Open post
malta do góry nogami

MALTA widziana do góry nogami – dosłownie!

Malta to małe, wyspiarskie państwo, o którym mówi się dużo i dobrze. Niemal afrykański klimat, środek morza Śródziemnego, europejskie standardy, angielski język. Do tego liczne zabytki i bujna przyroda. To wszystko zwabia turystów z całego świata. Sama Valetta, czyli stolica Malty to miasto reklamowane jako muzeum pod gołym niebem. Z ogromem zabytków na małej przestrzeni oraz najbardziej słoneczną aurą w Europie. Nie bez powodu jest zapisana na kartach światowego dziedzictwa UNESCO, a w 2018 roku została wybrana Europejską Stolicą Kultury. Lecąc tam spodziewałem się naprawdę wiele …… i się nie zawiodłem.

Jest tam wszystko: wspomniane słońce, ciepły klimat, pomocni ludzie, super architektura (np. Valetta, Mdina, Rabat) i cudowna przyroda (np. klify Dingli). Dodając do tego świąteczny wystrój i klimat wyspy, który panował tam w połowie grudnia, ciężko wyobrazić sobie lepsze warunki do zwiedzania. Od początku widząc co się dzieje i jak jest na miejscu postanowiliśmy zwiedzać Maltę na “czuja”. Chodziliśmy tam gdzie nas poniosło. Ponosiło nas wszędzie, bo wszędzie było coś atrakcyjnego, wszędzie się coś działo. Diabelski młyn, fontanna, mury miasta, port, wybrzeże, pałac, palmy, jarmarki, kościoły – wszystko to widziane z jednego miejsca. I to jeszcze od razu po wyjściu z autobusu z lotniska.

malta fontanna
pierwsze minuty Valetta

To jeden z tych wypadów, w których sam dokładnie nie wiem gdzie byłem, gdzie wchodziłem, ale mam wrażenie, że byłem wszędzie.

Malta urzekła mnie tak mocno, że nawet standardowe spacerowanie na nogach wydawało mi się zbyt normalne. Postanowiłem zatem “pozwiedzać” wyspę nie dość, że spontanicznie to jeszcze do góry nogami 🙂 .  

malta do góry nogami malta do góry nogami malta do góry nogami malta do góry nogami malta do góry nogami malta do góry nogami malta do góry nogami

Nieważne gdzie się poszło czy na główny plac, przed pałac, przed kościół, na przypadkową uliczkę, do portu, wyjechało dalej na klify czy wybrzeże, wszędzie było po prostu pięknie!

Valetta to architektoniczne cudo, Sliema (tam mieliśmy nocleg) to kurort apartamentowo-rozrywkowy, Mdina i Rabat to także architektoniczne perełki w niesamowicie wysublimowanym klimacie, Dingli Cliffs to całe pasmo wspaniałych, skalistych klifów na południu wyspy. Centralna część wyspy, przez którą przejeżdżaliśmy też jest obfita w niebanalną zabudowę. Stosunkowo mała część wyspy jest pusta, pod tym kątem, aby była tam tylko ziemia czy zieleń.

Cała Malta wydaje się taką wybuchową mieszanką fajnych miejsc z Włoch, Francji, Turcji, Maroka czy Wielkiej Brytanii. O tym ostatnim państwie najbardziej przypominają specyficzne, czerwone budki telefoniczne, często spotykane na Malcie.

Malta budka telefoniczna

Malta chociaż jest małym państewkiem to wcale nie jest wszędzie tak blisko jakby się mogło wydawać na pierwszy rzut oka. Głównie jest tak za sprawą mocno pofałdowanej i krętej linii brzegowej oraz pagórkowatych uliczek. Mimo, że teoretycznie wszędzie jest blisko, naprawdę jest tam co chodzić.

Na Malcie jest dobrze rozwinięta sieć publicznych autobusów, które w zasadzie jeżdżą wszędzie i w sporych ilościach, jednak niezbyt punktualnie i czasami mocno okrężnymi drogami. Na miejscu okazało się również, że na Malcie działają stacje rowerów miejskich, te same co np. w Poznaniu, czyli NextBike.

Jakby ktoś szukał na Malcie parku do Street Workout’u to jedyny jaki znalazłem był w Sliemie przy samym wybrzeżu. Malutki, ale zawsze 🙂

street workout malta sliema

VALETTA w różnych odsłonach:

malta kurort
valetta nocą
valetta nocą
valetta schody
pompka
valetta widok
malta widok

DINGLI CLIFFS w różnych odsłonach:

skok klify malta
łąweczka maltańska
klify zachód słońca malta

Malta to wyspa, na której byłem tylko kilka dni, ale gdzie nie pojechałem tam było wspaniale 🙂 Polecam wszystkim, szczególnie aktywnym podróżnikom.

Michał Schlegel / TreningSportowy.pl

Open post
zamek wyspa bornholm

Wyspa Bornholm (Dania) – raj dla aktywnych turystów?

Wyspa Bornholm jest często polecana jako raj dla turystów preferujących aktywne formy spędzania wolnego czasu. Szczególnie chwalą ją sobie turyści-rowerzyści. W związku z tym postanowiłem przeznaczyć jeden dzień na sprawdzenie tych informacji. Ze względu na mocno ograniczony czasowo i w zasadzie spontaniczny wyjazd na wyspę, nie zabrałem ze sobą jednak roweru. Ale bez obaw, co miałem zobaczyć, zobaczyłem 🙂 . Na wycieczkę poświęciłem tylko jeden dzień. Przy dobrym zorganizowaniu transportu jest się w stanie zwiedzić spory kawałek wyspy w bardzo krótkim czasie. Jedną z opcji, którą polecam jest rozpoczęcie podróży z samego rana z Kołobrzegu, skąd odpływa prom na wyspę Bornholm, a dokładnie do miejscowości Nexo. Rejs trwa około 4 godzin i w zależności od warunków pogodowych potrafi sam w sobie przysporzyć mniejsze lub większe atrakcje. Katamaran pasażerski Kołobrzeskiej Żeglugi Pasażerskiej daje jednak radę i nawet da się lubić za wystrój i atmosferę.

katamaran na wyspę Bornholm

Katamaran dopływa do portu w malutkiej miejscowości Nexo, skąd można wyruszyć w dalszą podróż po wyspie różnymi środkami transportu. Mając jednak jedynie 6 godzin do rejsu powrotnego, lepiej już wcześniej zapewnić sobie wycieczkę objazdową autokarem. Oczywiście, o ile ktoś chce (albo musi) wracać tego samego dnia. Kilka osób, które spotkałem na promie brały ze sobą rowery z planem przejechania całej wyspy, na spokojnie, w kilka dni.

Na miejscu szybko dało się zauważyć, że Bornholm to rzeczywiście raj dla aktywnych turystów, szczególnie rowerzystów. Mały ruch samochodowy, uprzejmi kierowcy, szerokie drogi, w tym gęsta sieć ścieżek rowerowych oplatających całą wyspę. Trasy wydają się wygodne i bezpieczne. Dużym plusem są niewielkie odległości pomiędzy miejscami wartymi zobaczenia.

Nexo —> Svaneke

Tak też płynnie i bardzo szybko przemieściliśmy się autokarem z Nexo do Svaneke. Jest to najmniejsze miasto w Danii, charakteryzujące się kolorowymi domkami z centralnym ryneczkiem, przy którym jest miejscowy browar, wytwórnia cukierków oraz niewielka huta szkła. Jak na tak niewielką osadę, całkiem sporo się tam dzieje. W pamięci zapadło mi jednak coś innego. Mianowicie miejscowa rozrywka tubylców polegająca na wpuszczaniu kur do klatki, której podłożem jest kratowana plansza z numerami od 1 do 100. Gra polega na tym, że zainteresowani przed wpuszczeniem kur do środka obstawiają, na którą kratkę najszybciej kura “narobi” 🙂 . Ot, taka ciekawa miejscowa zabawa i hazard 🙂 . 

 

gra planszowa bornholm

Svaneke —> Hammershus

Kolejnym ciekawym punktem zwiedzania jest Zamek w Hammershus (ten ze zdjęcia głównego). Zamek, a w zasadzie jego ruiny są jednymi z największych w Skandynawii. Całe to miejsce zlokalizowane jest przy klifowym wybrzeżu. Obchodząc ruiny zamku dookoła, a także chodząc po klifach idzie się trochę zmęczyć. Generalnie teren na Bornholmie jest różnorodny i wymagający minimum sprawności. Są tam spore wzniesienia, ale także długie pasma równin. Z każdej strony wyspy jest trochę inaczej, jeśli chodzi o specyfikację terenu. Wyspa w każdym razie jest naprawdę różnorodna i to jest w niej piękne. Na przestrzeni małych odległości można całkowicie zmienić krajobraz.

klify wyspa bornholm dania

Hammershus —> Olsker

Z zamku Hammershus podjechaliśmy do Olsker, gdzie znajduje się jeden z czterech bornholmskich kościołów rotundowych. Niepowtarzalna architektura tych budowli, a także legendy związane z tymi kościołami rozbudzają wyobraźnię zwiedzających.

kościół Olsker Bornholm

Olsker —> Nexo

Z tego miejsca zaczyna się droga powrotna do portu w Nexo. O ile wcześniejsza droga prowadziła bardziej po pagórkowatych trasach z widokiem na wybrzeże, klify i morze to droga powrotna przepełniona była płasko położonymi kompleksami leśnymi.

Od czasu do czasu przejeżdża się przez bardziej zamieszkałe skrawki wyspy Bornholm. Co ciekawe, mieszkańcy często przed swoimi domostwami wystawiają różne rarytasy bez żadnej opieki. Potencjalny przechodzień-kupiec biorąc towar ze stolika wrzuca pieniądze do specjalnej skrzyneczki. Tak się prowadzi lokalne biznesy na wyspie Bornholm 🙂 . W drodze powrotnej nadal przejeżdża się obok urokliwych, kolorowych domków, wiatraków i przeróżnej przyrody. Na Bornholmie mają bardzo luźny stosunek do traw i chwastów, uznając je za część natury. Taka postawa mieszkańców też przyczynia się do tego, że Bornholm uznawany jest za zieloną wyspę. Dla ukazania swojej “wyjątkowości” na Bornholmie można spotkać flagi Danii z zielonym, a nie białym krzyżem.

Czy wyspa Bornholm to raj dla aktywnych turystów?

Różnorodny teren na wyspie Bornholm oraz wygodne drogi sprawiają, że na stosunkowo niewielkiej wyspie (długość linii brzegowej to zaledwie 140 km) można spędzić bardzo przyjemnie i aktywnie czas. Nawet przy objazdówce autokarem czy samochodem i szybkim zwiedzaniu poszczególnych miejsc jest sporo chodzenia, szczególnie w rejonie klifów i zamku. Z przeprowadzonych rozmów i zaobserwowanej sytuacji na miejscu potwierdzić też mogę, że Bornholm jak najbardziej może być rajem dla rowerzystów. Po za przychylną infrastrukturą i pięknymi krajobrazami na pewno przyczynia się do tego także ciepły stosunek mieszkańców do turystów. Na wyspie życie biegnie spokojniej i jakby trochę wolniej niż u nas. Można to zauważyć nawet podczas w miarę napiętego planu jednodniowego zwiedzania. Wyspa Bornholm to na pewno dobra opcja na krótki urlop.

Przeważnie na koniec takiej szybkiej, intensywnej, ale treściwej wycieczki czeka jeszcze powrót promem. Co przy zachodzie słońca na pełnym morzu jest kolejną niemałą atrakcją.

zachód słońca na morzu

Myślę, że tak samo jak miało to miejsce w przypadku Islandii, Bornholm to kolejna wyspa, na którą trzeba będzie wrócić, ale z rowerem 🙂 . A ten czekał na mnie już w Kołobrzegu, skąd zachody słońca są równie piękne! Przypomniałem sobie przy okazji też moją wycieczkę rowerową sprzed dwóch lat wzdłuż całego polskiego wybrzeża: https://nowapasja.pl/rowerowe-szalenstwo/ . A teraz zachęcam gorąco do inspirowania się moim sportowym projektem TreningSportowy.pl !

zachód słońca rower

Szerokości na podróżniczych drogach 🙂
Michał

Open post

ISLANDIA – pierwsze państwo na liście NowejPasji.pl

Misję przemierzania świata pod szyldem NowejPasji.pl chciałem zacząć tylko w jednym miejscu. Od “szczytu” naszego globu, a dokładniej od najdalej wysuniętej na północ stolicy świata – Reykjawiku! Zresztą cały obszar Islandii choć nie równa się “arktycznością” z Grenlandią to jej południowe granice są bardziej wysunięte na północ aniżeli początki Grenlandii. Abstrahując zresztą od zależności geograficznych było to miejsce numer jeden ex aequo z Australią i Nową Zelandią, które chciałem odwiedzić. Zaczęliśmy więc na Islandii a dążyć będziemy do Nowej Zelandii, przez świat na wskroś 🙂 zwiedzając po drodze mnóstwo ciekawych miejsc.

Ale po kolei…..

Wylot miałem z lotniska Chopina w Warszawie do Keflaviku nieopodal Reykjaviku. Pierwsze wrażenie patrząc przez okno w samolocie przed lądowaniem – jestem na księżycu. Ogromne połacie wolnej przestrzeni pokrytej żwirem, kamieniami, mchem i trawą, inną niż nasza. Nieliczne drogi widziane z lotu ptaka były niemalże puste.

Po wylądowaniu tak pusto już wcale nie było. Lotnisko obsługiwało całkiem sporo lotów i pasażerów a droga z lotniska do centrum Keflaviku i dalej w stronę Reykjaviku całkiem ruchliwa. Zdając sobie sprawę z wysokich cen panujących na Islandii za transport oraz po długim locie pospiesznie ruszyłem pieszo kilka kilometrów do mojego pierwszego noclegu znajdującego się na krańcu Keflaviku, do hostelu Start. Już w trakcie mojej pierwszej pieszej wędrówki po Islandii doświadczyłem co to znaczy zmienna pogoda na Islandii. Słońce, wiatr i deszcz naprzemiennie, choć niezbyt uciążliwie, towarzyszyły mi w drodze. Tym sposobem utwardzonym poboczem ulicy i z widokami jak na powyższym zdjęciu doszedłem do hostelu. Hostel całkiem przyjemny, jak na Islandię niedrogi. Dużym plusem było dobre śniadanie i całodobowa świetnie wyposażona kuchnia dla gości. Samo miasteczko też przyjemne z fajnym wybrzeżem. Przy dobrej pogodzie widać piękne, zaśnieżone góry z oddali za wodami oraz część Reykjaviku.

skaliste wybrzeże Keflaviku

płaskie wybrzeże Keflaviku

Do Reykjawiku musiałem skorzystać już z busa, które są strasznie drogie na Islandii i w wersji taniej wyniosło mnie to około 100 zł za przejechane 40 kilometrów. Na szczęście w stolicy Islandii nie musiałem płacić za równie drogie noclegi bo przygarnęli mnie i ugościli dawni znajomi. W samym mieście czułem się nadzwyczaj swobodnie zważając, że jest to najdalej wysunięta na północ stolica świata na krańcu naszego kontynentu. Reykjawik okazał się w miarę normalną, europejską stolicą z kilkoma fajnymi miejscami. Była tam super nowoczesna sala koncertowa – Harpa, promenada z pięknym widokiem na zaśnieżone góry, kościół Hallgrímskirkja o niezwykłej konstrukcji i z tarasem widokowym na miasto i okolice a także Ratusz miejski ciekawie usytuowany przy wodzie z pokaźną gromadą kaczek, gęsi i łabędzi dookoła. Nie jest to miasto bardzo obszerne i z ogromną ilością atrakcji także 2 dni na Reykjawik w zupełności wystarczą. Tu zapoznasz się tylko z przedsmakiem tego co będzie Cię czekać po za tą jedyną dużą aglomeracją w tym kraju.

Reykjavik z wieży Hallgrímskirkja

Mnie najbardziej interesował następny punkt wyprawy – wyszukane wcześniej w internecie i upatrzone od razu Hveragerdi. Małe miasteczko zlokalizowane niecałe 40 km od Reykjawiku, położone w dolinie z licznymi źródłami geotermalnymi dookoła i termalną rzeką na końcu jednej z górskich tras. Od razu zainteresowałem się tym miejscem i najważniejszy cel wyprawy wykrystalizował się samoistnie – przejście górskiego szlaku nad Hveragerdi do Reykjadalur między źródłami geotermalnymi i gorącą parą unoszącą się nad źródłami a na końcu zażycie kąpieli w termalnej rzece. Tym samym po powiedzmy sobie europejskim klimacie Reykjawiku nastał czas na prawdziwą i dziką naturę Islandii. Dojazd ze stolicy do Hveragerdi nie zajmuje dłużej niż godzinę aczkolwiek trzeba uważać bo jest to trasa przebiegająca przez góry i niekiedy zamykana z powodu złych warunków atmosferycznych do jazdy. W marcu kiedy ja byłem na Islandii droga ta była w stanie podwyższonego ryzyka jednak przejezdna. Po dotarciu na miejsce miasteczko samo w sobie może nie porywa pięknem. Wiele porzuconych , zniszczonych samochodów, dużo warsztatów samochodowych, kilka sklepów, kawiarni i domostw ze szklarniami. Nic nadzwyczajnego dopóki nie wejdzie się na ścieżkę prowadzącą do doliny pary i dalej do miejsca kąpieli w Reykjadalur.

To tutaj kilkaset metrów nad miasteczkiem Hveragerdi otwiera się przed nami prawdziwe piękno wspaniałej islandzkiej natury.

 

Kontrast śniegu, zieleni, wody, wodospadów, gorących źródeł, roślin, wyziewów wulkanicznych, dymu i słońca – obłędnie wspaniały. Dodatkowego smaczku dodawało to, że nie był to okres turystyczny co sprawiało, że po wyjściu z miasteczka w stronę termalnej rzeki częściej spotykałem miejscowe zwierzęta aniżeli jakichkolwiek ludzi.

Nieocenione widoki zaśnieżonych gór pomiędzy, którymi leniwie płyną ciepłe potoki, wodospady a na zboczach dymiące się termalne źródła i gejzery. Do tego zmienna aczkolwiek przeważnie słoneczna pogoda, w zasadzie brak turystów i niewielu tubylców. Trasa z Hveragerdi do Reykjadalur to zdecydowanie miejsce , w którym można się poczuć jak w innym świecie. Piękno natury, które ciężko opisać słowami, uwiecznić na zdjęciach też trudno w sposób odzwierciedlający rzeczywistość w 100%.

To piękno tak wielkie, że zwala na kolana swoim ciężarem 🙂 

 Zbliżając się do podnóża właściwego szlaku prowadzącego przez góry do kąpieliska geotermalnego zaczęły się pojawiać pojedyncze osoby, które do samego podnóża szlaku podjeżdżały samochodami tracąc tym samym niektóre możliwości obcowania z naturą jeszcze przed bezpośrednim szlakiem. Właściwy szlak jest już ogrodzony i zamknięty dla jakiegokolwiek ruchu kołowego. Trzeba przyznać, że na Islandii (przynajmniej tu) dba się o środowisko po prostu nie ingerując za bardzo w jego naturę, stąd mało znaków czy udoskonaleń dla turystów. Czysta natura. Początek szlaku z racji przepływających wzdłuż ścieżki gorących wód oraz licznych małych gejzerów i źródełek, roztapiających śnieg i odsłaniających roślinność, wyglądał tak:

a dalej nie jest wcale gorzej 🙂 czym wyżej się szło tym mniej było odkrytej przyrody a więcej śniegu, niekiedy duże zaspy i momentami brak wydeptanych ścieżek spowodowane cyklicznymi opadami śniegu i brakiem tłumów w tym okresie, co sprawiało, że jeszcze bardziej można było zaprzyjaźnić się z islandzką naturą. Co prawda nie mam porównania jak by wyglądał też szlak latem ale cieszyłem się, że jestem w tym miejscu akurat w okresie takiego kontrastu zimna i ciepła bo jest to raczej rzadko spotykane zjawisko w innych miejscach. Wyobraź sobie, że pośród wielkich, zaśnieżonych gór wiją się spiralne szlaki turystyczne a dookoła znajdują się dymiące gejzery oraz gorące źródła i strumyki roztapiające wzdłuż siebie zalegający śnieg. odsłaniając różnoraką roślinność. Obraz wszystkich pór roku w jednym miejscu i czasie 🙂 już wtedy cieszyłem się, że jestem tu w marcu, kiedy jest bardzo mało ludzi za to bardzo duża różnorodność otoczenia, co było właściwie najpiękniejszym zjawiskiem na tym szlaku. Różnorodność i niezwykłość tego miejsca. Idąc ciągle pod górę zaczęła roztaczać się coraz piękniejsza panorama podnóża gór, zaś droga po której szedłem zaczęła być coraz bardziej zasypana śniegiem. Czym było wyżej tym rzadziej spotykałem dymiące źródła aż do momentu całkowitego zatracenia ich z oczu.

Idąc nadal przed siebie i próbując nie zgubić ścieżki w coraz większych zaspach śniegu natrafiłem na wysuniętą skałę ze stromym spadem, pod którą przepływała w korycie gór rzeka napędzana przez niesamowicie zachwycający, skalisty wodospad. Miejsce to było na tyle zachwycające i prawdopodobnie najbardziej zjawiskowe jakie do tej pory widziałem, że w tym miejscu postanowiłem po raz pierwszy w podróży wyciągnąć specjalnie przygotowaną pod takie okazje koszulkę NowejPasji. Tak też wykonałem historyczne, pierwsze zdjęcie z logiem projektu, który mam nadzieję będzie mi towarzyszył w bardzo wielu równie inspirujących podróżach i wydarzeniach 🙂 widok był na tyle zapierający dech w piersiach w tym miejscu, że nie byłem w stanie odzwierciedlić tego na zdjęciu.
zdjęcie z dalszej perspektywy i innego aparatu wyszło trochę atrakcyjniej, lecz także jakoś nierealnie. Choć to miejsce “nierealne” trochę było 🙂

Tutaj zatem, na szlaku z doliny dymu do kąpieliska geotermalnego na obrzeżach Hveragerdi, oficjalnie po raz pierwszy zadebiutowała koszulka projektu “NowaPasja.pl” 🙂 a ten widok i to uczucie towarzyszące na tej skale było doprawdy nowe i pasjonujące 😛 w ten dzień widziałem tyle pięknych rzeczy i widoków, że nie jestem przekonany czy był to najlepszy widok ale na tamten moment na tyle piorunujący, że właśnie to miejsce wybrałem na narodziny projektu NowaPasja.pl 🙂 a to była dopiero mniej więcej połowa drogi do celu tego dnia czyli kąpieli w gorącej, naturalnej rzece w otoczeniu zaśnieżonych islandzkich gór. Czym bliżej celu tym więcej bieli a rzadziej spotykane gejzery robiły niesamowity dysonans na tle białych połaci śniegu. Taka biała pokrywa bywała czasami zdradliwa. Krok w bok od wytyczonej ścieżki i człowiek po pas zalega w śniegu. A ścieżkę ciężko było niekiedy odnaleźć. To wytyczało się własne 🙂

W dalszej części obszar HOT 100℃ z ostrzegającymi tabliczkami. Góry, pełno śniegu, temperatura powietrza bliska zeru, arktyczny klimat i ….. ostrzeżenie przed naturalnym wrzątkiem wydobywającym się z ziemi. Niezwykłe uczucie nienormalności 🙂

Stąd blisko już było do celu i tu napotkałem na kilka osób co trochę sprowadziło mnie z powrotem na ziemię po długiej, odosobnionej wędrówce po tym “nierealnym” miejscu 🙂
Gdy dochodziłem do głównej atrakcji i zarazem celu tej wyprawy – gorącego potoku górskiego, w którym można zażyć zasłużonego relaksu po wspinaczce, załamała się lekko pogoda i zaczął po chwili padać grad . Co sprawiło kolejny fantastyczny kontrast bo oprócz kąpieli w ciepłym ponad 30 stopniowym kamienistym, górskim potoku pośrodku zaśnieżonych gór i zerowej temperatury, bonusem otrzymałem topiący się w strumieniu grad 🙂 po raz kolejny to miejsce zapewniło mi wspaniałego kontrastu.

Tutaj też ponownie doceniłem fakt, że jestem tu zimą. Nie jestem sobie w stanie nawet wyobrazić lepszej pory roku na taką kąpiel w naturalnej, górskiej termie niż przy padającym gradzie, niskiej temperaturze i w zasadzie mając to na wyłączność. Niczym nieskrępowany w samych kąpielówkach (przy okazji cenna rada aby zimą na Islandię zabierać kąpielówki bo to kraj niekonwencjonalny) relaksowałem się i odpoczywałem przed powrotem. Sama miejscówka nie jest aż tak bardzo urokliwa jak sceneria na szlaku, jednak możliwość wzięcia kąpieli pod szczytem gór w takich warunkach robi swoje. Cel został zatem osiągnięty i trzeba było się zacząć zbierać z powrotem. W tym momencie zrobiło się trochę mniej przyjemnie gdyż różnica pomiędzy temperaturą wody a powietrza wynosiła ponad 3o℃ a moje rzeczy zostały przysypane padającym gradem. Szybka akcja pt. ubrać się i lecimy dalej. W drodze powrotnej, która przebiegała w większości tę samą trasą towarzyszyła mi kominiarka i dodatkowe ubranie gdyż po zażytej kąpieli góry wydawały się o wiele mroźniejsze a i dymu było coraz więcej, który w zapachu nie był jakoś wyjątkowo przyjemny 🙂

Czas było wracać i poszukać swojego hotelu. A ciężko było sprecyzować ile to zajmie czasu a pogoda zaczynała być niepewna. Szlak górski ma ponad 3 km długości a dojście od podnóża szlaku do miasteczka kolejne 4-5 km, przynajmniej teoretycznie. To jednak nie odzwierciedla się za bardzo w czasie gdy człowieka wszystko dookoła zaskakuje i zadziwia, czas wędrówki przyjemnie i błogo mija, zaś dzień się szybko kończy. Liczne przerwy przy cudach natury strasznie wydłużają taką przechadzkę. A zachwyt i zdumienie czekają na każdym kroku.

“not bad”

bulgoczące “piekiełko”

 

 

 

Takich zjawisk jest tam co niemiara. I człowiek nie chce z takiego miejsca wychodzić. Jednak ma w zanadrzu jeszcze kilka dni, w których wie, że nudno nie będzie. Tym sposobem dziarskim krokiem w pełni usatysfakcjonowany wracałem do miasteczka.

 

 

 

 

Po drodze pomiędzy miasteczkiem Hveragerdi a szlakiem do kąpieliska termalnego jest usytuowane boisko piłkarskie i hala rekreacyjna. Niesamowicie ciekawe miejsce na tego typu obiekty. Do ciekawostki sportowej można zaliczyć także fakt, że na Islandii nie spotyka się wielu biegaczy a na szlaku górskim do Reykjadalur jako jedną z nielicznych osób spotkałem starszego Pana uprawiającego jogging na tym szlaku w krótkim ubraniu.

Po powrocie do miasteczka poszedłem do jedynej “galerii handlowej”, w której mieścił się najbardziej przystępny cenowo sklep z ogólnokrajowej sieci BONUS (ze świnką w logo) – coś na zasadzie odpowiednika naszej biedronki. Warte odnotowania jest także, że w tego typu sklepach za kasami stoją często darmowe ekspresy do kawy. Zaopatrzony w prowiant ruszyłem lekko za granice miasteczka, gdzie miałem zarezerwowany nocleg. Trzeba było iść wzdłuż drogi krajowej numer 1, oplatającej dookoła całą Islandię. Po drodze natrafiłem na znak informacyjny określający miejsce, które zrobiło dotychczas na mnie największe wrażenie za całokształt atrakcji.

#najlepsze

Wspomniany hotel Eldhestar okazał się klimatyczną noclegownią dla pasjonatów koni. Jest zbudowany w kształcie i klimacie ekskluzywnej, rozbudowanej stajni. Każdy pokój nosi nazwę, któregoś z koni z tej stajni wraz z przedstawioną charakterystyką. Pokoje mają wyjścia na tarasy/ogródki. Dodatkowo wspólna HOT TUBA z 42 stopniową wodą nie robiąca już jednak takiego wrażenia po skorzystaniu z jej naturalnego odpowiednika w górach.

Następnego dnia krótsza wyprawa w góry z innej strony ale również owocna w doznania. Tutaj już bez celu wędrówki, szedłem tam gdzie coś się działo, a dokładniej mówiąc dymiło 🙂

za tymi górami jest droga powrotna do Reykjawiku, zatem mega zadowolony wracam do stolicy Islandii

Miałem w stolicy jeszcze jeden dzień na zwiedzanie przed wylotem i przy lepszej pogodzie niż za pierwszym razem niespodziewanie dostrzegłem o wiele więcej wartości w tym mieście niż poprzednio. Będąc na Islandii nie zwraca się większej uwagi na budynki, choć i te są ciekawe (np. Hallgrímskirkja i Harpa). Islandia to kraj wielkiego kontrastu i przepięknej natury i raczej na tym się skupiają podróżni. W Reykjaviku najbardziej urzekła mnie zadbana promenada przy wybrzeżu z widokiem na czystą wodę i zaśnieżone, piękne góry.

Na pożegnanie ze stolicą Islandii natknąłem się jeszcze na inspirujący mural z przesłaniem
Generalnie jak można zauważyć nawet na zdjęciach Islandia to wielkie zróżnicowanie terenu, roślinności, pogody i architektury. Dzięki czemu ten kraj jest tak wspaniały i nieobliczalny.
To miejsce, na które trzeba poświecić na pewno więcej czasu niż niecały tydzień jak w moim przypadku. Starczyło to jednak do zwariowania na punkcie tej wyspy i postanowienia o powrocie na nią w przyszłości.

moc 🙂 ostatnie chwile przed wylotem