Open post
malta do góry nogami

MALTA widziana do góry nogami – dosłownie!

Malta to małe, wyspiarskie państwo, o którym mówi się dużo i dobrze. Niemal afrykański klimat, środek morza Śródziemnego, europejskie standardy, angielski język. Do tego liczne zabytki i bujna przyroda. To wszystko zwabia turystów z całego świata. Sama Valetta, czyli stolica Malty to miasto reklamowane jako muzeum pod gołym niebem. Z ogromem zabytków na małej przestrzeni oraz najbardziej słoneczną aurą w Europie. Nie bez powodu jest zapisana na kartach światowego dziedzictwa UNESCO, a w 2018 roku została wybrana Europejską Stolicą Kultury. Lecąc tam spodziewałem się naprawdę wiele …… i się nie zawiodłem.

Jest tam wszystko: wspomniane słońce, ciepły klimat, pomocni ludzie, super architektura (np. Valetta, Mdina, Rabat) i cudowna przyroda (np. klify Dingli). Dodając do tego świąteczny wystrój i klimat wyspy, który panował tam w połowie grudnia, ciężko wyobrazić sobie lepsze warunki do zwiedzania. Od początku widząc co się dzieje i jak jest na miejscu postanowiliśmy zwiedzać Maltę na “czuja”. Chodziliśmy tam gdzie nas poniosło. Ponosiło nas wszędzie, bo wszędzie było coś atrakcyjnego, wszędzie się coś działo. Diabelski młyn, fontanna, mury miasta, port, wybrzeże, pałac, palmy, jarmarki, kościoły – wszystko to widziane z jednego miejsca. I to jeszcze od razu po wyjściu z autobusu z lotniska.

malta fontanna
pierwsze minuty Valetta

To jeden z tych wypadów, w których sam dokładnie nie wiem gdzie byłem, gdzie wchodziłem, ale mam wrażenie, że byłem wszędzie.

Malta urzekła mnie tak mocno, że nawet standardowe spacerowanie na nogach wydawało mi się zbyt normalne. Postanowiłem zatem “pozwiedzać” wyspę nie dość, że spontanicznie to jeszcze do góry nogami 🙂 .  

malta do góry nogami malta do góry nogami malta do góry nogami malta do góry nogami malta do góry nogami malta do góry nogami malta do góry nogami

Nieważne gdzie się poszło czy na główny plac, przed pałac, przed kościół, na przypadkową uliczkę, do portu, wyjechało dalej na klify czy wybrzeże, wszędzie było po prostu pięknie!

Valetta to architektoniczne cudo, Sliema (tam mieliśmy nocleg) to kurort apartamentowo-rozrywkowy, Mdina i Rabat to także architektoniczne perełki w niesamowicie wysublimowanym klimacie, Dingli Cliffs to całe pasmo wspaniałych, skalistych klifów na południu wyspy. Centralna część wyspy, przez którą przejeżdżaliśmy też jest obfita w niebanalną zabudowę. Stosunkowo mała część wyspy jest pusta, pod tym kątem, aby była tam tylko ziemia czy zieleń.

Cała Malta wydaje się taką wybuchową mieszanką fajnych miejsc z Włoch, Francji, Turcji, Maroka czy Wielkiej Brytanii. O tym ostatnim państwie najbardziej przypominają specyficzne, czerwone budki telefoniczne, często spotykane na Malcie.

Malta budka telefoniczna

Malta chociaż jest małym państewkiem to wcale nie jest wszędzie tak blisko jakby się mogło wydawać na pierwszy rzut oka. Głównie jest tak za sprawą mocno pofałdowanej i krętej linii brzegowej oraz pagórkowatych uliczek. Mimo, że teoretycznie wszędzie jest blisko, naprawdę jest tam co chodzić.

Na Malcie jest dobrze rozwinięta sieć publicznych autobusów, które w zasadzie jeżdżą wszędzie i w sporych ilościach, jednak niezbyt punktualnie i czasami mocno okrężnymi drogami. Na miejscu okazało się również, że na Malcie działają stacje rowerów miejskich, te same co np. w Poznaniu, czyli NextBike.

Jakby ktoś szukał na Malcie parku do Street Workout’u to jedyny jaki znalazłem był w Sliemie przy samym wybrzeżu. Malutki, ale zawsze 🙂

street workout malta sliema

VALETTA w różnych odsłonach:

malta kurort
valetta nocą
valetta nocą
valetta schody
pompka
valetta widok
malta widok

DINGLI CLIFFS w różnych odsłonach:

skok klify malta
łąweczka maltańska
klify zachód słońca malta

Malta to wyspa, na której byłem tylko kilka dni, ale gdzie nie pojechałem tam było wspaniale 🙂 Polecam wszystkim, szczególnie aktywnym podróżnikom.

Michał Schlegel / TreningSportowy.pl

Open post

Miej Odwagę Zwyciężać!

Strach to często główny powód, który nie pozwala nam podjąć działania wymierzonego w określony cel. Boimy się niepowodzenia, odrzucenia, opinii innych oraz wchodzenia w coś nowego, nieznanego. Głównie to blokuje nas w realizacji własnych marzeń, ale potencjalnych powodów jest znacznie więcej. Jestem zbyt niski / wysoki, słabo / dobrze wykształcony, biedny / bogaty – wygodną wymówkę znajdziemy wszędzie. Przecież można powiedzieć, że jest się bogatym, dobrze wykształconym, więc po co robić coś WIĘCEJ ? Usprawiedliwień jest nieskończenie wiele. Mało kto się przyzna, że tak naprawdę boi się porażki lub …. sukcesu. Paradoksalnie to właśnie ewentualny sukces może nas paraliżować. Razem z nim pojawią się przecież nowe obowiązki m.in. wystąpienia przed tłumem ludzi czy zarządzanie jakimś większym projektem czy większymi pieniędzmi. Stając się osobą bardziej medialną trzeba będzie sobie poradzić z prasą, reflektorami a już na pewno z krytyką. Myśląc w kategoriach obawy przed tym wszystkim, powstrzymujemy się sami. Nie ogranicza nas wcale tak bardzo świat zewnętrzny i nasze cechy. Największym problemem są nasze myśli.

Bardzo przypadło mi do gustu rozbicie angielskiego słowa FEAR (strach, lęk) jako wyrażenia “False Evidence Appearing Real” – fałszywe dowody wyglądające na prawdziwe. Ten strach nie pozwala nam podejmować prób, przez co nie ruszamy się z miejsca. Strach często odbiera pewność siebie i sprawia, że jesteśmy przekonani o naszym mizernym przeznaczeniu. Jeśli on będzie wiodącą cechą w naszym życiu, nie odważymy się zwyciężać. Dopiero gdy zdamy sobie sprawę, że główne źródło strachu jest w nas, a szukanie zewnętrznych usprawiedliwień nie ma sensu – wówczas będzie mógł nastąpić przełom. Przełom polegajacy na realizacji swoich marzeń. O tym czy życie Cię niszczy czy wzmacnia decydujesz Ty sam.

Podjęcie działania często oznacza nowe problemy, ale czy to źle? Tylko ludzie na cmentarzu ich nie mają. PROBLEMY TO OZNAKA ŻYCIA ! Jeśli je masz to znaczy, że żyjesz i jesteś częścią tego świata. Co więcej rozwiązując problemy i potrafiąc się z nimi obchodzić stajemy się silniejszymi osobami. Ciężkie chwile często stwarzają nowe perspektywy. Można wówczas odbić się od przysłowiowego dna, a nie kurczowo trzymać się mielizny. Może to początek nowego (lepszego) rozdziału w życiu i szansa na zmianę? Trzeba na to patrzyć z dystansem. Każdy z nas ma jakieś problemy. Różnica tylko w tym, że są one bardziej lub mniej widoczne.

porażki dane są zwykłym ludziom po to, by uczynić ich ludźmi niezwykłymi

Ile jest świadectw zwykłych ludzi, którzy po jakimś przykrym incydencie w życiu stali się osobami niepełnosprawnymi, co paradoksalnie polepszyło ich życie w późniejszym czasie. Odnaleźli się oni w całkowicie innej dziedzinie, niż dotychczas.

człowiek ma w życiu albo wymówki, albo wyniki

Ludzie sami kreują swój wizerunek, niezależnie od zarobków, urody czy zdrowia, ale od tego jak sami się postrzegają. Esencją tego zagadnienia jest myśl Henry Forda

gdy myślisz, że coś możesz lub czegoś nie możesz, za każdym razem masz rację

Od Ciebie zależy czy jedna, dwie albo nawet pasmo porażek przerwie Twoją drogę do realizacji marzeń czy może każdy błąd będzie nauką i krokiem w przód do czegoś większego. Wyobraź sobie Thomasa Edisona, ponadczasowego wynalazcy, który popełniał tysiące nieudanych prób, zanim wynalazł żarówkę i stał się legendą. Dla niego to nie były porażki, lecz eksperymenty, z których wyciągał wnioski. Nie rezygnował po nieudanej próbie, wręcz przybliżał się do celu. Wiedział bowiem, że to nie działa, dlatego trzeba wypróbować coś innego. Problemy mogą nas zmusić do takich zmian do jakich by normalnie nie doszło. Nie podejmowanie prób/zmian to najprostsza i najpewniejsza droga do zapewnienia sobie porażki.

Każdy człowiek od urodzenia wyposażony jest w drogocenne bogactwo jakim jest mózg. Dobrze ukierunkowane komórki mózgowe doprowadzą nas dokąd tylko zechcemy. Trzeba mieć zatem w życiu cel albo kilka celów. Nasza świadomość decyduje “co” robimy, a podświadomość “jak” to robimy. Jeśli nie wprowadzimy tego “co” to podświadomość nie musi się męczyć szukając “jak”. Tym samym ciągle zostajemy w tym samym miejscu. Dlatego tak ważne jest zadanie sobie pytania, czego tak naprawdę chcesz. Jeszcze lepiej jest to sobie zapisać i wracać do tego co jakiś czas, jak do życiowego drogowskazu. Po za tym pisząc kreujesz myśli, cele, emocje. Zapisuj wiele celów bo mają one różne okresy “wylęgania”. Toteż jedne przyjdą (zrealizują się) szybciej, drugie wolniej. Wszystko ma swój czas. Gdy tylko zaczniesz osiągać swoje cele, ludzie przekonają się do czego jesteś zdolny i będą twierdzić, że jesteś wybitny, niezwykły i oryginalny. Niech Twoje wyniki i działania mówią za Ciebie.

Cele wyznaczamy sobie dobrowolnie, ale zobowiązująco. Dobrze byłoby mieć też jeden nadrzędny cel życia, do którego prowadzą pośrednio lub bezpośrednio cele cząstkowe. Na przykład życiowym celem Disneya było “czynić ludzi zadowolonymi i radosnymi”. Cel o nazwie “służenie ludziom” przeważnie jest celem do ostatniego dnia życia. Zanim odpowiemy sobie na pytanie co i jak chcemy robić warto zadać sobie pytanie dlaczego chcemy to robić. To jest wartość, która będzie nami przewodzić w trudnych momentach. Mając jasno określony cel, nie ma czasu na pierdoły, złe nawyki i negatywne myślenie. Brnie się po prostu do przodu. Skup umysł na celu. Dołóż ciężką pracę i sprawdź co się stanie. Wizualizuj swoje działanie / przyszłość – mózg pomoże Tobie osiągnąć cel. Wielkie marzenia nie kosztują więcej niż małe.

Świat, w którym żyjemy, jest kombinacją obrazów wytworzonych we wszystkich ludzkich umysłach

To od nas zależy jak postrzegamy nasze otoczenie. Jeśli źle będzie źle, jeśli dobrze tak też będzie. Pozytywne myślenie przyciąga ludzi, którzy również cenią sobie pozytywną, twórczą energię. Łącząc takie siły robi się fantastyczne rzeczy. Zatem zaprogramuj się pozytywnie i mów o tym głośno. Umysł jest w stanie osiągnąć wszystko, co potrafi wymyślić i w co potrafi uwierzyć. Nie analizuj wszystkiego. Działaj. Komplementuj też innych i podnoś ich na duchu.

Życie jest jak chodzenie po linie. Człowiek w każdej chwili może upaść, ale cały czas stara się iść naprzód, dążąc do swojego życiowego celu. Osiąga po drodze także cele cząstkowe. Jeśli nie potrafimy złapać równowagi życiowej to nie jesteśmy w stanie posuwać się dalej naprzód po linie życia. Problemy finansowe lub inne nie mogą nas wstrzymywać i zabierać mnóstwa czasu. Zawieszamy się wówczas na tej przysłowiowej linie życia i nie idziemy do przodu. Wyłącznie od nas zależy czy pójdziemy po linie życia dalej czy będziemy zwisać w jednym miejscu, aż lina się urwie. Nikt inny za nas życia nie przeżyje i nie podejmie decyzji co zrobimy z własną drogą.

sukces jest przeważnie zwieńczeniem procesu przezwyciężania porażek

Musisz uświadomić sobie, jaki element Twojego życia zakłóca równowagę i jak ten element zharmonizować z innymi. Każda droga zaczyna się od myśli, pomysłu, które trzeba wprowadzić w życie. Zapisuj pomysły bo zanikają. Skąd brać pomysły?  Ano najlepiej z codzienności i codziennych problemów. Rozpoznawalna na cały świat tabliczka samochodowa “Baby on Board” została wymyślona przez kobietę, która bała się o swoje dziecko w trakcie jazdy w samochodzie. W ten sposób komunikowała innym uczestnikom ruchu, że jedzie z nią dziecko. Patent przyjął się na szeroką skalę. Tak też może być z Twoim pomysłem, który możesz sprzedać do realizacji. Wykorzystuj w kreatywności codzienność, ciężkie sytuacje, problemy – wszystko. Aby coś było pożyteczne zadowolone powinny być wszystkie strony. Zasiej ziarno i bądź cierpliwy. Zrób coś dobrego dla świata. Odwdzięcz się za to, że na nim jesteś.

Na świecie jest mnóstwo gór, zostań królem jednej z nich i pomagaj innym. Znajdą się ludzie, których nie zainteresuje Twoja droga, ale będą też tacy, dla których Twoja droga będzie inspiracją. Będą tacy, którzy Cię wyśmieją, skrytykują, ale także Ci, którzy pomogą. Aby dojść do zwycięstw trzeba odnieść pasmo porażek, problemów, które w trudzie doprowadzą nas do wymarzonego miejsca. Do tego właśnie potrzebna jest odwaga zwyciężania.

Często jednak sami nie wiemy co jest tym naszym “wymarzonym miejscem”. Przydatne w tym zakresie może okazać się zadawanie sobie wielu pytań, typu: na co czekam? jaki mam talent? co chce mieć? co lubię robić? jaki mam atut? Warto w swoje rozważania wpleść także ćwiczenia fizyczne. Zintegruje to ciało i ducha, dając całościowe poczucie siebie. Nieocenione mogą okazać się zwykłe spacery, na których po za ruchem, chłoniesz wszystko na co patrzysz. Szukaj piękna, zachwytu. Ludzie, których spotykasz powinni działać na Ciebie inspirująco i ekscytująco. Bądź też taki dla innych. Poznawaj ludzi, stwarzaj sobie nowe możliwości. Prawo przyciągania mówi, że doświadczysz wszystkiego o czym myślisz wystarczająco długo i intensywnie. Wypadałoby jednak w tym kierunku jeszcze długo i intensywnie działać, nie tylko o tym myśleć.

To o czym myślimy i co dostarczamy swojemu umysłowi jest równie ważne jak to co dostarczamy swojemu żołądkowi w pokarmie. Skoro staramy się unikać śmieciowego jedzenia, dlaczego by nie unikać śmieciowych informacji? Gdy będziesz mieć ukierunkowaną drogę na cel, najlepiej taki, który służy ludzkości, nie będziesz przejmować się byle jakimi rzeczami. Skupisz się na swoim życiowym celu i przestaniesz się chaotycznie poruszać w gąszczu niepotrzebnych informacji. Filtruj odpowiednią wiedzę i wartości z książek, kursów, szkoleń, rozmów z ludźmi. Dziel się myślami, wiedzą, doświadczeniem.

Gdy ktoś jest w ciemności, niech zapali od Ciebie światło ze świeczki. Ty nic nie stracisz a płomień pójdzie dalej i rozświetli czyjeś życie.

Twój umysł jest najpotężniejszym narzędziem we wszechświecie. Wykorzystaj to zmieniając świat w lepsze miejsce. Podłącz się pod siłę wszechświata. Miej odwagę zwyciężać!

 

Open post

Jak zostać ULTRAmaratończykiem 100 km? moja historia!

Bieganie to aktywność fizyczna, o której jeszcze 3 lata temu wiedziałem naprawdę niewiele. Przypadkowo spotykani na ulicy ludzie, którzy uprawiali tę dyscyplinę sportu nie sprawiali na mnie wówczas żadnego wrażenia. Obojętny też byłem na jakiekolwiek zawody i wydarzenia biegowe. Nie obracałem się w biegowym świecie i byłem ignorantem w tej dziedzinie. Ultramaraton był dla mnie całkiem obcym zjawiskiem.

Mając jednak przez większość życia sporo wspólnego ze sportem postanowiłem spróbować czegoś nowego, wyjść w nieznane i sprawdzić swoje możliwości na innej płaszczyźnie sportu. Wybór padł wówczas właśnie na bieganie. Zaczynało się od kilkusetmetrowych przebieżek. Niejednokrotnie były momenty zawahania na trasie biegu jak i takiego zawahania, które podpowiadało aby zostać w domu. Na szczęście coś jednak pchało mnie do przodu. Pomimo licznych wątpliwości wynikających z nowego zajęcia w życiu, metodą małych kroczków dochodziłem do coraz to lepszych rezultatów. Nowa rzecz, którą było bieganie, zaczęła przynosić lepsze samopoczucie i wniosła sporo świeżości do dotychczasowej aktywności.
W tym czasie utwierdziłem się w przekonaniu, że nie ma się co bać nowych rzeczy. Co więcej mogą one sprawiać nam wielką radość i pozostać z nami na dłużej. Tak też w mojej głowie narodził się projekt NowaPasja.pl – coś nowego, coś pasjonującego. No i bieganie …….. wciągnęło. Pierwszy rok mojego biegania to debiut na półmaratonie i maratonie. Drugi rok to zdobycie korony półmaratonów. Trzeci rok to zdobycie korony maratonów + to „coś więcej” .

Tym „czymś więcej” był ultramaraton górski na dystansie 109 kilometrów. Impreza odbyła się na Górze Kamieńsk – sztucznie usypanym wzniesieniu, najwyższym tego typu w środkowej Polsce. Ultramaraton był rozgrywany pod hasłem „setka na stulecie” i bezpośrednio odnosił się do 100-lecia odzyskania przez Polskę niepodległości. Regulaminowo zawody miały odbywać się na dystansie równo 100 km. Finalnie wyszło tych kilometrów około 109, na co składało się 10 pętli o dystansie 10,9 km każda. Trasa okalała Górę Kamieńsk dookoła i obejmowała wbiegnięcie na górę, a następnie zbiegnięcie drugą stroną do punktu start/meta. Będąc zachwycony organizacją imprezy i samym faktem bycia w tym miejscu i robienia „czegoś więcej” nie za bardzo przeszkadzał mi fakt nadrobienia kilku kilometrów więcej. Mimo, że łatwo nie było, co potwierdza raport z biegu. Na 48 śmiałków startujących na tym dystansie tylko 26 ukończyło pełen dystans. Każdy kto ukończył minimum 5 pętli po tym ciężkim terenie otrzymywał tytuł ultramaratończyka. Mi to jednak nie wystarczało.

Pojechałem tam z konkretnym celem, którym było ukończenie biegu na pełnym dystansie. Założyłem tak, chociaż przebiegnięcie ponad 50 km po górzystym terenie było już dla mnie sporym wyzwaniem i ogromnym sprawdzianem wytrzymałości a tytuł ultramaratończyka jednym z cenniejszych tytułów wypracowanych w życiu. Robiłem jednak swoje, krok po kroku dążąc do celu nie bacząc na przeszkody, których było sporo. Poczynając od samego dystansu i górskiego ukształtowania terenu, przez ciemność i chłód w nocy w pustym lesie, kończąc na zmaganiach fizycznych i psychicznych ze samym sobą. Z trasy biegu najbardziej pamiętam moment, w którym na przedostatniej pętli, mając już prawie 100 km w nogach, sam w kompletnej ciemności lasu (w którym żyją wilki i dziki) około godziny 2 nad ranem próbowałem napić się wody z bukłaka, który dosłownie zamarzł. W ferworze walki nie odczuwałem tak bardzo zimna i zaskoczyła mnie późniejsza informacja, że tej nocy temperatura schodziła nawet do -9 stopni Celsjusza.

Wątpliwości i problemów związanych ze startem w ultramaratonie było pełno. Był to dla mnie totalny debiut, jeśli chodzi o bieg powyżej dystansu maratońskiego (42, 195 km) oraz pierwsze zawody w życiu rozgrywane na takim sporym wzniesieniu (łącznie 2 500 metrów wzniesienia i taka sama długość zbiegów na przestrzeni 109 km). Jechałem tam z pozytywnym nastawieniem, ale z drugiej strony wiedziałem, że w górskich biegach długodystansowych jestem kompletnym amatorem. Okazało się jednak, że strach ma tylko wielkie oczy. Ukończyłem bieg w dobrym zdrowiu i formie, zajmując 18 miejsce na 48 startujących. Czas jaki zajęło mi pokonanie górskich 109 kilometrów to 17 godzin i 23 minuty. Oprócz ogromnej satysfakcji na mecie czekała na mnie jeszcze jedna niespodzianka. Okazało się również, że wygrałem swoją kategorię wiekową na ultramaratonie, do którego podchodziłem z pewnym dystansem i obawą. Przezwyciężając strach i własne słabości można dochodzić do wielkich rzeczy i spełniać swoje marzenia. Dla mnie 3 lata temu pokonanie bariery 100km biegiem było tylko marzeniem, teraz jest już fantastycznym wspomnieniem.

O tym biegu będę pamiętać długo z wielu powodów:
– był to mój pierwszy ULTRAmaraton
– pierwsze zawody na górzystym terenie
– wspaniała organizacja i fajni, szaleni ludzie
– niecodzienne zawody rozegrane w znacznej części w ciemności i w nocy
– nigdy wcześniej nie uczestniczyłem w zawodach w których musiałem mieć wyposażenie obowiązkowe: czołówki, folie ogrzewające, komórka, bukłak, bandaż, kurtka wiatrochronna, specjalne buty z tzw. bieżnikiem i wiele innych rzeczy
– przełamanie magicznej bariery 100 km
– tytuł ultramaratończyka
– wygranie kategorii wiekowej M20
– patriotyczna koszulka techniczna oraz czapka o świetnym wykonaniu
– bardzo fajny: medal, dyplom i certyfikat
– osobisty puchar czekający w domu 🙂
– zrobienie „czegoś więcej”

Edit: i na tym wspomnienia się nie skończyły. Kilka dni temu dostałem list, który przypomniał mi o tej wspaniałej przygodzie. Było w nim piękne zdjęcie w samochodzie z fotoradaru 🙂

Open post

Moje “50” biegów parkrun

Każda przygoda, historia czy pasja zaczyna się od pierwszego kroku. Ja swój pierwszy krok na parkrun postawiłem w kwietniu 2017 roku i od tego momentu moja “nowa pasja” przerodziła się w “nowy nawyk” 🙂 .

Parkrun to inicjatywa oparta na wolontariacie, która rośnie w zastraszającym tempie. Są to cotygodniowe, cykliczne i bezpłatne 5 kilometrowe biegi z pomiarem czasu. Odbywają się one już w ponad 1500 lokalizacjach w coraz większej liczbie państw (obecnie 20). W Polsce jest już 55 lokalizacji i stale ich liczba rośnie. Kolebką światowego parkrun jest Bushy Park na przedmieściach Londynu a polskiego Gdynia. Natomiast jedną z najmocniejszych frekwencyjnie lokalizacji w Polsce jest Poznań. Tego wszystkiego nie wiedziałem kiedy przychodziłem w kwietniu ubiegłego roku na poznańską Cytadelę po raz pierwszy na parkrun. Teraz kiedy osiągnąłem swój pierwszy biegowy jubileusz – 50 biegów parkrun mam już na koncie uczestnictwo i w Bushy Parku w Londynie i w Gdyni, a także w kilku innych miejscach w Polsce, m.in.: w Dąbrówce, w Kościanie czy w Gostyniu.

Doświadczając tych różnych miejsc doświadcza się także nowych rzeczy, ale przy okazji docenia się macierzystą lokalizację, a na tą z Poznania nie ma co narzekać 🙂 . Przepiękna, urozmaicona trasa po Cytadeli, z kilkoma większymi podbiegami i wieloma atrakcjami po drodze. To właśnie tutaj w trakcie 5 kilometrowej trasy przebiegniesz górską serpentyną w okolice starego amfiteatru. Następnie przebiegając kładką i nawracając się na rosarium przebiegniesz obok wystawy samolotów i czołgów. Po czym mniejszymi i większymi parkowymi alejkami dotrzesz do ostatniej, długiej i szerokiej alei przy Dzwonie Pokoju, która doprowadzi Cię już do samej mety.

Warto zauważyć, że parkun odbywa się zawsze, niezależnie od pogody! W Polsce zawsze w soboty o 9 rano. Uczestnikom nie straszna więc pogoda przez cały rok. To z kolei składa się na całkiem dobry sprawdzian dla uczestników w różnych warunkach atmosferycznych 🙂 . Ja też już miałem przyjemność doświadczyć startu w upale, deszczu, ulewie, śniegu itd. To wszystko tylko wzmacnia charakter i wolę walki. Zauważyłem przy okazji ciekawą zależność, że czym była gorsza pogoda albo sytuacja, tym sobie lepiej radziłem 🙂

 

 

W parkrun fajne jest to, że można łączyć go z innymi, różnymi pasjami, w tym z podróżowaniem. Ja z takiej możliwości skorzystałem właśnie będąc w Londynie, przy okazji uczestnicząc w jednym z największych biegów parkrun na świecie, czyli właśnie w miejscu narodzenia się tej inicjatywy w Bushy Park na przedmieściach Londynu. Co więcej, w tym właśnie czasie były obchodzone tam 13 globalne urodziny parkrun. “Impreza urodzinowa” była ogromna z około 1500 gośćmi-biegaczami. Dodatkowego smaczku i klimatu tej imprezie dodają towarzyszące tamtejszym biegaczom na trasie …… liczne i wolno żyjące jelenie, sarny i daniele.

 

kolejka po tokeny za metą – Londyn 🙂

 

Z projektem parkrun w zeszłym roku połączyłem także dwudniową wyprawę rowerem przez polskie wybrzeże. Wówczas po przejechaniu 520 km na rowerze skorzystałem z oferty gdyńskiego parkrun, tego od którego wszystko się zaczęło w Polsce. Bulwar nadmorski w Gdyni, co prawda nie należy do najbardziej urozmaiconych tras biegowych, ale przebiegnięcie parkrun wzdłuż morza to dla poznaniaka zawsze jakaś miła odmiana 🙂

Aby uczestniczyć w innych lokalizacjach parkrun niż macierzysta nie trzeba też wcale daleko wyjeżdżać. Osobiście brałem też udział w podpoznańskim parkrun Dąbrówka. Za pierwszym razem na inaugurację tego przedsięwzięcia w tym miejscu, za drugim – 1 stycznia, na specjalnej, dodatkowej edycji i wyjątkowo o innej godzinie aby zdążyć połączyć parkrun Poznań i parkrun Dąbrówka – co oczywiście uczyniłem 🙂

Inny inauguracyjny parkrun zaliczyłem także w Kościanie, gdzie pierwszy raz się spotkałem z 3 pętlami biegowymi. Najbardziej gościnny okazał się dla mnie jednak parkrun Gostyń, w którym to zwyciężyłem.

 

Parkrun po za cotygodniową aktywnością w różnych miejscach na świecie oferuje nam także coś równie istotnego – innych ludzi z pasją. A tych w społeczności parkrun nie brakuje. Są lokalizacje ogromne, takie jak choćby wspomniany wcześniej Bushy Park, w którym to rzadko liczba uczestników schodzi poniżej tysiąca osób na bieg. W Polsce masowo ludzie zbierają się w sobotnie poranki głównie w dużych miastach, a frekwencja oscyluje przeważnie około 150-200 osób. Jednym z polskich liderów w tym aspekcie jest właśnie Poznań. To tutaj co sobotę spotykam starych i nowych kolegów biegaczy, których wciągnął ten sam nałóg do aktywnego rozpoczęcia weekendu.

Wspólne bieganie jest zawsze przyjemniejsze, bardziej motywuje, raduje i dołącza element zdrowej rywalizacji co pomaga poprawiać swoje rekordy, o ile takie chce się poprawiać. Bo parkrun to nie wyścigi, tutaj można się ścigać, biec, maszerować, spacerować, nordic walkingować, aktywnie rozpocząć weekend  – byle się ruszyć 🙂 . Biegają tu ludzie z wózkami i psami. Niektórzy całymi rodzinami. Nie ma tu medali i pucharów dla najszybszych. Doceniana jest bardziej systematyka, za którą otrzymuję się np. dyplomy lub okolicznościowe koszulki. A o wiele łatwiej utrzymać systematykę w startach biegowych kiedy wiesz, że w każdą sobotę spotkasz znajome twarze i razem w dużym gronie będziecie się zmagać z własnymi słabościami.

 

dyplom za 50 biegów z rąk koordynatora biegów parkrun

To wszystko nie miało by jednak miejsca bez wsparcia sponsorów, a przede wszystkim bez zaangażowania wolontariuszy. To Ci ostatni umożliwiają organizowanie i przeprowadzanie biegów parkrun w sposób profesjonalny i klimatyczny, a przy tym bezpłatny. Za swoją bezinteresowną pomoc nagradzani są zawsze oklaskami i dobrym słowem a także mają możliwość tworzenia wyjątkowego, sportowego projektu i poznawania nowych ludzi. Wolontariusz w inicjatywie parkrun jest potrzebny chociażby do mierzenia czasu, zabezpieczania trasy, wydawania tokenów, skanowania wyników czy zamykania stawki – bo w parkrun nigdy nie jesteś ostatni 🙂 . Osobiście po za 50 biegami jako uczestnik parkrun w różnych lokalizacjach, póki co raz spróbowałem parkrun ugryźć z drugiej strony, będąc wolontariuszem na skanerze. Trzeba przyznać, że taka forma tworzenia tej globalnej inicjatywy także przynosi wiele satysfakcji.

Moja przygoda z ideą parkrun trwa już ponad rok, ale to i tak dopiero sam początek dłuuuuugiej relacji. Póki co jest jubileusz “50” biegów, a przed nami kolejne cele “100”, “250”, “500” biegów parkrun w różnych lokalizacjach w Polsce i na świecie, a to się samo nie wybiega 😛

moja “50” parkrun 🙂

 

 

Open post

Ponad 1000 km rowerem w 5 dni

Wyprawa 1000 km rowerem była jednym z moich głównych celów na rok 2018 i jak się okazało jest to pierwszy tegoroczny cel wykonany w całości w ramach projektu NowaPasja.pl.
Co więcej, cel ten został zrealizowany ze sporą nadwyżką kilometrów, a także przy skróconej długości misji do 5 dni. Start i meta zaplanowane w rodzinnym Poznaniu,
a za “półmetek” obrałem sobie Zakopane, gdzie czekała za mną wyjątkowa dla mnie osoba, co jeszcze bardziej nakręcało mnie do żwawego przebierania nogami 🙂

Podział na poszczególne dni jazdy wyglądał następująco:
1) dzień pierwszy, trasa: Poznań -> Częstochowa
2) dzień drugi, trasa: Częstochowa -> Zakopane
3) dzień trzeci, trasa: Zakopane -> Katowice
4) dzień czwarty, trasa: Katowice -> Wrocław
5) dzień piąty, trasa: Wrocław -> Poznań

Przez pierwsze 2 dni wyprawy miałem kompana w podróży, natomiast po półmetku w Zakopanym trzeba było sobie radzić samemu 🙂
W Zakopanym był 1 dzień przerwy regeneracyjno – towarzyskiej, natomiast cała reszta wyprawy to całkiem spory kawał roboty do wykonania,
co według mojego smartwatcha ostatecznie wyniosło 1085.24 kilometrów. Myślę, że jest to w miarę rzetelne podliczenie, chociaż czasami zapomniało się zatrzymać zegarek
na przerwie albo nie włączyć po niej 😛 z moich “papierowych” obliczeń też jednak wychodził końcowy dystans w granicach 1100 km, więc osobiście uznaję dystans 1085.24 km za oficjalny 🙂


Na ten wynik złożyło się wspomniane 5 dni mocnego kręcenia pedałami:

 

Dzień 1: Poznań -> Częstochowa, 281.98 km

To było typowe rozpoczęcie przygody z “wysokiego C”. Mój dotychczasowy dzienny rekord wynosił 260 km z zeszłorocznej wyprawy rowerowej wzdłuż polskiego wybrzeża. Co więcej nie jestem przekonany co do tego czy w ostatnim czasie moje miesięczne kilometraże na rowerze po Poznaniu i okolicach przekraczały poziom 280 km, tak naprawdę szczerze w to wątpię 😛 ale projekt NowaPasja.pl powstał m.in. właśnie po to aby przesuwać swoje granice i kroczyć z fascynacją przez życie. Z czystej ciekawości i odrobiny szaleństwa postanowiłem przejechać trasę Poznań – Częstochowa w jeden dzień. Pamiętam jak kilka lat temu moja pierwsza, jakakolwiek dłuższa wyprawa rowerowa po za Poznań to była właśnie pielgrzymka rowerowa do Częstochowy, która trwała 4 dni. Przed tamtą wyprawą uważałem to za spore wyzwanie i trochę się obawiałem takiego dystansu, a teraz zrobiłem to nie w 4 dni a w 1! Dodatkowo wtedy jechała większa, zwarta grupa, samochód serwisowy, który wiózł nasze bagaże, ktoś inny zajmował się nawigacją itd. Teraz to wszystko trzeba było robić na własną rękę.

Autentycznie zaciekawiony co z tego wszystkiego będzie spotkałem się z moim kompanem podróży, który towarzyszył mi w ten pierwszy najdłuższy kilometrażowo dzień i przed godziną 4 rano wyruszyliśmy spod galerii Posnania zdobyć Jasną Górę w jeden dzień. Godzina wczesna, ale konieczna do wyruszenia gdyż nawet Google Maps podpowiadało, że rowerem pojedziemy tam około 14 godzin, a trzeba doliczyć też przerwy i postoje w ciekawych miejscach. Uwzględniając to wszystko założyliśmy, że około 20 godziny powinniśmy być na miejscu i tak też się stało. Zrobiliśmy trzy dłuższe postoje: w Jarocinie, w Kaliszu i w Wieluniu. Jechaliśmy po różnych nawierzchniach tak jak nam podpowiadał GPS rowerowy, i o ile jest to fajna opcja na wypoczynkowy i krajobrazowy wypad za miasto to przy misji 1000 km rowerem w 5 dni jest już opcją średnią i ryzykowną. Głównie dlatego, że niejednokrotnie prowadzi przez nieutwardzone, polne ścieżki co nie sprzyja rozwijaniu prędkości albo co gorsza drogi pokryte luźnym piaskiem czy tak dziurawe, że uniemożliwia rozwinięcie prędkości w ogóle. Taka wolna jazda po “wybojach” zresztą bardziej męczy aniżeli szybsza jazda po utwardzonej, prostej drodze. W ten dzień robiliśmy kilka modyfikacji trasy i zaliczyliśmy właśnie wiele takich “krajobrazowych” dróg, ale też sporo ścieżek rowerowych, dróg gminnych, powiatowych i krajowych. W sumie przy bardzo pięknej, słonecznej pogodzie przez cały dzień dojechaliśmy do tabliczki Częstochowa około 20 godziny tak jak zakładaliśmy. Dopiero sama Częstochowa przywitała nas burzą i ulewą 🙂 15 minut w samej Częstochowie w trakcie oberwania chmury wystarczyło abyśmy nie mieli suchej nitki na sobie 🙂

Tym sposobem pierwszy i zarazem najdłuższy etap podróży stał się faktem, wcale nie takim strasznym jak to się niektórym wydawało 😛 My zdążyliśmy jeszcze na Apel Jasnogórski a rzeczy już się suszyły w pokoju hotelowym na kolejny dzień podróży. A w sportowym CV można już dopisać nowy rekord długości trasy w jeden dzień na rowerze 🙂

       

 

Dzień 2: Częstochowa -> Zakopane, 234.12 km

Po najdłuższym dniu, nadszedł dzień najtrudniejszy. Kilometraż także spory i w większości pod górkę. Ale coś za coś – rozpoczęły się ciężkie podjazdy (często nachylenia 9 %), ale także super zjazdy i piękne widoki. Były też pewne nieoczekiwane problemy techniczne z bagażnikiem u kolegi, ale też w miarę sprawnie sobie z tym poradziliśmy. Tego dnia dłuższe przerwy były w Jaworznie i w Wadowicach, a także tam gdzie były problemy ze sprzętem na trasie. Tego dnia dojeżdżając do Zakopanego w późnych godzinach wieczornych można było doświadczyć wszystkiego 😛 pięknego zachodu słońca, lekkiej mżawki, lekkiej burzy, mgły, wiatru i pod koniec leśnej ciemności. W przeciągu ostatniej godziny przed Zakopanem pogoda była kapryśna 😛 ale i tak było wspaniale i pierwszy cel wyprawy, czyli trasa Poznań – Zakopane w 2 dni rowerem został przypieczętowany. Dzień odpoczynku na półmetku w Zakopanem i czas spędzony z moją dziewczyną, która była na miejscu, a następnie przygotowania na 3 dniowy powrót już samotnie, trochę dłuższą trasą.

 

Dzień 3: Zakopane -> Katowice, 181.36 km

Dzień odpoczynku trochę mnie rozleniwił, po drugie będąc w Zakopanem na rowerze trzeba było porobić sobie fotki na Krupówkach czy pod Wielką Krokwią, pożegnać się z dziewczyną i znajomymi, co sprawiło, że tego dnia z Zakopanego wyjechałem grubo po 11 godzinie. Miało być w ten dzień co prawda łatwo bo z “górki”, ale nie do końca tak było 😛 pierwsze utrudnienie to remont i korki na Zakopiance, którą chciałem sobie trochę nadrobić czas. Stojąc w korkach spotkałem jednak starego górala na rowerze, którego się spytałem o jakąś alternatywę szybkiego wyjazdu stąd. Zaproponował mi drogę wolniejszą, ale za to niesamowicie malowniczą, której nie będę żałował. Powiedział tylko, że trzeba podjechać pod górę jak “skurczybyk”, ale później już czekają na mnie bajeczne widoki. Nieświadomy tego o jak wielkich rozmiarach “górze” mówimy, zaufałem jemu i pojechałem jak powiedział. W trakcie wspinaczki pod górę, okazało się, że to wzniesienie, na którym nieraz problemy mają kolarze górscy w ramach Tour de Pologne. Mnie ta góra dobiła i jej szczyt zdobywałem prowadząc rower. Od razu przyszła mi do głowy taka myśl, że “jak stary Góral mówi do Ciebie, nizinny mieszczuchu, że góra jest jak skurczybyk to łatwo nie będzie” 😛 ale było tak jak powiedział, i za to mu niesamowicie dziękuję, że będzie ciężko, ale warto. Na szczycie owej góry znajduje się wioska Ząb, jedna z najwyżej położonych osad w całej Polsce i słynna za sprawą Kamila Stocha, który właśnie tutaj się wychowywał. Widoki z tego miejsca były obłędne. To wszystko dzięki spotkanemu przypadkowo góralowi bo inaczej pewnie cisnąłbym się Zakopianką w spalinach samochodów po równiejszej trasie szybkiego ruchu. Było przepięknie, ale było już też popołudnie a ja w zasadzie nie wyjechałem za daleko po za Zakopane 😛 wziąłem się zatem do roboty i przez wiele kilometrów nie robiłem żadnej przerwy nabijając kilometry do Katowic.

Po drodze spotykałem wielu kolarzy, jeden z nich wyjechał sobie na całodzienny wypadzik po górach i towarzyszył mi przez około 30 km. Czas uciekał szybko, ale było przyjemnie, piękne trasy, widoki, pomocni i wspierający ludzie. W tym wszystkim nie wiem nawet kiedy pobiłem swój kolejny rekord rowerowy 😛 tym razem rekord prędkości (przynajmniej taki oficjalny), który wyniósł 72 km/h. Nie jest to może demoniczna prędkość, ale nie posiadając hamulców tarczowych w rowerze, nie miałem ciśnienia na pobijanie rekordów prędkości, więc pobił się samowolnie 😛 po drodze, również przypadkowo napotykałem się na wiele ciekawych miejsc, np. największy w Polsce park rozrywki EnergyLandia w Zatorze. Tego dnia robiłem krótsze przerwy, właśnie w tego typu miejscach, dłuższe przerwy miałem bliżej Katowic, w Oświęcimiu i w Tychach. To był dzień najobfitszy w atrakcje na trasie 🙂

 

Dzień 4: Katowice -> Wrocław, 193.24 km

Późny przyjazd do Katowic dzień wcześniej spowodował, że przyspieszone, rowerowe zwiedzanie miasta i okolic trzeba było przełożyć na rano. Fotka pod Spodkiem, przejazd przez park śląski, fotka pod Stadionem Śląskim i generalnie wyjechanie z całej aglomeracji śląskiej także zabrało sporo czasu. Na ten dzień przewidziane były 3 większe postoje: w Strzelcach Opolskich, w Opolu i w Brzegu. Wszystko szło zgodnie z planem. W tym dniu wkradało się lekkie ogólne zmęczenie tą całą intensywną wyprawą, ale najbardziej dokuczliwy okazywał się wiatr, którym kompletnie się nie przejmowałem przed wyjazdem i w zasadzie przez pierwsze dwa dni wyprawy także. Okazuje się, że w Polsce wiatry są z reguły zachodnie, stąd też przez pierwsze dwa dni wiatr nie przeszkadzał, a w zasadzie pomagał. Teraz kiedy miało być już lżej bo z “górki” okazało się, że wiatr potrafi mocno dokuczyć rowerzyście. Dochodziło momentami do tak absurdalnych zjawisk, że nie pedałując ledwo zjeżdżałem z górek przy mocniejszym wietrze 😛 wiatr w drodze powrotnej do domu nie był moim sprzymierzeńcem, ale w ten dzień przechodził samego siebie 😛 natomiast bardzo miło z tego dnia będę wspominał drogę krajową nr 94 prowadzącą z granic województwa Śląskiego i Opolskiego do samego Opola. Ponad 50 km szerokiego pobocza z pięknym asfaltem. W zasadzie miałem autostradę rowerową tylko dla siebie 🙂

 

Dzień 5: Wrocław -> Poznań, 194.54 km

Poranek we Wrocławiu podobny do tego z Katowic, czyli szybka rowerowa objazdówka po mieście, zahaczenie o starówkę i SkyTower i jak najszybszy wyjazd z miasta. Zaplanowane dłuższe postoje: w Trzebnicy, w Gostyniu i w Śremie. W ten dzień mimo nie najdłuższej i nizinnej już trasy postoi było więcej albowiem każdy kto trochę więcej jeździ rowerem wie, że czasami samo siedzenie na siodełku sprawia ból 😛 na szczęście żadnych kondycyjnych i mięśniowych problemów nie było, rower też się spisywał znakomicie, więc trzeba było walczyć jedynie z wiatrem, upałem i sfinalizować wyprawę w Poznaniu 🙂 tak mi się już spieszyło do domu, że w pewnym momencie zjechałem z bocznych utwardzonych dróg i chciałem trochę sobie skrócić trasę w okolicach Doliny Baryczy i jak w większości takich kombinacji ……. utknąłem w piasku lepszym niż nad polskim morzem 😛 wydostawszy się już z takiej nawierzchni trzymałem się już tylko dróg asfaltowych i połykałem kolejne kilometry najpierw docierając do tabliczki Wielkopolska, przejeżdżając przez kolejne coraz lepiej znane mi miasta: Gostyń, Śrem, Kórnik i w końcu przez Czapury dojeżdżając do upragnionej tabliczki Poznań – zamykając klamrą moją najdłuższą w życiu wyprawę rowerową 🙂

 

Dziękuję wszystkim za wsparcie, dobre słowo, koledze Pawłowi za towarzystwo przez pierwsze 2 dni wyprawy, na pewno nie będzie to ostatnia taka wyprawa w ramach NowaPasja.pl 🙂

Cel: 1000 km rowerem – ZALICZONE 🙂

Dedykuję tę eskapadę mojej wspaniałej dziewczynie Asi 🙂