“Umarłem cztery razy” dziarskie życie Piotra Pogona

Piotr Pogon był dzieckiem uzdolnionym, ale niesfornym. Mimo dobrych ocen, ciągnęło go do podróży, harcerstwa, ale też do wygłupów. Wszędzie go było pełno. Prowadził aktywny styl życia i bagatelizował jakiekolwiek symptomy niemocy. Mając niespełna 17 lat zdiagnozowano u niego guza w gardle. To nie były jeszcze czasy skutecznej medycyny, która mogłaby efektywnie powstrzymać rozwój tej wyniszczającej i niekontrolowanej maszyny, zwanej nowotworem. Przeżywalność dzieci z nowotworem nie przekraczała 1/3 przypadków. Przy podjęciu jednego z badań nastąpiła u Piotra śmierć kliniczna. Obudził się w innym miejscu po kilku godzinach, cierpiąc w samotności. Dla wielu osób stał się, w obliczu choroby, nieobecny. Jego szpitalnymi sąsiadami byli równie schorowani, ale o wiele starsi mężczyźni, często narzekający na swoje życie i los. Po czasie nadeszła jeszcze gorsza diagnoza: nowotwór złośliwy, na skutek, którego aplikowano Piotrowi potężne napromieniania i podawano chemię. Efektów ubocznych tych zabiegów było mnóstwo, z uszkodzeniem słuchu włącznie.

Piotr wychowany przez ojca na silnego, zaradnego chłopaka nie miał zamiaru się w życiu poddawać. Podjął studia, ożenił się, podejmował się różnych prac, w tym w charakterze drwala czy opiekuna bizonów w ZOO, a także jako pośrednik sprzętu elektronicznego na linii Berlin – Moskwa. W tej ostatniej profesji na Piotra czekało bardzo wiele doświadczeń, szczególnie na granicach. Jednego dnia został zawrócony z Moskwy do Berlina, gdzie wtenczas runął mur. Ludzie wyszli na ulice świętować. Okazało się, że wśród świętujących był też pan z przechowalni bagażu, którego nie było przez następne 3 dni, a właśnie w tym czasie wszystkie rzeczy Piotra znajdowały się w bagażowni. Przez te 3 dni Piotr jednak nie próżnował. Włócząc się po Berlinie zauważył, coś czego w ówczesnej Polsce jeszcze nie było. Były to kubki z reklamowymi nadrukami. Pomyślał wówczas, że mogłoby się to przyjąć i w Polsce. Nie spodziewał się jednak, że to on sam będzie prekursorem tych rzeczy na naszym rynku. Po zarobieniu wystarczającej kwoty pieniędzy na ślub, wesele i skromny start nowego życia, wszystko zaczęło się pomału stabilizować i układać.

W 1991 roku, mając 24 lata otrzymał jednak drugi cios od tego samego przeciwnika. Przerzut nowotworu na płuco. Zgodnie z panującymi wówczas zasadami zalecono wycięcie dużej części zainfekowanego organu, czyli w tym przypadku wycięcie całego płuca. Tak też się stało. Według lekarzy nie było żadnych szans na normalne życie, o jakimkolwiek wysiłku fizycznym nie wspominając. Przez 3 dni Piotr leżał zrozpaczony. Czwartego dnia przejechał 40 km na rowerze, po czym rzygał i spał przez dwie kolejne doby. Po przebudzeniu poczuł jednak, że życie się wcale nie skończyło i będzie jeszcze w stanie normalnie żyć. Włączyło się u niego, jak to później “fachowo” zdefiniował jeden z lekarzy, onkologiczne ADHD.

Jego zegar zaczął tykać szybciej

Rok później na świecie pojawił się syn Piotra, Szymon. Piotr zajmował się rodziną, jak potrafił najlepiej. Swojemu dziecku wszczepiał pasję życia a rodzinie zapewniał godny byt. Stał się ważną osobą w nowej spółdzielni dla niepełnosprawnych w Krakowie. Pełnił funkcję rzecznika i spotykał się z wieloma wpływowymi politykami. Jeździł także po różnych instytucjach i telewizjach, w celu promocji inicjatywy. Poznał w ten sposób wielu wpływowych ludzi i założył spółkę z jednym z biznesmenów. Popadł w wir pracy. Zachłyśnięty dobrymi obrotami w firmie, pracował jak szalony. Specjalizował się przede wszystkim w wyrobie drobnej i artystycznej ceramiki, podejrzanej niegdyś w Berlinie. Polacy pokochali kolorowa porcelanę i kubeczki z nadrukami, a Piotrowi i jego rodzinie powodziło się coraz lepiej. Swoją pracowitość nagradzał coraz to nowszymi i lepszymi gadżetami, atrakcjami i … smakołykami. Równolegle dużo, przybywało pieniędzy na koncie, jak i kilogramów na wadze. Niepełnosprawnych pracowników stopniowo zastępował pełnosprawnymi, gdyż tego wymagała sytuacja i ogromny popyt na jego produkty. W tym czasie zajmował się głównie … bogaceniem.

W 2000 roku postanowił oderwać się na chwilę z wiru pracy i wyjechać z rodziną na narty na Słowację. W trakcie tej podróży otrzymał telefon o problemach zdrowotnych swojego, starszego brata Krzysztofa, który był uważany za wzór do naśladowania.  Brat nigdy niesprawiający problemów i szanowany przez ludzi. Miał problem tylko z jedną rzeczą – własnym sercem. Chciał wejść w nowe milenium naprawiony i podjął się operacji. Sama operacja przebiegła pomyślnie, ale osłabione serce później nie dawało sobie rady w trudniejszych aspektach codziennego życia. W końcu zapadł w śpiączkę. Niedługo potem odszedł na zawsze. Nie mogąca się z tą stratą pogodzić rodzina była w żałobie. Najbardziej ekspresyjny w rozpaczy był Piotr, który “pogniewał” się wówczas Boga, za to co się stało. Część ludzi myślała, że chodzi właśnie o niego, a nie jego “idealnego” i “zdrowszego” brata.

Od tego wydarzenia wiele się zmieniło w życiu Piotra. Nie był już skupiony na biznesie, jego myśli krążyły gdzieś indziej. Z tego powodu we firmie powstawały różne niedociągnięcia i błędy, które skutkowały podupadaniem firmy. Firma gasła, a Piotr razem z nią. Chcąc pospłacać wszystkich kontrahentów wyprzedawał składniki firmy, a niedługo potem sprzedał całą firmę za bezcen. Miał w niej co prawda dalej piastować funkcję dyrektora, ale został oszukany. W tym czasie wróciły też objawy nowotworu, a jego małżeństwo się rozpadło. Stracił kontrolę nad własnym życiem i został bezdomnym. Nie szukał już nawet schronienia u rodziców, którzy pogrążeni w rozpaczy i tak nie rozumieli jego “nowego” sposobu życia. W krótkim okresie czasu stracił dom, rodzinę i pracę. Wstydził się tej porażki, ale nie chciał się do niej przyznawać. Czas spędzał od tej pory głównie, z innymi biedakami. Jednak w przeciwieństwie do nich znał smak pieniądza, miał dobre wykształcenie z pedagogiki socjalnej i wiedział jak się robi biznes. Pozostały też jakieś biznesowe kontakty. To właśnie one pozwoliły mu spotkać się z Anną Dymną, prezesem Fundacji “Mimo Wszystko”, która uwierzyła w niego i obiecała pomóc. Piotr był niecodziennym potrzebującym bo nie szukał ryby, tylko wędkę. Nie chciał pieniędzy, tylko pracę. Nie szukał litości, a zaufania. Skierowano go do Fundacji Świętego Alberta, gdzie miał się zajmować osobami z ciężkim upośledzeniem umysłowym, za mizerną pensję. Taka perspektywa nie napawała go wielkim optymizmem, ale z braku lepszych rozwiązań podjął tę pracę. Pomimo wielu niekomfortowych obowiązków Piotr szybko związał się z podopiecznymi i polubił tę pracę. Co ważne, ze wzajemnością. Jego podopieczni go uwielbiali, ostentacyjnie mu to okazując na każdym kroku. On miał tych ludzi rozwijać, tymczasem to oni otwierali mu oczy na wiele spraw. Zauważył, że jego upośledzeni podopieczni często mają większą radość życia niż ci niby normalni i lepiej się w tym życiu czują. Przytoczył wspaniałe świadectwo dziewczynki, która miała namalować drzewo, widziane zza okna. W jej “widzeniu” miało ono sześć kolorów. Jego podopieczni zachwycali się elementami przyrody na jakie rzadko, który “normalny” patrzy. Takimi zjawiskami dla nich były chociażby zwykłe liście.

Po kilku miesiącach owocnej pracy ze swoimi podopiecznymi, zadowoleni pracownicy fundacji postanowili powierzyć Piotrowi inną, stałą pracę, w charakterze fundraisera. Na początku nie wiedział nawet co to jest, ale szybko się okazało, że to zajęcie idealne dla niego. Zajmował się “żebraniem” na rzecz fundacji i organizacji pozarządowych. Organizował catering, logistykę i promocję imprez dla niepełnosprawnych. Miał sprawiać radość na twarzach niepełnosprawnych. Załatwiał im potrzebny sprzęt i spełniał inne marzenia i potrzeby. W trakcie jednego z takich zadań spotkał dziewczynę, Anię, która sprawiła, że lekko odżył. Mieszkała jednak kilkadziesiąt kilometrów od niego. Nie mając nadal pieniędzy, dojeżdżał do niej na rowerze. W podobnym czasie spotkał pod sklepem pewnego drwala, który w prosty, ale niezwykle intrygujący sposób odpowiedział mu na jego narzekania i problemy życiowe. Porównał ów drwal problemy życia do węzełków na linie. Można się po nich tylko ześlizgiwać, ale wtedy dupa mocno zaboli, a można też te węzełki wykorzystywać, coby wyżej wejść, wyjaśniał. Piotr pomału odnajdywał sens w tym wszystkim. Nie trwało to długo i pojawił się kolejny guz, tym razem na czole. Pojawiło się też przeziębienie i zainfekowane zatoki.

Efektem ubocznym tego przypadku było pogorszenie się wzroku, słuchu i poczucia smaku. Piotr się jednak nie poddał. Dalej prowadził różne projekty na rzecz fundacji. Zaczął inicjować i realizować też własne pomysły. Z czasem były one coraz śmielsze. Jedną z takich idei była wyprawa na Kilimandżaro z niepełnosprawnymi osobami. Było to ogromne wyzwanie dla niego, ale ten wielki cel go napędzał. W końcu wejście na tę górę z ekipą niepełnosprawnych amatorów, w której każdy potrzebował specjalnej opieki i przygotowania byłoby ewenementem na skalę światową. Właśnie to łamanie barier napędzało tych ludzi najbardziej. Z Piotrem na czele, chcieli udowodnić sobie, że mogą robić wielkie rzeczy, a innym dać nadzieję i inspirację. W 2008 roku 9 osobowa ekipa wyprawy “każdy ma swoje Kilimandżaro” wyruszyła z niezwykłą misją. W tej niesamowitej drużynie po za koordynatorem całego zamieszania Piotrem Pogonem, byli:
– niewidomy od urodzenia Łukasz
– znany z innych niezwykłych wyczynów podróżniczych, dwudziestoletni wówczas Jasiek Mela, któremu amputowano rękę i nogę
– dwóch Krzyśków mocno przywiązanych w swoim życiu do wózka i kul, ale też do sportu
– dwóch śmiałków bez nóg: Piotrek i Jarek
– były też przedstawicielki płci pięknej: Angelika z dystrofią mięśniową i Kasia bez kończyn górnych.
Wielu z nich odnosiło i odnosi nadal wspaniałe wyniki sportowe, nawet na arenie międzynarodowej. Pieczę nad nimi sprawowali GOPR-owiec Boguś i sponsor Jacek. Jechało z nimi także całe zaplecze medialne i techniczne. Wszystkim powyższym śmiałkom przyświecał jeden główny cel – pokazać sobie i innym, że można. Pragnęli przetrzeć szlaki innym, jechali na żywioł, bez dokładnego sprawdzenia możliwości technicznych. Mieli być w końcu tymi pierwszymi. Przedtem tego wysiłku podejmowały się jedynie mniejsze i profesjonalniej przygotowane grupy z niepełnosprawnymi na pokładzie. Wszyscy byli świadomi trudności, ale też gotowi się z nimi zmierzyć. A problemy pojawiły się już bardzo szybko. Opóźniony lot, “bieganie” niepełnosprawnych po lotnisku, na którym mieli przesiadkę czy poważne uszkodzenia 3 wózków inwalidzkich członków załogi w transporcie to tylko wstęp do poważniejszych komplikacji. W rzeczy samej nie zaczęła się nawet wspinaczka na szczyt, a problemów już było sporo. Zdarzały się jednak też “cuda”. Na początku szlaku znaleźli porzucony wózek alpejski, który zastąpił jednemu z uczestników jego zepsuty sprzęt. W tej wyprawie było wiele niepełnosprawności; wiele ograniczeń fizycznych, wiele problemów technicznych, wiele przeszkód zewnętrznych, ale ekspedycja ciągnęła do przodu. Jeden pomagał drugiemu jak mógł. Nie obyło się, jak to w tak dużym przedsięwzięciu bywa, bez nerwowych sytuacji i krytycznych momentów. Z biegiem czasu, załoga zaczęła się dzielić na mniejsze  grupy, dopasowane do możliwości. Niektórzy fizycznie lub technicznie nie byli w stanie kontynuować wyprawy. Przesłanie wyprawy “każdy ma swoje Kilimandżaro” było w tym przypadku trafione idealnie w punkt. Niektórzy rezygnowali bardzo blisko szczytu. Inni na wysokościach nie byli już w stanie pomagać pozostałym, ledwo radząc sobie samemu. Przekraczając pułap 5 000 metrów nad poziomem morza nikomu nie jest łatwo, ale byli tacy herosi jak Piotr Pogon, który mimo, że bez płuca na tak olbrzymiej wysokości sam ledwo łapał oddech, przejął prowadzenie niewidomego Łukasza. Krótko przed samym szczytem już sam nie dawał rady. Łukasza musiał przejąć miejscowy tragarz. Piotra motywował cel zrobienia czegoś wielkiego po tych wszystkich życiowych problemach, porażkach i błędach. Z tej całej beznadziei wykrzesał ogromne pokłady siły. Dotarł na sam szczyt wraz z kilkoma innymi osobami. Niewidomy Łukasz humorystycznie skwitował na miejscu: “czy oby na pewno są na szczycie?, bo przynajmniej on nic nie widzi” 🙂 Byli wyczerpani, ale szczęśliwi.

Po powrocie z wyprawy na ekipę spadła lawina gratulacji i podziękowań. Ta misja spełniła swój cel – tchnęła nadzieję i wiarę w inne niepełnosprawne osoby, które zainspirowane historią bohaterów ekspedycji na Kilimandżaro, same zaczęły wyznaczać swoje cele. Najbardziej poruszył Piotra list od chłopca z ciężkim porażeniem kończynowym, który dziękując za to świadectwo przełamywania barier niepełnosprawności, powiedział, że kiedyś sam zdobędzie swoje “Kilimandżaro”, dochodząc samodzielnie do umywalki.

Praca Piotra w Fundacji “Mimo Wszystko” dobiegła końca. Dynamiczne, samodzielnie podejmowane a czasami nieobliczalne rozwiązania Piotra, nie wszystkim przypadały do gustu. On sam jednak ze swoim bagażem doświadczeń nie miał zamiaru tracić czasu i wchodzić w ciągłe kompromisy.

Postanowił, że zacznie coś od nowa. W tym zawsze był mocny

Zgadał się z Jaśkiem Melą. Stworzyli duet niezwykłego doświadczenia życiowego z młodzieńczą energią i fantazją. Razem tworzyli żywy dowód na to, że można spełniać swoje największe marzenia, niezależnie od warunków życiowych. Chcieli aktywizować niepełnosprawnych do normalnego życia. Tak powstała Fundacja “Poza Horyzonty”, która istnieje do dziś pod przewodnictwem Jaśka Meli. Piotr dostawał też różne propozycje sportowe, często związane z celami charytatywnymi. W ten sposób trafił na maraton Safaricom w Kenii. Jeden z najpiękniejszych na świecie, ale także najniebezpieczniejszych z powodu występujących na trasie biegu groźnych zwierząt: lwów, nosorożców czy bawołów afrykańskich. Oprócz niebezpiecznej zwierzyny i samego dystansu, dodatkowymi trudnościami były: upał, pył i znaczna wysokość nad poziomem morza (2 000 m.n.p.m). Do tego biegu trzeba było się odpowiednio przygotować, szczególnie osobie bez jednego płuca. Przygotowywał się do tego biegu z wielkim zapałem i konsekwencją. Bezpieczeństwa zawodników strzegły helikoptery. Piotr wspomina, że na żadnym innym biegu zawodnicy nie załatwiają tak szybko swoich potrzeb z obawy przed niespodziewanym zwierzęciem z zarośli. Maraton w tych warunkach zgotował Piotrowi prawdziwe piekło. Wlewał w siebie litry wody i wyparowywał ją, na zmianę. Ten jak i inne biegi Piotra przybierały wymiar charytatywny. Każdy przebiegnięty kilometr przekładał się na pewną sumę pieniędzy od sponsorów na szczytne cele. Ta myśl zawsze pomagała mu dotrzeć do upragnionej mety. Za linią mety Safaricom spotkał Piotra nie byle jaki honor. Podszedł do niego Paul Tergat, legenda maratonów, który dowiedziawszy się o problemach zdrowotnych Piotra, a także o jego wyczynach sportowych pragnął wyrazić swój podziw i szacunek.

W głowie Piotra gotowało się ponownie, ale tym razem od kolejnych pomysłów. Jednym z nich była Korona Ziemi – zdobycie najwyższych szczytów, każdego kontynentu. Śmiałości w mówieniu o tak wielkich rzeczach, dodawał fakt, że ludźmi, którzy zapoczątkowali zdobywanie Korony Ziemi było dwóch pięćdziesięcioletnich biznesmenów, amatorów górskich. Jeden z nich był pierwszym zdobywcą Korony Ziemi na świecie. Za kolejny cel obrał Elbrus. Zebrano sprawdzoną ekipę z Kilimandżaro, w której skład wchodzili Piotr, Jasiek Mela i niewidomy Łukasz oraz dwóch przewodników, jedna dziewczyna i prezenter telewizyjny. Elbrus okazał się wyzwaniem równie ciężkim jak Kilimandżaro, szczególnie dla Piotra. Na tej wyprawie stwierdził, że to niewidomy Łukasz otworzył mu oczy na świat.

Kolejne zadanie na liście Piotra to maraton w Nowym Jorku. Największa tego typu impreza świata, przy której żyje całe miasto a atmosfery sportowego święta nie ma końca. To był jednak ostatni wspólny projekt Piotra Pogona i Jaśka Meli, między którymi dochodziło do coraz większych różnic. Piotr założył własną działalność, która nadal miała służyć potrzebującym. Fundacja “Poza Horyzonty” pozostała w rękach Jaśka Meli.

Następną wyprawą Piotra, łamiącą bariery, była ta na szczyt Aconcagui, najwyższego wzniesienia Ameryk. Na tę wyprawę wziął ze sobą ponownie niewidomego Łukasza. Jak sam mówił z Łukaszem nie ma żadnych problemów bo on nie widzi przeszkód 🙂 A góry ogląda po swojemu: zapachem, słuchem, dotykiem ….
Współtowarzyszył im także poprzedni przewodnik Bogdan oraz podróżnik Arkadiusz. Ta czwórka robiła furorę na szlaku, głównie za sprawą Łukasza, który zakładał chustę na całą głowę, chcąc się chronić przed słońcem. Wyglądał dla innych wspinaczy, co najmniej fantazyjnie. Szczyt Aconcagui zdobyli, ale przypłacili to niesamowicie zdrowiem. Przy zejściu wezwali ratowników, nie mieli sił na nic. Uratował ich pewien schron, zafundowany i zbudowany przez rodziców zaginionej kobiety na tej górze, właśnie z przeznaczeniem dla takich sytuacji i potrzeb. Na kolejnej bazie Łukasza już transportowano helikopterem z powodu silnej hipotermii. Mimo oporów, taki sam los spotkał też Piotra, którego strasznie dotknął fakt, że nie poradził sobie sam i musiał skorzystać z pomocy innych. Po tej wspinaczce, zrobili sobie dłuższą przerwę od gór. Piotr jednak nie zwalniał tempa na innych płaszczyznach – kolejny cel maraton w Tokio dla niepełnosprawnego Brunona. Jak przy zresztą, każdym szalonym projekcie Piotra lekarze pukali się w czoło. On jednak robił swoje. Nie inaczej było i tym razem.

Spotyka się czasami z głosami, że jest “onkocelebrytą” i lansuje się na nieszczęściu innych. On spokojnie jednak wyjaśnia, że nic tak nie pomaga potrzebującym, jak rozgłoszona akcja charytatywna, za którą idą większe pieniądze. Dlatego często występuje w mediach i chętnie opowiada o różnych projektach.

Kolejnym takim “niemożliwym” projektem stał się dla Piotra IronMan! W życiu człowiekiem z żelaza był już na pewno. Teraz chciał to potwierdzić jeszcze na gruncie sportu. Trasa IronMana to 4 km pływania, 180 km roweru i 42 km biegu. Nie wytrzymują tego najlepsi sportowcy, a spróbować zamierzał “onkocelebryta” bez płuca 🙂 i oczywiście spróbował, z powodzeniem. Po raz kolejny w swoim życiu przesunął osobistą granicę “niemożliwości” oraz udowodnił swoją wartość.

Został pierwszym IronManem bez płuca

Został legendarnym herosem, który w odległej przeszłości powiedziałby – “to niemożliwe”! Nie było już rzeczy niemożliwych dla Piotra, szydził sobie ze śmierci, zapisywał się na kolejne zawody. Pojawiła się też kolejna partnerka życiowa, kolejne dziecko, a pomoc charytatywna trwała ciągle. W 2015 roku pojechał na IronMana do Hiszpanii, ale został tam zdyskwalifikowany przez sędziów za skrajne wyczerpanie i krwawienie z ust. Na tych zawodach umarł w Piotrze sportowy duch. Przeżył dużą, sportową porażkę. To były jego ostatnie, profesjonalne zawody sportowe, na tak morderczym poziomie. Niedługo później rozszedł się z partnerką. Przeszedł też kolejną operację – usunięcia tarczycy.

Sam przyznaje, że jest trudny do zniesienia przez innych bo ma wielkie wizje, które chce od razu realizować. Po tym co w życiu przeszedł, nie może się godzić na bylejakość i przeciętność. Potrafił się odbić, z każdej koszmarnej sytuacji życiowej i robić piękne rzeczy dla siebie i innych. Podobnie będzie już do końca 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *