaką, ale utwardzoną drogę. Po względnym doprowadzeniu się do ładu ruszyłem sprawnie do przodu. Jedynie moja dolna część garderoby pozostawiała trochę do życzenia 🙂

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Słowiński Park Narodowy miał też swoją pozytywniejszą stronę: suchą, ładną i przyjemną. Szczególnie klimatyczny jest płatny odcinek (6 zł) Parku z szerokimi ścieżkami i ciekawą przyrodą dookoła.

 

Do celu brakowało jeszcze około 100 km a było już późne popołudnie. Postanowiłem wtedy, że zjeżdżam z trasy rowerowej wzdłuż morza, która mimo, że malownicza była po prostu wolna i z licznymi przeszkodami na trasie. W zasadzie napotkałem tam każdy typ nawierzchni: bagna, błoto, piach, asfalt, płyty betonowe, kostka, szuter, itd. Przełączyłem GPS na wersję samochodową i nie ma co ukrywać, że dopiero wtedy zaczęła się porządna jazda. Normalny asfalt, brak przeszkód na drodze, mały ruch samochodowy, pola – tak wyglądały moje ostatnie kilometry przed Półwyspem Helskim. Wtedy powrócił jedynie problem zabierania ze sobą na rower plecaka, gdyż po kilkuset przejechanych kilometrach, zaczęły dosłownie drętwieć ręce. Co prawda wiedziałem o takiej ewentualności, ale myślałem, że te 2 dni nie wyrządzą specjalnej krzywdy. Trochę z tym problemów później było. Moim zdaniem jednak spowodowane to było czasem jaki traciłem na pokonywaniu przeszkód pieszo a po drugie najgorszą utwardzoną nawierzchnią, czyli tzw. “tarką” ubitą np. ze starych płyt betonowych albo starej kostki. Plecak nie był ciężki ale długość i sposób noszenia robiły swoje. Do Władysławowa, czyli na początek półwyspu zajechałem już po ciemku skąd ścieżką rowerową dojechałem do Jastarni, gdzie miałem załatwiony nocleg. Nocleg, który okazał się największą i najprzyjemniejszą niespodzianką tego dnia. Był to nocleg załatwiony w ramach Couchsurfingu i okazało się, że moim zakwaterowaniem będzie domek ratowników na samej plaży! Co więcej trafiłem akurat na urodziny jednego z ratowników i całkiem sporą imprezę urodzinową a także załapałem się na nocną przejażdżkę quadem po plaży. Warto było tego dnia przebyć około 260 km rowerem (i trochę pieszo) chociażby dla tego 🙂 To był jeden z intensywniejszych dni w tym roku ale też dający mnóstwo radości z pokonania wielu trudności, przełamania kolejnych barier i świetnego zakończenia dnia. Właściwie przyjechałem tam tak późno i było już tak ciemno, że w zasadzie dopiero rano mogłem w pełni zobaczyć, gdzie nocowałem a wyglądało to mniej więcej tak:

najlepszy hotel ever 🙂 20 metrów do morza 🙂

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Trzeci dzień to tylko formalność i dotarcie na sam koniec Helu, powrót do Jastarni i podjechanie do Gdyni, skąd miałem kolejnego dnia pociąg do Poznania.

Podsumowanie mojej trasy, uwzględniające wszystkie zachodzące zmiany, wygląda następująco:
1 dzień – 160 km z Międzyzdrojów do Koszalina
2 dzień – 260 km z Koszalina do Jastarni
3 dzień – 100 km z Jastarni na Hel i z powrotem + z Jastarni do Gdyni
finalnie wyszło na liczniku 520 km w 3 dni z Międzyzdrojów do Gdyni przez Hel 🙂

Co ciekawe w trakcie tej podróży oraz po przebyciu całej trasy nie miałem żadnych problemów z nogami. Na dowód tego przed odjazdem do Poznania zdążyłem jeszcze przebiec ParkRun Gdynia na Bulwarze Nadmorskim 🙂 Kłopot natomiast był z częściami ciała, po których bym się nie spodziewał takich problemów po wycieczce rowerowej. Były to problemy wspomniane wcześniej i dosyć niespodziewane: przez około tydzień z okiem (po użądleniu) a także co bardziej mnie martwiło, pewien niedowład w prawej ręce od plecaka i nacisku na kierownicę. Było to o tyle niezręczne, że np. nie byłem w stanie przez parę dni przekręcać kluczyka w stacyjce w aucie i musiałem to robić lewą ręką.

Nasze pasje wymagają czasami od nas poświęceń i determinacji a ta historia jest tego potwierdzeniem. W tak krótkiej podróży działo się tyle niekorzystnych rzeczy ale cel finalnie został osiągnięty, satysfakcja wielka, umysł otwarty na nowe rzeczy, wyjątkowe wspomnienia z Jastarni oraz nowe doświadczenia – chociażby takie, że okulary rowerowe i sakwy są mega pomocne w turystyce rowerowej 🙂

“Nie było łatwo ale było warto!”

To samo zresztą mogę powiedzieć o moich docelowych i pierwszych w życiu zawodach rowerowych, czyli 120 km w Skoda Bike Challenge. Zmotywowany przygotowaniami i pewny swojego roweru stanąłem jako debiutant na linii startu wyścigu kolarskiego z założeniem, że powinienem ten dystans pokonać w mniej niż 4 godziny. Wydawało mi się, że wycieczka nad polskie morze sporo mnie nauczyła i tym razem nic mnie nie powinno zaskoczyć. Wszystkich za to negatywnie zaskoczyła deszczowa pogoda w dzień zawodów i od samego początku imprezy pojawiały się opóźnienia. Nasz najdłuższy dystans (120 km) jako ten królewski był zaplanowany na sam koniec. Przedtem odbywały się krótsze wyścigi dla dzieci, dorosłych oraz mieszane, w tym na 18 km i 50 km. Z tego powodu, że nasz dystans był wypuszczany ostatni, miał także największe opóźnienie, sięgające dwóch godzin. Mało przyjemne było stanie na deszczu i w zimnie przed startem, jednak dla mnie wcale nie to okazało się najgorsze. Największym błędem okazało się to, że nie wziąłem ze sobą nic do jedzenia! Miałem ze sobą duży bidon i mały plecaczek, w którym miałem zapasową dętkę i podstawowe narzędzia w razie ewentualnej awarii. Liczyłem na to, że porządne śniadanie przed wyścigiem starczy na te około 4 godziny wyścigu. Sprawy się potoczyły jednak tak, że zjadłem ostatni posiłek ponad godzinę przed planowanym startem, który w rzeczywistości odbył się dwie godziny później. Tym samym 3 godziny mijały od ostatniego posiłku a my jeszcze nie wystartowaliśmy. Czułem się dobrze, więc nie podejrzewałem, żadnych kłopotów. Taki stan towarzyszył mi gdzieś do połowy dystansu, czyli 60 km w okolicach Kłecka, gdzie była nawrotka na Poznań. Do tego czasu wszystko szło zgodnie z planem – tempo powyżej 30 km/h, zero problemów. Jechało mi się na tyle luźno i przyjemnie, że ucinałem sobie nawet pogawędki z innymi kolarzami na trasie. Z ciekawości sprawdziłem też czas na dystansie maratońskim. Na 42 km – mój czas wynosił 1 godzina i 15 minut. Na 60 km (półmetku) miałem oficjalnie 1 godzinę i 58 minut. Wszystko szło do tego momentu nadzwyczaj dobrze dla mnie. Z innymi bywało różnie bo niestety zdarzały się przed nami mniej i bardziej poważne kraksy i awarie. Całkiem sporo szybszych osób na tej śliskiej i mokrej nawierzchni nie wyrabiało zakrętów i raz po raz mijałem ich, stojących i czekających na pomoc. Ja swoją “awarię” zaliczyłem gdzieś na 65 kilometrze. Pamiętam, że jechała za mną spora, zorganizowana grupa i ktoś z nich krzyknął “wracamy do Poznania” – to było właśnie miejsce nawrotki na Poznań. Oni ruszyli jakby trochę szybciej a ja kompletnie opadałem z sił. Co ciekawe znowu problem nie leżał w nogach, które pracowały bez zarzutu. Tym razem miałem odczucie ‘niepracującej głowy’ spowodowane brakiem energii (dokładnie przypuszczam, że glukozy). Było to już grubo ponad 5 godzin od zjedzenia czegokolwiek i 2 godziny intensywnego wysiłku. Takiej “ściany”, “zapaści” czy jakkolwiek to nazwać nie miałem nigdy w życiu, nawet na przebiegniętym bez większego przygotowania maratonie. Ogromną różnicą było jednak to, że na maratonie co kilka kilometrów są stoiska z jedzeniem i piciem a na tym wyścigu takowe były tylko dwa i to ze samą wodą: przed półmetkiem oraz na 100 kilometrze. Wolą walki tylko i wyłącznie chciałem dojechać do tego punktu na setnym kilometrze z nadzieją, że znajdzie się tam coś do zjedzenia. Do tego miejsca straciłem tempo, które spadło grubo poniżej 30 km/h i zmarnowałem szansę na złamanie założonych 4 godzin. Śmieszy mnie teraz trochę fakt, że dopiero w takim stanie jechałem zgodnie z deklarowaną przeze mnie prędkością przy zapisach, czyli 25 km/h. Sam do teraz nie wiem dlaczego podałem taką prędkość przy zapisach, ale na tamte, kryzysowe momenty nawet ta prędkość była dla mnie trudna do utrzymania. Na całe szczęście dojechałem do punktu na 100 kilometrze i ku mojej uciesze znalazło się tam jabłko i drożdżówka, po których wróciły moce i sprawność umysłu. Na ostatnich 20 kilometrach wróciłem do prędkości powyżej 30km/h, nadrabiając trochę straty. Ostateczny mój wynik na trasie, która według mojego licznika wynosiła 122 km, to 4 godziny, 31 minut i 59 sekund. Dało to średnią prędkość na poziomie 27 km/h. Przed zawodami nie było nawet mowy o tak słabym czasie, jednak uwzględniając mój największy sportowy kryzys na trasie, byłem zadowolony po prostu z dojechania do mety 🙂 i gratuluję każdemu kto tego dokonał bowiem z informacji, płynących z oficjalnego fanpage’a wyścigu doszły mnie słuchy, że z różnych powodów na metę dojechało tylko 3/4 startujących na tym dystansie zawodników.

3 thoughts on “ROWEROWE SZALEŃSTWO 2017

  1. Odpowiedz
    Ka. - 31/12/2017

    520 km jest co robić, szanuje 👌, planujesz kiedyś objechać południe Polski?.

    1. Odpowiedz
      NowaPasja - 19/03/2018

      w maju się wybieram do Zakopanego z Poznania, to 520 km będzie w jedną stronę 😛

  2. Odpowiedz

    […] parkrunem w zeszłym roku połączyłem także dwudniową wyprawę rowerem przez polskie wybrzeże. Wówczas po przejechaniu 520 km na rowerze skorzystałem z oferty gdyńskiego parkrunu, tego od […]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *